Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Wybory prezydenckie USA 2016

Skąd i dlaczego Trump

marchewa79

trump-dark-blue-make-america-great-again-facebook-timeline-coverWynik wyborów w USA okazał się zaskakujący. Pewnie znacznie mniej zaskakujący dla Polaków którzy do wątpliwej jakości sondaży są przyzwyczajeni. Ale Amerykanie maja takiego samego kaca jak Brytyjczycy po referendum. Kładli się spać pewni zwycięstwa Hilary Clinton, obudzili z Prezydentem Elektem Trumpem.

Zaskoczenie było pełne bo przewaga kandydatki demokratów wydawała się na tyle duża i bezpieczna, że wygrana Donalda Trumpa uznawana była przez większość komentatorów za mało prawdopodobną. Tymczasem zarówno skala porażki demokratów (stracili prezydenturę, i nie odzyskali władzy w żadnej z dwóch izb Kongresu) jak i rezultaty wyborów okazały się zaskakujące. Drugi raz w XXI stuleciu wygrany w „popular vote” czyli zdobywca największej ilości głosów przegrał wybory i to tym razem zdecydowanie. Wiele osób trwale nurtuje pytanie dlaczego tak się stało?

 Problem pierwszy to sondaże. Tak jak w Polsce i UK „ciemna liczba” prawicowych wyborców w USA okazała się spora. Jakkolwiek twierdzenia o rugowaniu prawicowego dyskursu z mediów są dla wielu osób śmieszne sprawa obowiązującej roli poprawności politycznej sprawiła, że bardzo wielu wyborców wygenerowało i utrzymuje „ukrytą tożsamość” której nie ujawnia ani ankieterom ani rodzinie. To wszystko sprawia niemały problem liberalnym politykom ponieważ pozbawia ich realnego feedbacku od społeczeństwa, która to rolę do tej pory pełniły sondaże. Poziom rasizmu i ksenofobii a także zwykłej frustracji okazał się dużo większy i głębszy niż się wydawało.

Problem drugi to założenie partii demokratycznej że istnieje jakaś „nowa Ameryka” kraj wielokulturowy, wielorasowy. Nie istnieje. To jednak dalej społeczeństwo złożone w większości z białych, anglo-saksońskich protestantów. I to oni stanowią większość z chodzących na wybory. Hilary Clinton zignorowała i wyśmiewała problemy biednego białego południa oraz „pasa rdzy” stawiając na elektorat wielkomiejski i kolorowy. Ci wyborcy w stanach które zadecydowały o wyniku wyborów, zawiedli. Sfrustrowana i biedniejąca klasa średnia stawiła się za to w komplecie. Ale oni nie głosowali na Hillary bo ta miała im niewiele do zaproponowania. A to właśnie elektorat socjalny przez lata stanowił bazę Partii Demokratycznej.

Problem trzeci to komunikacja. Oczywiście skomplikowane problemy nie mają prostych rozwiązań. Ale taka odpowiedź to nie jest odpowiedź polityka. Donald Trump potrafił za pomocą demagogii zaoferować te proste rozwiązania. Emigranci? Zbudujemy mur i deportujemy milionami. Brak pracy? Wypowiemy układy o wolnym handlu. Jak słusznie wskazywał Michael Moore te proste recepty znakomicie korespondowały z oczekiwaniami podupadłej finansowo klasy średniej. I nie miały po stronie demokratycznej żadnej alternatywy. Problemy od zawsze są skomplikowane ale wyborcy od zawsze oczekują prostych recept. I te właśnie recepty powinna oferować także Pani Clinton.

Problem czwarty to proces doboru kandydatów. Republikańskie prawybory były demokratyczne i niesterowalne do bólu. Wygrał kandydat rzeczywiście najlepszy i najbardziej predystynowany do objęcia władzy. Ogień prawyborów wykuł i stworzył Donalada Trumpa. Demokratyczne prawybory były farsą. Popularny kandydat Bernie Sanders został wykończony przez kontrkandydatkę przy użyciu metod jakich nie powstydził by się Richard Nixon i jego ekipa. A wisienkę na torcie gwarantowali tzw. Superdelegaci, którzy zapewniali że nawet jeśli jakimś cudem Sanders wygra w powszechnym głosowaniu i tak nie dostanie partyjnej nominacji.

Problem piąty to prezydentura Obamy. Otóż Obama zwłaszcza w końcówce prezydentury przestał być prezydentem popularnym. Parlamentarny klincz sprawił że mimo dwóch kadencji z obiecanej zmiany niewiele pozostało, a wiele kontrowersyjnych decyzji zwłaszcza w sprawie polityki zagranicznej (Iran, Kuba, globalne ocieplenie) kosztowało partię wielu wyborców i było dość niezrozumiałe dla ogółu społeczeństwa. A pamiętajmy że wybory to też w jakimś stopniu referendum nad prezydenturą Obamy. Referendum niestety zakończone wynikiem negatywnym gdyż Trump planuje wycofanie się właściwie z wszystkich wątpliwych i niewątpliwych osiągnięć ustępującego Prezydenta.

Problem szósty i ostatni to kandydatka demokratów. Hillary Clinton okazała się lwiątkiem wyłącznie salonowym. W odróżnieniu od Trumpa to nie jest polityk wiecowy. Nie potrafiła i nie potrafi pozyskiwać sympatii ludzi, kłamie, kluczy i oszukuje jednak bez wdzięku i pewności siebie miliardera. Pewnie jakąś rolę odegrały w tym wszystkim uprzedzenia związane z płcią kandydatki. Ale nie sądzę by była to rola znacząca. Hillary Clinton okazała się po prostu wyborem słabym o czym wiedziano już od co najmniej 2008 roku. A mimo wszystko jej pozycja w partii gwarantowała nominację. Dziś jest politykiem skończonym a Clintonowie podobnie jak Bushowie kontynuują drogę na śmietnik historii. Dynastie w USA wychodzą rzadko. Głównie jako farsa.

Powodów sukcesu Trumpa było wiele jednak ostrzegam przed zaszufladkowaniem go jako seksistowskiego prymitywa o wąskich horyzontach. Donald Trump wygrał samotnie i z pozycji outsidera najtrudniejszy wyścig po władze na świecie. Najbliższe lata pokażą ile w jego działaniach było politycznego wyrachowania i przybierania koniecznych masek a ile realnej politycznej zmiany. Na pewno jednak zwiastuje on nową erę w światowej polityce.

Inne moje notki o kampanii w USA:

Pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku

Hilary Clinton kandydatka poprawna, aż za bardzo

Jeszcze o USA, czyli sprawa Donalda Trumpa

Bernie, kandydat niemożliwy, prezydent nieprawdopodobny, ale… Ameryka

Pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku

marchewa79

0f2988ec308987e59142f2e6c1cfbcc7Za kilka dni amerykanie wybiorą następcę (bądź następczynię) Baracka Obamy na stanowisku Prezydenta kraju. Wyboru dokonają pomiędzy przedziwnymi kandydatami. Ale każdemu już kiedyś poświęciłem notkę więc dziś skupmy się na tym kto lepiej poprowadził kampanie i kto ma szansę na zwycięstwo.

Jeszcze tydzień temu wydawało się że zwycięstwo Clinton jest niemal pewne. Oskarżenia o zbytnią swobodę w komplementowaniu kobiecych wdzięków (a w istocie o napastowanie seksualne), powinny pogrzebać Trumpa z kretesem, tym bardziej że były spektaklem znakomicie wyreżyserowanym. Ale nie pierwszy raz okazuje się że walka faktami z populistą, jest nawet nie tyle trudna, co niemożliwa. Po prostu zachowania Donalda Trumpa wobec kobiet oburzały właściwie tylko liberałów którzy i tak by na niego nie zagłosowali. Dla reszty podobnie jak niegdyś we Włoszech z Berlusconim, zachowania były nie tyle obciążające co dowodzące specyficznie postrzeganego „machismo”. A i Trump nie okazując skruchy poprawia tylko swój wizerunek szeryfa spoza systemu.

Natomiast Hillary jest systemem. To kandydatka która reprezentuje amerykański establishment w esencji. Nie ma w niej krztyny autentyzmu, każdy pogląd i opinia wyglądają na rezultat jakiegoś sondażu. Wszystkie poglądy są bezpieczne i letnie. Do tego dochodzi arogancja. I to nie ta w istocie sympatyczna, pyszałkowata Trumpowa ale zimna i wyniosła. Kandydatka (co niestety boleśnie dowodzi sprawa nieszczęsnych emaili) uważa że ani zasady ani prawo jej nie obowiązują. Tyle odczuć. Profesjonalizm, inteligencja i niewątpliwy polityczny talent zostają daleko w tyle.

Republikanie postawili na „wild card” demokraci postanowili „play it safe”. I dziś nikt nie jest w stanie w 100% powiedzieć która ze strategii była lepsza. Zwłaszcza że nikt nie sili się nawet na pozytywny przekaz. Nie wiadomo czego chce Hillary poza odcięciem Trumpa od prezydentury. Nie wiadomo czego naprawdę chce Trump wiadomo tylko tyle, że jego wiecowa wizja USA jako gospodarczej autarkii jest niemożliwa do zrealizowania. Cała kampania sprowadza się do straszenia i skandali. Na tym tle Obama wygląda na polityka o skalę przekraczającego obydwu swoich potencjalnych następców. Trump to ostatni skowyt „białej, męskiej” ameryki, Clinton desperackie rzężenie systemu który sprowadził na amerykanów bezrobocie, kryzys i biedę (cóż z tego że oba twierdzenia są na bakier z faktami skoro są tacy co święcie w nie wierzą).

To złe wybory. Złe dlatego że skazują amerykanów nie na decyzje dotyczącą wizji i osobowości a na eksplozję uprzedzeń i lęków. Oraz dlatego że mocno USA dzielą. A podzielone USA to mniej stabilności na świecie i większa pokusa zamknięcia się we własnej skorupie. Możemy niedługo odkryć przykrą prawdę polityki zagranicznej. Jedną z rzeczy gorszą od silnego i autorytarnego szeryfa jest jego brak.

Inne moje notki o kampanii w USA:

Hilary Clinton kandydatka poprawna, aż za bardzo

Jeszcze o USA, czyli sprawa Donalda Trumpa

Bernie, kandydat niemożliwy, prezydent nieprawdopodobny, ale… Ameryka

Hilary Clinton kandydatka poprawna, aż za bardzo

marchewa79

c43152290Ciekawa sprawa w USA. W sondażach Donald Trump zaczyna wyprzedzać Hilary Clinton. Niespodzianka? Niekoniecznie.

Trump jest kandydatem kiepskim, ale uwielbianym przez media. Zawsze można liczyć na to, że walnie jakąś ciekawą gafę czy też brutalnie zaatakuje bogu ducha winnego dziennikarza. Clinton jest poprawna, establishmentowa i nudna. W dodatku Trump swoje wybory wygrał miażdżącą przewagą. Clinton, jeśli odjąć głosy partyjnej elity, swoje wygrywa o włos w dodatku bardzo często faulując. A Bernie Sanders zamierza walczyć do końca.

Niedawno Noam Chomsky powiedział ze amerykańska scena polityczna tak bardzo przesunęła się na prawo, że dzisiejsi centrowi demokraci w rodzaju Clinton jeszcze trzy-cztery dekady wcześniej bez trudu odnaleźliby się w centrum… partii republikańskiej. A Bernie Sanders odsadzany od czci i wiary za lewackie poglądy z dążeniem do powszechnej opieki zdrowotnej i wysokimi podatkami byłby bardzo umiarkowanym demokratą. Temu twierdzeniu nie można odmówić racji.

W tej sytuacji Clinton, której poparcie nie bazuje na jej cechach indywidualnych (była raczej mizerną sekretarz stanu a jako polityk i senator nie ma znaczących dokonań) a na instytucjonalnym wsparciu bazy partyjnej jest w wyścigu z charyzmatycznym Trumpem na straconej pozycji. Oczywiście sprzyja jej demografia. Mniejszości etniczne i spora część bogatszych białych wyborców ją popiera. Ale zubożała biała klasa średnia i biała biedota za Hilary nie przepada (delikatnie rzecz ujmując). A ci ludzie w odróżnieniu od elektoratu kolorowego (wiem, w USA uznano by zwrot „kolorowy” za rasistowski, ale nie ma dobrych synonimów) głosują bardzo regularnie i są zdyscyplinowani.

Jeżeli Clinton wygra prawybory (i mówimy tu o głosowaniu powszechnym a nie tym z superdelegatami) to nominacja wiceprezydenta będzie kluczowa. I tu pojawia się problem. Bo mając tak silnego i popularnego kontrkandydata jak Sanders, jeżeli nominuje kogokolwiek innego to właściwie ryzykuje rozłam w partii jeszcze przed kampanią. Nawet jeżeli zwolennicy Sandersa zastosują cichą obstrukcję, a ten nie wystąpi z entuzjastycznym endorsmentem na konwencji, będzie to oznaczać ni mniej ni więcej tylko utratę najbardziej entuzjastycznych młodych demokratycznych wyborców, na własne życzenie.

Duo Clinton-Sanders jest jednak marketingowym koszmarem z bardzo prostej przyczyny. Średnia wieku w tym teamie to ponad siedem krzyżyków. Aż prosi się, aby ten zestaw wykpić z pozycji geriatrycznych.  Ale u Trumpa (69 lat) nie jest lepiej natomiast on może dobrać jakiegoś żwawego młodego wiceprezydenta, który obniży średnią wieku. Z drugiej strony Bernie Sanders zjada żywotnością całą partię republikańską na śniadanie, więc na dwoje babka wróżyła. Natomiast wiek może być ciekawym argumentem z innej przyczyny. Do tej pory najstarszym prezydentem USA w momencie obejmowania urzędu był Ronald Reagan (69 lat). Zarówno Clinton (68) jak i Trump (69) w momencie inauguracji będą w podobnym wieku. Ryzyko chorób neurodegeneracyjnych zwłaszcza w drugiej kadencji jest jednak znaczne (Regan na Alzheimera zachorował już po zakończeniu prezydentury, jednak wiele osób uważa, że musiał mieć objawy już w latach 80). A jak wytłumaczyć, że w wypadku, kiedy z różnych przyczyn Hilary nie da rady zastąpi ją Bernie, który jest… 5 lat starszy. Sprawa nie jest łatwa i Trump na pewno ją wykorzysta, choć pewnie z racji własnego zaawansowanego wieku będzie robić to ostrożnie.

I wreszcie specyfika amerykańskich wyborów prezydenckich. Wyjaśnianie jak tam się głosuje wykracza dalece poza ramy dzisiejszej notki, więc poprzestańmy tylko na tym że jest to system pośredni, w którym (uwaga radykalne uproszczenie) głosy w poszczególnych stanach przypadają w całości zwycięskiemu kandydatowi. To wszystko sprawia, że kampania rozgrywa się tylko w kilku kluczowych stanach (tzw. „swing states”), w których żadna z partii nie ma przewagi. A tam może się zdarzyć wszystko i jednak warto mieć za sobą nie tylko Latynosów, ale i choć śladowe ilości charyzmy. Czego Ms. Clinton od zawsze brakowało. A to może ją drogo kosztować.

Inne moje notki o kampanii w USA:

Jeszcze o USA, czyli sprawa Donalda Trumpa

Bernie, kandydat niemożliwy, prezydent nieprawdopodobny, ale… Ameryka

Jeszcze o USA, czyli sprawa Donalda Trumpa

marchewa79

donald-trump-has-surged-to-the-top-of-2-new-2016-pollsJeżeli kogoś zdziwiła porażka PO to to, co się dzieje za oceanem musi stanowić prawdziwy szok. Sytuację niespodziewanego sukcesu Berniego Sandersa, który zdrowo namieszał po stronie Demokratów już opisywałem, (choć może z nadmiernym optymizmem). Teraz napiszmy nieco o drugiej stronie.  

Wymagać to jednak będzie nieco historycznego wprowadzenia. Zacznijmy od roku 2000. Udane dwie kadencje kończy Bill Clinton. Do wyścigu startuje naturalny następca Al. Gore. Gospodarka jest w niezłym stanie, budżet ma nadwyżkę, demokraci są pewni swego a więc kolejnych 8 lat w Białym Domu. Zwłaszcza, że wybory u republikanów wygrał syn, pokonanego przez Clintona, Georga Busha człowiek mający oględnie rzecz mówiąc opinię mało rozgarniętego.  Ale też ma asa w rękawie w postaci spin doctora Karla Rove’a który znakomicie rozgrywa z jednej strony konserwatywny zwrot w obyczajowości i skandal seksualny z udziałem Billa Clintona, z drugiej pyszałkowatość i złudną pewność siebie Ala Gore’a. Rezultatem jest kontrowersyjna wygrana kandydata republikanów orzeczona przez sąd na Florydzie mimo większej ilości głosów, jakie otrzymał Al. Gore.

Dwie kadencje Busha Jr. są katastrofą.  Jeszcze brutalną kampanią i trwającą wojną w Iraku udaje się wywalczyć reelekcję. Ale na każdym poziomie zarówno polityki zewnętrznej jak i wewnętrznej mamy do czynienia z kataklizmem zwieńczonym wielkim krachem gospodarczym 2008 roku. W rezultacie w kolejnych wyborach republikańscy politycy z ledwością potrafią przyznawać się, że Bush w ogóle był kandydatem ich partii.

Tymczasem u konkurencji staje się coś niespodziewanego. Murowaną kandydatkę, ex pierwszą damę Hillary Clinton ogrywa debiutant mulat Barack Obama. I dość gładko wygrywa wybory w 2008 a także reelekcję w 2012 roku. W partii republikańskiej wywołuje to trzęsienie ziemi.  Powstaje ruch Tea Party postulujący rozwiązania radykalne i przeciwny jakimkolwiek kompromisom z demokratami. Pikanterii sprawie dodaje fakt, że mimo porażek w wyborach prezydenckich republikanie odzyskują szybko kontrole nad legislacją i druga kadencja Obamy to nieustanny bój z wrogim Kongresem. Cena za zdobycie Kongresu jest jednak dla republikanów bardzo wysoka. Wpływy raptownie traci umiarkowane skrzydło partii. Rządzą teorie spiskowe (o poza amerykańskim pochodzeniu Obamy i inne, jeszcze bardziej szalone) oraz zacięty opór wobec reformy służby zdrowia. I tak nadchodzi rok 2016 wraz z prawyborami.

Kandydatów jest multum. Dzielą się pół na pół miedzy radykałami spod znaku spisków, Tea Party i żarliwej religijności a umiarkowanymi „establishmentowymi” politykami. Scenariusz przewiduje że prawybory w kolejnych kilku stanach odsieją radykałów a do prawdziwej gry przystąpią brat poprzedniego prezydenta Jeb Bush, za którym stoją pieniądze oraz młody senator o emigranckich korzeniach Marko Rubio, za którym stoi młodość i kolor skóry. Aha i startuje taki szalony miliarder Donald Trump, ale zawsze w puli musi trafić się jakiś wariat dla kolorytu, nieprawdaż?

Pół roku później partia republikańska wygląda jak Kansas po tornado. A tym tornado okazał się właśnie Donald Trump. W niesamowity sposób zhackował system republikańskich prawyborów używając wszystkich sztuczek z populistycznego podręcznika. Okazał się ukochanym politykiem białej biedoty i zrujnowanej kryzysem konserwatywnej klasy średniej. I wygrywał. Może nie wszystko, ale wystarczająco dużo by zgarnąć cała pulę. Republikanie są zniszczeni zanim na dobre rozpoczął się wyścig.  Ale najpierw chwile o tym, kim w istocie jest Donald Trump.

Otóż jest to miliarder i w dodatku ekscentryczny. Człowiek z gatunku tych, którzy wybrali sobie partię a nie partia wybrała jego (z łatwością można sobie wyobrazić Trumpa wprowadzającego ten sam burdel u demokratów).  Ma duże pieniądze, coraz młodsze żony modelki, popularny program w tv i lubi mówić ludziom to, co chcą usłyszeć. Problem z emigracją? Postawimy kilkumetrowy mur na granicy z Meksykiem. Dyplomacja? Putin to swój chłop ustalimy wszystko przy wódce. Itd. itp.

To wszystko, co czyni go ulubieńcem republikańskiej bazy sprawia, że doprowadza do rozpaczy republikańskie elity. One uważają, że jest to kandydat niewybieralny w wyborach powszechnych. I mają sondaże by tego dowieść.  W kuluarowych rozmowach wielu republikańskich polityków nie ukrywa, że od Trumpa woleliby nawet Clinton a apel do białej części elektoratu jest dużo bardziej skuteczny w wykonaniu Sandersa. W dodatku kwestia polityki antyimigracyjnej w zasadzie pozbawia partie głosu kluczowych dla wygranej środowisk latynoskich.  Słowem katastrofa a właściwie pół katastrofy.

W głowach establishmentu republikanów zaświtał, bowiem pomysł storpedowania kandydatury Trumpa na wieńczącej proces prawyborów konwencji (w prawyborach wybiera się w istocie delegatów na tę właśnie konwencję). Jest to możliwe tylko, jeśli Trump nie zdobędzie więcej niż połowę delegatów. Wtedy otwarta jest możliwość wybrania innego kandydata lub sięgnięcia po polityka, który w ogóle nie startował. Co jest o tyle realne, że kontrkandydat Trumpa Ted Cruz to jeden z tych radykałów, którzy w prawyborach mieli odpaść. I jego „wybieralność” w wyborach powszechnych nie jest wcale tak rewelacyjnie większa od tej Trumpa.

Wszystko to zakłada jednak, że: a) Trump nie zdobędzie połowy delegatów i b) grzecznie przyjmie kop w siedzenie i uzna oraz poprze zwycięzcę konwencji. Dużo bardziej prawdopodobny jest jednak start Trumpa, jako niezależnego kandydata i powtórzenie numeru, jaki tej samej partii zrobił Theodore Roosevelt w 1912 roku. Z czego bardzo ucieszyliby się demokraci gdyby i u nich nie groził podobny scenariusz.

W Ameryce jest ciekawie jak nigdy przedtem. I każda opcja jest możliwa.

Bernie, kandydat niemożliwy, prezydent nieprawdopodobny, ale… Ameryka

marchewa79

il_570xN.792754286_l1qiPo sukcesie wyborczym Obamy wygłoszono wiele opinii o tym jak w przyszłości będą wyglądać wybory prezydenckie i kandydaci. Wiele wskazywało ze wyścig prezydencki już na trwale opanują ludzie młodzi. Clinton, Obama w momencie wyboru byli ludźmi jeszcze przed 50 rokiem życia. Bush miał nieco ponad 54 lata. Miał to być tez czas kandydatów etnicznych i/lub kobiet. Przewagę uzyskiwać mieli kandydaci środka, mdli, ale niezniechęcający dla żadnego z potencjalnych wyborców. Najlepiej delikatni outsiderzy, byli gubernatorzy, ale ludzie zasadniczo niepełniący funkcji publicznych, co pozwoliłoby im skoncentrować w 100% na kampanii wyborczej.

Idealną kandydatką demokratów wydawała się Hillary Clinton, była pierwsza dama, był senator i była sekretarz stanu. Więc kobieta z bogatym politycznym dorobkiem i zapleczem w postaci niezwykle popularnego męża ex-prezydenta. Co prawda przegrała z Obamą, ale od tego czasu „wiele się zmieniło” i jako sekretarz stanu zdążyła nabrać doświadczenia. A marsz partii republikańskiej na dość skrajnie prawicowe pozycje miał jej załatwić łatwą wygraną.

Bernie Sanders urodził się przed Clintonem, Bushem Jr. I Obamą. W 2008 roku miał 67 lat. W tym wieku i w Polsce i w USA przechodzi się na emeryturę. Stary polityczny wyjadacz 16 lat w Izbie Reprezentantów potem członek Senatu USA. Jest biały, jest stary, jest żydem (ojciec urodził się, a jakże!, w Polsce), ale to wszystko parafrazując Jachimka „można mu wybaczyć”, bo on także od zawsze jest socjalistą. W Europie to byłby powód do dumy, ale w USA chyba tylko przyznanie się do pedofilii niesie większe polityczne piętno. Po prostu od zawsze w ameryce rozróżnienia socjalizm/komunizm po prostu nie było. Więc ten stary, biały komunistyczny żyd ubzdurał sobie, że w 2016 roku wystartuje w wyścigu po prezydenturę USA przeciwko pewnej kandydatce, wszechmocnej Hillary Clinton. Wyczujcie skalę absurdu, ale i wyzwania. No i to USA. Kraj gdzie dziewięć lat wcześniej podobnie absurdalne rojenia miał pewien mulat z Chicago.

Niedawno newsem dnia w USA była historia miasteczka Flint w stanie Michigan, które tak bardzo oszczędzało na wodzie dla mieszkańców, że wpuściło im do kranów wodę, której zawartość metali ciężkich przekracza wszelkie normy. To najlepsze podsumowanie dnia codziennego „pasa rdzy”, czyli stanów USA najbardziej dotkniętych przez upadek przemysłu i eksport miejsc pracy do Azji. Ameryce dysproporcje materialne osiągnęły gargantuiczne rozmiary a wiele lat obniżania podatków sprawiło, że multum samorządów zagrożonych jest plajtą i oszczędza nawet na najbardziej podstawowych usługach dla ludności. Publiczne szkoły, opieka zdrowotna, opieka społeczna a nawet autostrady i infrastruktura, z której amerykanie są tak dumni znajdują się w fatalnym a czasami wręcz katastrofalnym stanie. Nagle Europa, na którą latami spoglądano, jako na komunizującą utopię wydaje się wcale ciekawym miejscem do życia z jej darmową opieką zdrowotną, państwem dobrobytu i rozwiniętymi prawami pracowniczymi. Ciepła, czysta woda w kranie nabiera innego znaczenia.

W tej atmosferze Bernie Sanders rozpoczyna swój start w wyborach. Jeżdżąc po kraju i mówiąc to samo, co w Kongresie mówi od ponad dwóch dekad: że państwo dobrobytu z Europy możliwe jest w USA, że amerykanów stać na to. I że jest socjalistą i jest z tego dumny. Tyle, że tym razem bardzo niewiele osób go wyśmiewa. Za to wielu demokratów zaczyna udzielać mu cichego poparcia. Oczywiście wszyscy wiedzą, że to kandydat „niewybieralny”, ale w USA od lat nie było nikogo, kto niósłby liberalny sztandar z równie otwartą przyłbicą.

I staje się USA. A raczej skomplikowany acz piekielnie ciekawy proces prawyborów. Nagle kandydaci musza przekonać do siebie nie tłumy na wiecach a kilkudziesięcioosobowe „town hall meatings” . Oczywiście transmitowane i umieszczane na You Tube tym niemniej jednak kameralne. Nagle w Iowa ludzie zaczynają słuchać fantasmagorii starego białego żyda o krainach gdzie leczenie jest za darmo, dla każdego a utrata pracy nie oznacza ryzyka śmieci głodowej, są urlopy na urodzenie dziecka i inne takie tam. Na końcu ten dziwny człowieczek mówi im, że nie tylko takie krainy istnieją, ale że jeszcze kilka dekad wcześniej USA było na najlepszej drodze do stania się takim samym krajem. Potem coś się zacięło. Ale to nie znaczy ze są bez szans.

Magia amerykańskiej polityki. Człowiek łamiący wszystkie standardy, oczekiwania, prognozy. Raczej kiepski orator. Niezbyt energiczny. Bardzo posunięty w latach i wyglądający na swoje 74 wiosny. Absolutna antyteza kandydata na prezydenta USA.

Być może jednak 45 prezydent Ameryki.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci