Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Varia

Najlepszy serial o polityce, o którym pewnie nigdy nie słyszałeś…

marchewa79

Jeśli zapytam was o ulubione seriale polityczne większość zapewne bez zmrużenia okiem wymieni „House of cards” z Kevinem Spacey. Niektórzy być może będą znali brytyjski oryginał. Może kilkoro obejrzało „West wing/Prezydencki poker” lub brytyjskie „The thick of it”. To wszystko znakomite produkcje TV, na które można poświęcić wiele godzin, ale ma się nieodparte wrażenie, że w poszukiwaniu dramaturgii autorzy poświęcili pewien trudno uchwytny realizm polityki w zaciszu gabinetów. Polityki codziennego znoju, kompromisów i niemożności. Bo przecież takiej polityki nie da się przekuć na język telewizji, jest nieatrakcyjna i pozbawiona dynamiki.

Otóż da się. W latach 80 BBC (a jakże) nadawało przez osiem lat serial komediowy „Yes minister/yes prime minister”. I jest to najlepsze zobrazowanie polityki, jakie widziałem do tej pory w dowolnym medium. Co postaram się za chwilę udowodnić.

Fabuła rozpoczyna się banalnie. Partia wygrywa wybory, zasłużony działacz otrzymuje tekę ministra od „administrative affairs” (fikcyjny resort najbardziej zbliżony do polskiego ministerstwa administracji) a do pomocy doświadczonego urzędnika. A cała akcja opiera się na sporach między nimi. Pozornie nudne nieprawdaż?

Może i byłoby nudne gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze serial stworzyli ludzie mający ogromne doświadczenie z brytyjską polityką i talent pozwalający na stworzenie z niej metafory rządzenia w ogóle. Po drugie wybrano, jako odtwórców głównych ról aktorów absolutnie genialnych. Bardzo łatwo zarówno polityka jak i urzędnika zagrać karykaturalnie lub stereotypowo. Paul Eddington (minister/premier) i Nigel Hawthorne (urzędnik) zrobili o wiele więcej. Stworzyli postacie uniwersalnie ludzkie a zarazem niestroniące od stereotypów.

Mamy, więc ministra (później premiera), który pozornie jest sztampą polityka. Niewiele wie, jeszcze mniej potrafi ma za to wysokie mniemanie o sobie. I aroganckiego urzędnika, snobistycznego, wykształconego takiego, który najchętniej nie robiłby nic a i tak uważa ze to w istocie on kieruje resortem a minister jest tam tylko po to by stwarzać pozory. Pomiędzy nimi dla efektu dramatycznego dodano jeszcze asystenta ministra, który ma permanentny konflikt lojalności zawieszony miedzy swoim pryncypałem a byciem członkiem kasty urzędniczej.

Każdy z nich ma swoje racje. Każdy bywa także małostkowy i trywialny. A w środku między nimi w zaciszu gabinetów cały czas odbywa się walka o realną władzę. I jeszcze najważniejsze, to komedia! Komedia brytyjska! To znaczy, że każdy odcinek skrzy się sarkastycznymi uwagami i bon motami. I jest autentycznie śmieszny w sposób, który nie ma nic wspólnego z rubasznym rechotem. Humor najwyższej próby. Powoli odkrywamy zarówno racje polityka (mającego za sobą vox populi) jak i urzędnika (starającego się utrzymać państwo rozdzierane skrajnie różnymi oczekiwaniami kolejnych rządzących ekip). Sukcesem produkcji jest to, że obie postacie są antypatyczne i sympatyczne w tym samym momencie. Oraz pokazanie polityki, jako starcia racji równorzędnych.

O genialności serialu przekonałem się oglądając wywiad z rzecznikiem prasowym portu lotniczego w Radomiu. Który bez zmrużenia oka zapewniał o doskonałym funkcjonowaniu portu lotniczego, z którego nie latają żadne samoloty. Zapewniał powtarzając niemal, co do joty argumenty z odcinka serialu poświęconego zamykaniu przez ministra szpitala, który nie leczył pacjentów. Zmieniają się jedynie dekoracje, esencja pozostaje taka sama. Brexit, kryzysy międzynarodowe, ministerialne konflikty, to wszystko tam jest. To znak firmowy wielkiej sztuki.

Produkcję zakończyła w końcówce lat 80 choroba Paula Eddingtona. Margaret Thatcher podobno serial uwielbiała a do dziś nie brak przedstawicieli wszystkich rządzących partii w UK uważających, że to nie jest żadna fikcja, ale raczej dokument z kulisów sprawowania władzy. Miłego oglądania.

P.s. Niestety serii nie widziałem w polskim tłumaczeniu wymagana jest, więc znajomość angielskiego.

Dlaczego rodacy nie powinni mieć swobodnego dostępu do broni

marchewa79

Ogląda sobie człowiek całkiem miły kanał na YT gdzie ludki latają po lesie i robią biwaki Ekwipunek Dźwigany Codziennie, (który nawiasem mówiąc polecam) a tu rozmowa z człowiekiem walczącym o tym żeby rodacy mieli swobodny dostęp do broni. Organizacja nazywa się „Fundacja AdArma” i sama rozmowa do połowy mniej więcej jest, jak na rozmowę z ludźmi, których określam jako „gun loverów” z racji uczuciowego stosunku do broni palnej, miła dość merytoryczna i mało ideologiczna. Dzieje się tak dopóki dotyczy koncepcji „postrzelania sobie”, która nie jest mi obca i którą w sumie akceptuje i popieram, ot weekendowy wypad na strzelnicę żeby postrzelać sobie, z czego tam dusza zapragnie. Bo to fajna zabawa jest.

Niestety miedzy postrzelaniem do celu a pozwoleniem ludziom na nieograniczone posiadanie w domach i noszenie po mieście broni palnej jest ogromna różnica. A ponieważ finałem działań owego stowarzyszenia ma być przerzucenie na nasz krajowy grunt chorej sytuacji, jaka ma miejsce w USA to już budzi mój zdecydowany i stanowczy sprzeciw.

Czy w Polsce można posiadać legalnie broń palną? Można. Czy jest to łatwe do zrobienia? Niekoniecznie. Czy wykonalne? Jak najbardziej. Nie jest to hobby tanie, nie jest także dzięki bogu powszechne. Ale wszystkie osoby, które znam i które z jakichś względów musiały broń posiadać (przeważnie chodziło o przewożenie większych sum pieniędzy) uzyskały ją bez specjalnych problemów.

Problem pojawia się w kwestii samoobrony. A raczej czegoś, co w polskim prawie nazywamy obroną konieczną.  W rozumowaniu wielu rodaków obrona konieczna nie ma granic. Tzn. że jeżeli ktoś (popularna sytuacja) dał mi w barze w pysk bo nie podobały mu się moje sarkastyczne komentarze, mam pełne prawo dźgnąć go nożem. I w rezultacie posłać na łono Abrahama. Wszak „on zaczął” i „wszyscy widzieli”. Prawo jednak widzi to nieco inaczej i wskazuje, że można przekroczyć granicę obrony koniecznej. I że odpowiedź musi być proporcjonalna do zagrożenia. Brzmi logicznie nieprawdaż? W praktyce jest niestety dużo trudniejsze, co ma związek z dużym skomplikowaniem sytuacji np. wskazanej barowej bójki gdzie zeznania świadków są często sprzeczne a ustalenie obiektywnej wersji zdarzeń nawet w przypadku obrazu z kamery, niemożliwe. Stąd częsta u prokuratorów i sędziów taktyka karania wszystkich zaangażowanych, którą zresztą każdy z nas zna dobrze ze szkoły, gdzie to samo po każdej przepychance robili nauczyciele. Taktyka niezbyt może przyjemna, ale logiczna i skuteczna. Przy awanturze w barze/klubie logiczna reakcja powinna obejmować skierowanie się do drzwi.

Tyle, że jest wiele spraw prostszych. Obejmujących w zasadzie dwa przypadki. Pierwszy to napad chuligański, kiedy nas napada zorganizowana banda tubylców/kiboli/młodzieży. I zmuszeni jesteśmy bronić w najlepszym wypadku uzębienia w gorszym życia swojego i rodziny. Drugi przypadek to napad na nasz dom. Kiedy w obronie mienia zmuszeni jesteśmy obezwładnić napastnika, lub gorzej. Oba przypadki to sytuacje stresowe, kiedy trudno o zastanawianie się nad „proporcjonalnością odpowiedzi”. I kiedy preferujemy wyłączenie napastników z gry każdymi dostępnymi środkami. W prawie anglosaskim funkcjonuje konstrukcja nazywana „stand your ground” zakładająca (w ogromnym uproszczeniu) prawo do ochrony własnej przestrzeni przed stroną atakującą przy użyciu wszelkich dostępnych środków. Taką konstrukcję można by zaimplementować do polskiego prawa. Ale…

Nie będę pytał ile razy was napadano. A jeśli w ogóle to na ile sytuacji mogliście uniknąć np. nie łażąc jak idioci po niebezpiecznej dzielnicy o 3 w nocy. Domniemam, że była to nieduża ilość bądź żadna. Statystyki przestępczości potwierdzają taką tezę. Więc dla 95 jak nie 99% populacji ta dyskusja do końca życia będzie mieć czysto akademicki charakter. Policja widzi to nieco inaczej. Otóż stand your ground oznacza na przykład prawo do bezkarnego zabicia sąsiada tylko, dlatego że wszedł do waszego ogródka po psa. Czuliście się zagrożeni mieliście prawo zadziałać przy użyciu dowolnych środków. Także siekiery. Na podstawie tego samego prawa grupa parunastu krewkich kibiców wykpi się z pobicia was. Wszak to wy ich zaatakowaliście, na co mają wielu świadków a oni tylko się bronili. Każdymi środkami. Więc stand your ground nie jest panaceum a może być gorsze od sytuacji, którą mamy obecnie.

Po tym przydługim, chyba najdłuższym w historii bloga wstępie dotarliśmy wreszcie do kwestii broni. Otóż proszę was o to byście do każdej ze zobrazowanych sytuacji dodali broń palną. Rezultat będzie jeden. Mnóstwo trupów i to najczęściej po tej złej stronie.

Broń palna to fatalne narzędzie do samoobrony. U źródeł jej nieskuteczności leży jej pozorna skuteczność. Bo cóż prostego niż w momencie napadu wyciągnąć pistolet i zastrzelić napastnika/napastników. Tych złudzeń pozbawi was pierwsza wizyta na strzelnicy. Pozornie trafienie w cel odległy o kilka metrów z nowoczesnego pistoletu nie powinno nastręczać trudności. Tak nie jest. Amunicja w kalibrach, jakie pozwalają na obezwładnienie/zabicie napastnika nie jest przyjemna do strzelania i wymaga treningu. A stres potrafi nawet wyszkolonemu żołnierzowi odebrać ¾ umiejętności. Nawet odbezpieczenie broni będzie problemem a zdeterminowany napastnik tę broń może wam zawsze odebrać. Podobnie jak z nożem dla większości ludzi broń palna stanowi czynnik zwiększający a nie zmniejszający zagrożenie.

W domu możemy posiadać broń długą, np. strzelbę.  Łatwiej trafić. Problem w tym, że broń w domu trzeba gdzieś trzymać. Każdy rodzić wie, że trzymanie dostępnej i nabitej strzelby czy pistoletu to proszenie się o nieszczęście. A zabezpieczona i rozładowana broń w sytuacji napadu na dom jest bezużyteczna. Dochodzi oczywiście czynnik psychologiczny, bo broń palna to idealne rozwiązanie dla samobójców i nie wiadomo czy posiadaczowi w chwili życiowego kryzysu nie zaszkodzi bardziej niż potencjalnym agresorom.

Ale to wszystko to banał. Można z tym żyć. Problem w tym, że powszechny dostęp do broni da ją także do ręki każdemu bandycie, kibolowi i internetowemu trollowi. Każdemu człowiekowi z problemami psychicznymi. Wszystkim. Ileż prościej przyjdzie pozyskiwać precjoza od przechodniów przy użyciu broni palnej. Robiąc to łomem ryzykujemy, że trafi się większy i silniejszy. Z „klamką” nie ryzykujemy nic. Nagle z bezpiecznego kraju przerodzimy się w… USA. Nasze dzieci będą mogły być masakrowane w szkołach przez kolegów z depresją (a są nastolatki bez depresji?), napady będą „gorące” (cudowny termin oznaczający w USA, że sprawca poszedł na włam z giwerą zastał lokatora ) a poziom morderstw wzrośnie pod sufit. I tak szybko przez fikcyjne poczucie zagrożenia zapewnimy sobie zagrożenia realne.

Tego właśnie boi się policja. Bo państwowy monopol na przemoc czy chcemy czy nie jest fundamentem państwa prawa. Każda delegacja tego monopolu powinna być dokonywana z niezwykłą ostrożnością.

Organizacje takie jak „Ada Arma” są w swoich działaniach zmierzających do swobodnego dostępu do broni organizacjami szkodliwymi. A przez ten cichy lobbying polityczny nieporównywalnie bardziej niebezpiecznymi od jakichkolwiek terrorystów. „Gun loverom” każde logiczne myślenie będzie zawsze przesłaniać moc odrzutu i zapach smaru do broni. A także marzenie o noszonej przy biodrze „klamce” będące jak tabletka Viagry dla impotenta. Ale nie dajcie się zwieść. Powszechny dostęp do broni społecznie się po prostu nie opłaca. Politykom polecam natomiast kolegów z takich organizacji wywalać za drzwi. Dyskusja nie ma sensu. Co nie zmienia faktu, że postrzelać jest fajnie i można byłoby uczynić nieco by robiło się to łatwiej.

Wpis wyszedł nieco przydługi, a w argumentacji inspirowałem się mocno Jimem Jeffreys’em, co pewnie osoby zorientowane w temacie bez trudu zauważyły. Wpis (żeby była jasność w temacie) nie aspiruje do bycia obiektywnym czy ważenia argumentów. Stanowi pogląd autora na kwestie obrony koniecznej i prawa do posiadania broni. Tyle.

Inne wpisy w temacie:

Policja kontra agresywny obywatel, czyli jak to zrobić w Wielkiej Brytanii a jak nie robić w Polsce.

Gun’s don’t kill people…

Ministerstwo Dziwnych Kroków…

Złom z konieczności

marchewa79

Trafił ostatnio przed niemiec-pa-akaa-jak-sprzedawaa-bartek-pa-akaa-jak-odpalia-dmoje oczy wykres sprzedaży nowych samochodów. Żenada jak na 40 milionowy kraj. Troszkę ponad 350 tyś nowych aut.  Ale już blisko 800 tyś używanych. To, że jeździmy autami raczej sędziwymi nie pozostawia wątpliwości. Z początku chodziło pewnie o to żeby zmotoryzować Polskę, potem o to by mogła jeździć czymkolwiek. Bo rzeczywistość jest raczej smutna.

Nowe auto średniej klasy to między 50 a 70 tysięcy. Nawet jakbym chciał spłacać przez 3 lata to (zakładamy nieistniejący kredyt z zerową wpłatą własną i takimż oprocentowaniem) rata będzie oscylować między 1,5 a 2 tysiącami złotych.  Nie stać mnie. Nie tak znowu wiele więcej kosztuje mnie mieszkanie. A nie zarabiam najgorzej. Żona takoż. Przy zarobkach w okolicy najniższej krajowej posiadanie jakiegokolwiek nowego auta jest raczej w kategorii fikcji. A auto jest potrzebne. W wielu regionach Polski transport publiczny nie istnieje. Więc albo auto, albo powrót do czasów powojennych z 30 kilometrowymi wycieczkami na rowerze do powiatowego szpitala.

Więc sprowadzamy. Z biedy, choć raczej z ubóstwa. Jest to oczywiście ubóstwo względne, (bo punktem porównania jest bogaty zachód), co nie czyni go mniej odczuwalnym. Skala importu jest potężna jednak ten import odbywa się w przedziale cenowym na kieszeń przeciętnego Polaka. Wiec auto musi kosztować jakieś 25% pierwotnej salonowej ceny. Wiele samochodów ten poziom osiąga dekadę po wyprodukowaniu. Lub wcześniej, jeśli uczestniczyły w poważnej drogowej kolizji. Państwo pomaga jak może. Przeglądy to fikcja, opłaty za rejestrację są stosunkowo niewielkie a o spaliny i spełniane normy czystości euro nikt już nawet nie pyta.

Jest tez strefa aut socjalnych. Na prowincji rządzą modele, jakie kolekcjonerzy określają mianem youngtimerów. Nie rzadko pełnoletnie a czasami i starsze Volkswageny, Ople, Fordy. Samochody w stanie technicznej agonii, ale dające radę dowieść do sklepu, szpitala, odwieźć na dyskotekę. A czasami do kostnicy, kiedy młodzież w Golfie II na łysych oponach jesienią nie da rady wziąć zakrętu setką jak to wcześniej zobaczyła na filmie.

Czasami tylko bogaty zachód się dziwi, bo w państwach porównywalnej wielkości (Hiszpania) rejestruje się, co roku milion nowych aut. U nas trzykrotnie mniej. Niestety podobne rozbieżności są w wysokości średniej płacy w naszych krajach, dużo mniejsze natomiast w cenach samochodów.

Nie ukrywam ze marzy mi się, że kiedyś (po odchowaniu dzieci?) w przypływie szaleństwa nabędę nowe auto z salonu. Choć nie wiem czy doczekam…

Papież wychodzi nawet z lodówki

marchewa79

materiały ŚDMŚwiatowe dni młodzieży są w Polsce jak Jana Paweł II, albo piszesz dobrze albo wcale. Nie ma absolutnie żadnego miejsca na krytykę. A impreza na krytykę zasługuje, albo raczej nie sama impreza ale waga jaką do niej przywiązują i media i rządzący. Co oczywiście ma bardzo konkretny wymiar finansowy.

 

Koszty proste zostały już oczywiście policzone, ochrona, prace inżynieryjne, masę pieniędzy dołożyli też nie do końca z własnej woli krakowiacy (prezydent Majchrowski kiedyś podobno był lewicowy, ale to chyba było bardzo, bardzo dawno temu). Pozostaje pytanie ile na organizację pobytów pielgrzymów wydały inne samorządy, nierzadko bardzo ale to bardzo od Krakowa odległe. I dla kogo w tym roku owych pieniędzy zabraknie.

 

No ale przyjechał Papież. No może nie do końca Papież polskiego kościoła bo tym pozostaje niestety Tadeusz Rydzyk ale jednak przynajmniej w teorii osoba ważna dla polskich katolików. Oczywiście nie do tego stopnia aby jakichś tam uchodźców przyjmować ale tradycyjnie po polsku. W sferze deklaracji.

 

O ile bowiem w Polsce instytucjonalnie religia i władza są sobie wzajemnie zaślubione to w kwestii wyznawanych wartości wyznajemy strategię ścisłego rozdziału tronu i ołtarza.

Patriotyzm tekstylny

marchewa79

f4761a22088cee44b82a19640f02bd25Kiedyś, w czasach, które zdają się być odległą galaktyką człowiek miał optyczną jasność w odróżnianiu dwu manifestacji przywiązania do kraju, w którym żyjemy. Pierwsza, określmy ją mianem meczowo-piknikowej oznaczała wesołe biało czerwone kapelusze i koszulki oraz chorągiewki na samochodach w czasie rozgrywek reprezentacji w sportach różnych. To takim Polakom zawdzięczamy rewelacyjną atmosferę na siatkówce czy zawodach w skokach narciarskich. Ot normalni weseli ludzie, którzy lubią wspólnie pocieszyć się i pośpiewać.

Ligowa kopanina w piłkę nożną przyciągała inny rodzaj patriotyzmu. Fachowcy powiedzieli by ekskluzywny (co w tym kontekście nie oznacza niestety nic pozytywnego), ale na nasz użytek możemy powiedzieć bardziej otwarcie, że ksenofobiczny, brutalny, oparty na przemocy i szermujący hasłami, które pozornie nacjonalistyczne w istocie były niezbyt udanie zakamuflowana formą faszyzmu/nazizmu. W większości przypadków szeregowy obywatel tępe ryje takiej gromady patriotów mógł rozpoznać z dużej odległości i dokonać odpowiednich korekt w celu uniknięcia watahy.

Podział wizualnie szczególnie widoczny stawał się 11 listopada, kiedy to zwyczajowo na ulicach Warszawy ścierał się piknik (marsz prezydenta Komorowskiego) z pogrzebem (marszem smutnych jak noc listopadowa nacjonalistów). Choć raczej zwyczajowo ścierał się pogrzeb z Policją. Cierpiało miasto, ale taki już los stolicy kraju posiadającego tak krewką i niezbyt intelektualnie rozgarnięta za to sprawną fizycznie młodzież.

To kiedyś. Niestety o ile patriotyzm piknikowy koncentrował się na tym żeby Polskę uwznioślać ciężką pracą o tyle ten nacjonalistyczny ruszył do ofensywy ideologicznej rozwijając „miękkie” instrumenty. Głównie zresztą w warstwie tekstylnej. Atrakcyjna wizualnie odzież bogato okraszona narodową ornamentyką stała się modna nie tylko wśród radykalnie ostrzyżonych, ale także wśród zbuntowanej młodzieży a w rezultacie wkroczyła na salony stając się po prostu modna. I tak tego lata, na co drugich plecach, piersiach, tyłkach można podziwiać przeróżne wariacje w temacie godła, flagi, powstańców, husarzy, żołnierzy wyklętych etc… Prawdziwa symbolika powstańczej kotwicy utonęła w komercyjnej szmirze a rzutcy biznesmeni prześcigają się w ekspediowaniu coraz głupszych wzorów na koszulki made in china.

Co jednak ciekawy ta symbolika (poza nielicznymi stosunkowo husarzami) dalej obraca się w obszarze narodowych klęsk i wątpliwych bohaterów. Koszulki z wizerunkami chociażby Stanisława Kierbedzia, Ignacego Mościciego, Eugeniusza Kwiatkowskiego czy Władysława Grabskiego nie widziałem.  Widać inżynier jest dla patrioty zjawiskiem zbyt mało „wyklętym”, choć to dziwi, bo wśród narodowych patriotów trudno o rzecz bardziej wyklętą od faktów i edukacji. Ale moi drodzy piknikowi patrioci może w kontrze zaprojektować by takie właśnie koszulki? Bo w końcu warto by trochę promować patriotyzm oparty na budowaniu kraju a nie na chwalebnej, ale wielokrotnie bezcelowej ofierze z życia.

Ten tekstylny patriotyzm ma niestety wiele wspólnego z sukcesami rządzących, bo oznacza zawłaszczanie przestrzeni przez symbolikę i wartości, które tylko pozornie wyrażają miłość do polski. W rzeczywistości wyrażają nienawiść do wszystkiego, co obce. Tak więc walka o zmianę władzy, chcemy tego czy nie, przeniosła się nawet do sklepów odzieżowych.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci