Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Wszystko

Wewnętrzny polski s… czyli o uchodźcach

marchewa79

Naród wspaniały, ale ludzie… (Józef Piłsudski).

Syrian refugeesKażdy z nas ma w sobie wewnętrznego skurwiela. Jedni mniej, inni więcej. Niestety spora część rodaków owego potworka w sobie nie zwalcza tylko zdecydowała pohodować. Kryzys z uchodźcami sprzyja temu jak mało co.

Osobiście w rozmowie nawet z rodziną nie poruszam pewnych tematów. Dawno temu rozsądek nauczył mnie nie poruszać tematyki żydowskiej. Pokłady antysemityzmu odkrywałem u wykształconych, kulturalnych ludzi, którzy żydów widzieli jedynie na obrazku w książce. I to koszmarnych uprzedzeń na poziomie przedwojennych narodowych gadzinówek. Przestało mnie dziwić wojenne szmalcownictwo, „Złote żniwa” Grossa nie irytują a jedynie dają powód do smutnej refleksji. Tak Polacy jak najbardziej byli by do tego zdolni. Tak robiliśmy to. To, że była wśród nas Pani Sendler czy Profesor Bartoszewski jest cudem. Na szczęście dla nas hitlerowski okupant nie zdecydował się szukać pomocy owej słowiańskiej podrasy w wyprawie na Rosję. Nie wiem, co by się stało gdyby poszukał.

Dzisiaj mamy uchodźców. Setki tysięcy różnie motywowanych ludzi, co miesiąc napływających do Europy. Coś trzeba z nimi zrobić. Skala problemu jest taka, że żadna deportacja nie wchodzi w grę. I nie jest to problem Grecji, Włoch czy Hiszpanii. To problem ogólnoeuropejski. I tak powinien być rozwiązywany. Podejście egoistyczne w chwili, kiedy następny szlak uchodźców może prowadzić przez Ukrainę czy Białoruś jest naiwne. Nie tylko to, jest niebezpieczne. Bo jaką solidarność wobec Polski ma odczuwać Grek, Hiszpan czy Włoch, kiedy zaatakują nas zielone ludziki z Rosji? Jeśli taką samą, jaką my odczuwamy względem problemu z uchodźcami na południu to biada nam.

W problemie uchodźców mamy dwie kwestie. Moralną i pragmatyczną. Wbrew pozorom nie tak odległe od siebie. Kwestia moralna to imperatyw pomagania ludziom w potrzebie. Tak jak w czasach PRL pomagano nam na zachodzie. A u nas nie było wojny. Szczególnie głośnym adwokatem argumentów moralnych jest Papież. W polskim kościele jest to jednak kwestia niewygodna. Sygnały hierarchii kościelnej są niezauważalne a pomoc dla uchodźców w ich krajach nieomal nie występuje. Głośno gardłujący o swojej wierze Prezydent i Premier oboje mieli wystąpienia, które pozostawały w jawnej sprzeczności z oficjalnym stanowiskiem kościoła. Ale ponieważ religia w polskim życiu ma fasadowy i ornamentacyjny charakter nie widzą problemu. Ot dobry polityczny kij do bicia i narzędzie do bezpiecznego schlebiania wewnętrznemu skurwielowi w każdym polaku. „Pejsatych” zastąpili „ciapaci” w sposób tak płynny, że budzi to nieomal podziw. Gdyby kiedykolwiek UE była zainteresowana tworzeniem szwadronów śmieci do patrolowania południowej granicy u nas z łatwością ochotników znajdzie.

Wymiar pragmatyczny jest trudniejszy. Otóż UE trzyma kasę. I relokacja uchodźców w homeopatycznych ilościach (7k na 38 milionowy kraj, 0,018% populacji) to nie jest prośba zupełnie od czapy. Zwłaszcza ze była okazja zarobić punkty biorąc np. tylko syryjskich chrześcijan lub tylko uchodźców wojennych. Byłby sprzeciw UE, ale mniejszy i możliwy do dyplomatycznego sprzedania. Zwłaszcza, że istnieje realna szansa zagrywki va banqe i wypuszczenia uchodźców, którzy zapewne udadzą się za zachodnia granicę. Wybraliśmy twardy opór. Zostaniemy ukarani, co być może przysporzy kilka punktów rządowi na krótką metę. W dłuższej perspektywie zaprowadzi nas na unijne peryferia. I będzie kosztować konkretne pieniądze. Oczywiście wszystko to w imię pozornego bezpieczeństwa Polaków. Klisza uchodźca/terrorysta ma się dobrze mimo tego, że z przyjętej bez pytania kilka lat temu masy Czeczenów nikt się w polskich miastach nie wysadzał. Ale irracjonalny strach nie od dziś jest narzędziem polityki. Tylko wróg się zmienia, argumenty pozostają takie same.

Wszystko to stawia opozycję w trudnej sytuacji. Może dumnie kroczyć z moralnym sztandarem. I na dnie z honorem lec, bo zalękniony skurwiel w elektoracie weźmie górę. Może przejść na ciemną stronę mocy i utracić tożsamość. Bo jednak opozycyjny elektorat pomimo posiadania wewnętrznego s… stara się go nie karmić. Może wreszcie kluczyć. Wybiera ostatnie. Trudno jej się dziwić. Skoro do syryjskich sierot nie przekonał Polaków Papież to nie zrobi tego ani Petru ani Schetyna.

Prawdziwe problemy kraju są oczywiście w zupełnie innym miejscu. Tylko czy rodaków jeszcze to obchodzi?

(Ludowe) Wojsko Macierewiczowskie (Polskie) A.D. 2017

marchewa79

rohatywka-konbietaAntoni Macierewicz zasłynie zapewne, jako ten minister, który zastał Wojsko Polskie zawodowym a opuści urząd z półamatorskim. Trzeba ministrowi przyznać, że udało mu się zatrzymać i rozmontować niemal 100% programów modernizacyjnych realizowanych przez poprzedni rząd. Zaoszczędzone pieniądze są teraz szuflami wrzucane w oddziały obrony terytorialnej, których wartość bojowa pozostaje nikła a jedyna przydatność to pomoc w „utrzymywaniu porządku”. Kadra zawodowa ma oczywiście radość, bo wracają „stare dobre czasy” armii masowej o znikomej wartości bojowej, ale za to mającą „kształtować nowego socjalistycznego obywatela”. Co prawda oficerów politycznych nie ma za to kapelanów jest aż nadto. To mięso armatnie potrzebować będzie oficerów, co oznaczać będzie niechybne awanse dla tych, którzy ani do Iraku ani do Afganu specjalnie się nie śpieszyli, ze względu na niechęć do osobistego ryzyka, natomiast jakąś regionalną synekurę przy szkoleniu kiboli „patryjotów” z OT podłapaliby jak najbardziej.

Nowych śmigłowców nie będzie, bo i po co. Ratownictwo morskie dobija skrajnie zajeżdżone Mi 14 i usiłuje odebrać morskie odmiany Sokoła po remontach ze Świdnika. Niestety, jakość pracy zakładów jest tak „wysoka”, że próby te najczęściej kończą się kolejną prolongatą terminu. Gdyby w naszej strefie odpowiedzialności tonął kolejny Heweliusz… lepiej nie myśleć, bo śmigłowców wystarcza nam na obsadzanie ledwie jednej z dwóch baz ratownictwa morskiego. Brygadę kawalerii powietrznej trzeba będzie niedługo przenieść na hulajnogi tudzież rowery ewentualnie w całości przeformować na brygadę Obrony Terytorialnej, bo śmigłowce, na których ma latać już nie tylko osiągnęły pełnoletniość, ale też skończyły studia i powoli wkraczają w wiek średni.  Podobnie zresztą z większością latającego sprzętu w wojsku. Ot w Bydgoszczy mogą Su-22 czy Miga-29 przemalować czy dołożyć GPSa ale nie zmienią faktu że obydwa te typy gdyby były samochodami bez trudu można by rejestrować na żółtych tablicach jako auta zabytkowe.

Jakimś cudem uda się wyremontować i zmodernizować czołgi Leopard 2 (umowa przygotowana jeszcze przez poprzedni rząd) oraz kupić artylerię Kryl i Krab, będącą krajowym składakiem z obcych komponentów (jedyny w 100% krajowej produkcji komponent, czyli podwozie Kraba musiał być w tempie wymieniany na licencyjny produkt koreański tak żenująco niską, jakość przedstawiało). Leżą programy pozyskania artylerii średniego i dalekiego zasięgu. Przemysł obronny poza przeniesieniem stoczni do Radomia popisuje się, co rusz kolejnymi makietami i konceptami nie będąc w stanie od ponad dekady wykonać specjalistycznych wersji licencyjnych rosomaków, których podwozia stoją i rdzewieją. Prace nad transporterem gąsienicowym utkwiły w martwym punkcie a przemysł zamiast kupić kolejną licencję będzie przez dziesięciolecia usiłował na nowo odkryć koło. Dzięki czemu zapewne finalna cena transportera będzie jedynie nieznacznie niższa od czołgu leopard za to w odróżnieniu od leoparda nic w nim nie będzie działało. Postęp.

Może w 2018 zwodujemy patrolowiec „Ślązak”, który kosztował nas miliard złotych, czyli cenę nowiutkiej rakietowej fregaty. Powinien 10% tego. Ale jak się zaczyna od korwety i kończy na patrolowcu… Teraz pono mamy budować trzy łodzie podwodne. Przy tym tempie budowy w 2050 dostaniemy jeden kajak z możliwością zanurzania acz bez możliwości wynurzania. Po drodze dobito polskie stocznie prywatne kasując in zamówienia wojskowe. Ale co tam, kto bogatemu zabroni. W końcu pan Morawiecki ogłaszał na power poincie program „Batory”.

Tymczasem regularne wojsko polskie maszeruje na poligon z wyposażeniem osobistym pamiętającym lata 50 i 60. Nie ma kewlarowych hełmów, nowoczesnego oporządzenia, widziałem pluton wyposażony w 5 rodzajów butów. Standardem broni osobistej jest AKM Kałasznikowa a dowóz na poligon ma miejsce ciężarówkami Stara, tak zgadliście w wieku przedemerytalnym. Normą są rozlatujące się Honkery a i GAZ się trafia. Niedawno mijała mnie kolumna ciężarówek z jakimś sprzętem radarowym i naprawdę musiałem sporo buszować po Wikipedii, aby namierzyć te ZSRRowskie cuda, które żołnierze prowadzili. Skąd oni biorą części do naprawy bóg jeden raczy wiedzieć.

Ale za to już w sierpniu kolejna defilada. Pojawią się junacy z Obrony Terytorialnej w przywróconych polowych rogatywkach. Miejmy tylko nadzieję, że żaden ze śmigłowców nie spadnie i że wszystkie tanki odpalą. A na trybunie honorowej prezydent płaczący ostatnio ze ma zbyt słabe prerogatywy do kontroli nad armią. Cóż być może ma po prostu za silnego ministra obrony.

W Moskwie się cieszą. Polscy „patrioci” okazują się patriotami rosyjskimi. Bez cudzysłowów.

Schadenfreude, pobożne życzenia i odległe nadzieje

marchewa79

48426f8afc47f39767afcdfbab0d11bdW UE po wyniku wyborów w Wielkiej Brytanii nie strzelają może korki od szampana (słaby premier dużego europejskiego kraju to jednak kłopot jest), ale widać pewną złośliwą satysfakcję. Otóż Pani May chciała ograć wszystkich a ograła tylko siebie. Czyli zrobiła dokładnie to, co z referendum brexitowym zrobił jej poprzednik. A sądząc po sondażach zabrakło tylko kilku tygodni by arogancka ponad miarę pani premier została pobita przez Jeremy’ego Corbyna socjalistę o poglądach żywcem przeniesionych z lat 60 i 70 kiedy to Labour i związki doprowadziły kraj na skraj finansowej ruiny.

Powiedzieć, że Wielka Brytania ma kłopot to nic nie powiedzieć. Zwartej i nieźle wkurzonej UE przeciwstawi słaby i rozbity wewnętrznie rząd. A UE łaknie krwi. Teresa May postanowiła na użytek wewnętrzny pójść na ostre zwarcie z Unią i jej legendarną biurokracją. Teraz przyjdzie jej za to zapłacić rachunek.

A za wielką wodą jest równie wesoło. Prezydent Trump słabnie w oczach targany kolejnymi skandalami. Pozornie banalne odwołanie szefa FBI zostało rozegrane tak nieudolnie, że afera zaczyna niebezpiecznie zbliżać się skalą do afery Watergate.  Przesłuchanie przed kongresem w zasadzie jednoznacznie potwierdziło (zresztą wcześniej zrobił to sam prezydent), że powodem odwołania dyrektora FBI była jego odmowa zaniechania śledztw toczących się w sprawie kontaktów administracji Trumpa z Rosją. Sprawa jest rozwojowa, wplątane jest w nią całe otoczenie prezydenta a skala podobieństwa do Watergate, która wysadziła z siodła Nixona jest zatrważająca. A to wszystko w pół roku! po objęciu urzędu.

W sytuacji, kiedy USA abdykowały z roli lidera światowego, czego widocznym znakiem było porzucenie porozumienia klimatycznego, a Wielka Brytania abdykowała z UE gdzie odgrywała latami rolę piątej kolumny USA rzeczywistość dojrzewa do nowego rozdania. Oczywiście naiwnością jest wiara w zmiany fundamentalne. USA czy Wielka Brytania przecież nie są w żadnym wypadku pogrążone w kryzysie innym niż osobowy. Ale pewne przesunięcie w kierunku osi UE-Chiny-Indie już widać. Z drugiej strony widać konsolidację w samej Unii a zwłaszcza Eurostrefie. Chwilowy odpór populistom dała Francja a ci z populistów, którzy odnieśli sukces kompromitują się w zastraszającym tempie. Liberalna demokracja okazała się być chorowita, ale zadziwiająco żywotna. Co nie oznacza, że minęły zagrożenia i kryzysy. Ale też rezultaty tych zagrożeń i kryzysów dalekie są od prorokowanych czy oczywistych. Zamachy pomagają Labour, uchodźcy nie szkodzą CDU. Świat kolejny raz okazał się bardziej złożony i nieprzewidywalny niż nam się wydawało.

Po co miastu klub piłkarski?

marchewa79

a8b3677763560Natchnęła mnie do rozważań sytuacja Śląska Wrocław, któremu miasto Wrocław ma dorzucić pieniędzy z miejskiej kasy. Co u wielu wrocławian wzbudziło niemałe wzburzenie.

Sytuacja typowa. Mnóstwo miast posiada takie wątpliwej, jakości „klejnoty”. Sportowo mizerne, ale za to niezwykle kosztowne a sądząc po widowni dość jednak niszowe przedsięwzięcia. W teorii oczywiście to są prywatne firmy nastawione na zysk (zwłaszcza kluby ekstraklasy), ale nie wiem czy w polskiej lidze jakikolwiek klub kiedykolwiek jakiś zysk osiągnął. Właściwie można mieć w ogóle wrażenie, że im większy sukces (awans do wyższej klasy rozgrywek, do rozgrywek międzynarodowych) tym większa tragedia, bo „są konieczne wzmocnienia” etc.

Nikt, kto „zainwestował” (mylne, choć powszechne w kręgach dziennikarskich stwierdzenie powinno być raczej „wyrzucił pieniądze na”) w Polsce w klub piłkarski nie odszedł z interesu z satysfakcją. Jest to raczej historia wieloletnich frustracji, czasami korupcji, wyrzuconych milionów i zastanawiania się nad tym momentem głupoty, kiedy człowieka podkusiło. Trudno się, więc dziwić, że chętnych frajerów coraz bardziej brakuje. Kluby coraz łapczywiej patrzą na miejski mecenat a włodarze wydają się na ów specyficzny urok futbolu całkowicie nieodporni. Mamy, więc pierwszoligowe (błogosławionych ignorantów uświadamiam, że I liga wbrew pozorom nie jest najwyższym poziomem rozgrywek, bo ten nazywa się Ekstraklasą, choć tego ekstra nie sposób znaleźć), drugoligowe i trzecioligowe kluby z ogromnymi stadionami wybudowanymi z publicznych pieniędzy (ileż to żłobków i ileż przedszkoli…), mamy piłkarzy opłacanych niewspółmiernie do wysiłku i rezultatów, mamy „fankluby” terroryzujące wszystkich wokół i funkcjonujące właściwie jak zorganizowane grupy przestępcze. Mamy „szkółki” stanowiące hodowle perspektywicznych dzieciaków niczym koni wyścigowych w nadziei na możliwą wczesną sprzedaż, co bardziej utalentowanych za granicę, zresztą rezultaty ich funkcjonowania są niemal równie mizerne jak poziom.

Nie ma romantycznego „haratania w gałę”. Jest chory system wymuszający coraz większe kontrybucje a wspierający oszustów i bandytów. Dlaczego więc miasta nie zrezygnują? Dlaczego owe kluby i klubiki nie słyszą od prezydentów twardego piłkarskiego „spierdalaj”, gdy kolejny raz przychodzą żebrać po wsparcie? Przecież ci cali wielbiciele futbolu nie mogą stanowić większości mieszkańców, nawet większości chodzących na wybory. Czy klub piłkarski jest na tyle wartościowym elementem tożsamości miasta, że warto w niego wrzucać pieniądze, które mogły być realnie zainwestowane (bez cudzysłowów i ironii) w inne bardziej pożądane przez mieszkańców przedsięwzięcia?

Czekam na odważnych włodarzy, którzy wyeliminują tą patologię.  Ale bez jakichś spektakularnych oczekiwań. Dopóki mieszkańcy będą godzić się żeby zamiast przedszkoli i żłobków miasta budowały stadiony piłkarskie nic się w tej kwestii nie zmieni. Póki klub piłkarski jest tylko dobrowolnym zrzeszeniem lubiących pograć sobie w piłkę ludzi powinien otrzymywać od lokalnych władz wsparcie na takich zasadach jak kluby szachowe czy kajakowe. Kiedy staje się biznesem zatrudniającym zawodowców dla wyniku władze powinny z interesu się wycofać. A że piłka nożna jest biznesem kiepskim… Cóż na całym świecie kiepskie biznesy się zamyka.

Rosja – problem, katastrofa, nadzieja

marchewa79

the_russian_bear__payam_boromandŚmierć Zbigniewa Brzezińskiego zachęciła mnie do krótkiej refleksji nad tym gdzie dzisiaj znajduje się Rosja. Ta właśnie Rosja, która stanowiła przez wiele lat rdzeń geopolitycznych analiz „Zbiga” i która go za te analizy szczerze nienawidziła.

Wiec na starcie zacznijmy od granic. Otóż Putinowi nie udało się restytuować ZSRR w żadnym fragmencie. Na zachodzie ostatecznie utracił Ukrainę (dowodem było odebranie Krymu i Doniecka) a Białoruś trzyma przy sobie w zamian za sowite łapówki. Pribałtika wydaje się Rosję szczerze nienawidzić. Południe to Kaukaz gdzie relacje z krajami usiłuje robić na zasadzie „divide et impera”, ale średnio jej wychodzi, czego dowodem wojna z Gruzją. Poprawne stosunki a ex sowieckimi azjatyckimi satrapiami nie zmienią tego, że wszystkie obrały już chyba trwały kurs na Chiny. Południowy wschód jest już chyba zresztą bardziej Chinami niż Rosją a cichy obliczony na pokolenia podbój trwa od lat. Na Północy i wschodzie pozostaje zimne morze i Syberia.

Wewnętrznie na szczęście jest lepiej. Lata naftowej prosperity pozwoliły Putinowi na zbudowanie wiernej grupy siłowych bojarów. Na czele stoi nowa oligarchiczna opricznina, co jakiś czas podcinana i wymieniana by nie poczuła się zbyt pewnie. Rosjanie także się wzbogacili, choć na modłę trzecioświatową poszli raczej w gigantyczne kontrasty moskiewsko/petersburskiego przepychu i prowincjonalnej zapitej biedy. Ale całe państwo wisi na jednym człowieku. Putin nie ma następców ani alternatyw. Rosja to ON i ON to Rosja.

Prawdziwym problemem jest gospodarka. Oparta na surowcach z pewnym odgałęzieniem zbrojeniowym poza tym jest mizerna i rachityczna. Sankcje po ukraińskiej awanturze nic by jednak nie znaczyły gdyby nie załamanie cen ropy. Rosja marzyła o potędze przy cenach 120-100 $ za baryłkę, dziś poruszamy się w przedziałach 30-50$. A na horyzoncie elektryczna rewolucja. Ona może cenę ropy zbić do dużo niższych wartości. Horyzont 2050 nie wygląda, więc dla Rosji różowo.

Niestety reakcją na kryzys okazał się militarystyczny nacjonalizm. Wydatki na zbrojenia sięgnęły w 2016 5,3% PKB. To dużo. Co prawda w liczbach bezwzględnych Rosja jest dopiero trzecim krajem wyprzedzona o kilka długości przez Chiny tym niemiej jednak jest to bardzo duże brzemię dla stosunkowo słabego ekonomicznie kraju. I to nawet nie są wydatki inwestycyjne. Bardzo duża część pieniędzy przeznaczana jest na ochronę przed dekapitalizacją sowieckiego militarnego dziedzictwa. Choć tu trzeba stwierdzić, że Rosjanie skreślili już większość marynarki wojennej, sporą część lotnictwa i z trudem usiłują utrzymać nieprzeliczone zagony pancerne. Warto zauważyć, że występujące w przewadze wojsko rosyjskie nie było w stanie pokonać ani słabiusieńkiej Gruzji ani osiągnąć założonych celów politycznych na Ukrainie, której armia w momencie wybuchu konfliktu znajdowała się w zasadzie w stanie rozkładu.

Co nas to obchodzi? Tyle, co 6 000 głowic nuklearnych wciąż pozostających w dyspozycji Rosji, z których pewnie nawet połowa jest sprawna. Dla świata wystarczy. Putin z jego demokraturą i interwencjami w zachodnie wybory i tak wydaje się mniejszym złem niż potencjalna walka o schedę. Rosja nie będzie już mocarstwem, ale ten postmocarstwowy kac jest tym, co ją napędza. Niestety nie potrafiła znaleźć sobie innego paliwa. Nie będę wchodzić w meandry „rosyjskiej duszy”, bo takie rozważania bardziej mnie bawią niż wnoszą jakąś wartość dodaną. Faktem jest, że rosyjskie społeczeństwo łatwo akceptuje monowładzę, niezbyt lubi demokrację i nie traktuje zachodu, jako obiektu dążeń i inspiracji.

Nadchodząca dekada musi przynieść odpowiedź na kilka pytań. Najważniejsze to, co po Putinie. Do niedawna murowanym następcą wydawał się Miedwiediew, ale jego ostatnie zaangażowanie w afery korupcyjne i ogólna „miękka” postawa nie predestynują go do takiej roli. Zbyt słabo znam rosyjską politykę wewnętrzną by móc pozwolić sobie na szersze spekulacje. Byle byśmy tylko Wołodii z rozrzewnieniem za kilka lat nie wspominali. Druga kwestia to jak żyć w świecie postnaftowym. Ale ta kwestia jest kwestią globalną. Rosja posiada szereg innych zasobów, które mogą pozwolić na w pewnym zakresie substytucję dochodów z ropy. Ale na pewno będzie biedniej o ile nie uda się rozruszać własnego przemysłu innego niż produkcja czołgów. Gdzieś tam w oddali majaczy demograficzna katastrofa i zagrożenie chińskie. Te problemy jednak to już raczej futurologia zaawansowana.

Chyba każdy Europejczyk chciałby widzieć Rosję bogatą, spokojną i rozwiniętą. Ale to raczej niestety nie jest tego rodzaju kraj. To nie leży w jego naturze. Cóż nie traćmy nadziei.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci