Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Francja, ciekawie a kto wie czy nie kontrrewolucyjnie…

marchewa79

french-flagFrancja.  Drugi najważniejszy kraj Unii Europejskiej i podstawowy element jej kręgosłupa.  Ale kraj w kłopotach. Ogromne bezrobocie zwłaszcza wśród młodzieży (oczywiście „ogromne” jak na standardy francuskie) pogrążona w kłopotach gospodarka, problemy z emigrantami z terroryzmem. Wszystko to sprawia, że mimo demokratycznych tradycji Francja jest bardzo podatna na zestawy populistycznych recept. Z naczelnym chłopcem do bicia, czyli Unią Europejską.

Ustrój Francji stanowi oryginalną hybrydę systemu prezydenckiego z parlamentarnym. Odrobine przypomina system polski z Prezydentem pochodzącym z bezpośrednich wyborów, ale pozycja głowy państwa jest silniejsza i to on jest główną postacią egzekutywy. W odróżnieniu od USA zachowano jednak urząd premiera i rząd pochodzi z większości parlamentarnej, co prowadziło już do tego, że zarówno Prezydent i Premier reprezentowali przeciwstawne opcje polityczne (tzw. kohabitacja). Jest to jednak sytuacja rzadka.

Za obecną trudna sytuację polityczną we Francji odpowiedzialne są dwie osoby. To prezydenci były Nicolas Sarkozy i jeszcze urzędujący François Hollande. Pierwszy zastępował ostatniego polityka pokolenia ukształtowanego przez II wojnę światową Jacquesa Chiraca. Budził tym ogromne nadzieje na dokonanie fundamentalnej zmiany we francuskiej polityce. Miał pomóc gospodarce odzyskać konkurencyjność, zmodernizować podejście francuzów do pracy, obniżyć podatki. Zamiast tego cała kadencja była naznaczona jego problemami hmm… miłosnymi. Za co już po jednej kadencji dostał czerwoną kartkę. Zastąpił go kandydat niemożliwy François Hollande. Koszmarnie pozbawiony charyzmy, typ skrupulatnego urzędnika. Ale po wybrykach Sarkozy’ego wydawał się spokojną alternatywą dodatkowo w pakiecie proponował cały szereg populistycznych obietnic na czele z horrendalnym podatkiem dla najbogatszych. Ale jego kadencja okazała się katastrofa na jeszcze większą skalę a naznaczona była (a jakże) kłopotami natury… obyczajowej. Obaj prezydenci niczym pszczółki skoncentrowali swoje urzędowanie na zapylaniu coraz to nowych kwiatków zamiast na pracowitej i mozolnej produkcji miodu. W międzyczasie mieliśmy kryzys światowy, katastrofą strefy euro i wiele innych wydarzeń, które kondycji gospodarki Francji bynajmniej nie poprawiły. Sytuacja gospodarki sąsiednich Niemiec na złość wszystkim była doskonała.

Wszystko to pozwoliło na wyrośnięcie nowego pokolenia francuskich narodowych socjalistów. Starego bezokiego wodza zastąpiła blond córeczka, która pozbyła się z partii, co bardziej krewkich działaczy ciosając ją na tyle żeby w kiepskim oświetleniu swastyki nie rzucały się w oczy. Odniosła duży sukces wzorem ojca wczoraj przechodząc do drugiej tury wyborów. W teorii nie ma większej szansy na sukces, ale te teoretyczne mniemania wielokrotnie zawodziły ostatnimi czasy.

Naprzeciw niej niespodzianka. Dużo większa od samej Le Pen, której triumfu wszyscy się spodziewali. Niespodzianka nazywa się Emmanuel Macron. Kandydat bynajmniej nie spoza establishmentu (były minister gospodarki w socjalistycznym rządzie), ale jednak spoza dwóch największych frakcji francuskiej polityki socjalistów i gaulistów. Najdziwniejsze w tym wszystkim, że Marcon jest bezprzymiotnikowym liberałem. A więc reprezentuje poglądy, które powinny skazywać go na porażkę w świecie zdominowanym przez populistów. Jednak potrafił całkiem nieźle zagospodarować tę nienacjonalistyczną frustrację obecną wśród francuzów. A przy tym jest młody, niegłupi i ma dobry kontakt z ludźmi. Może wygrać.

Logika wskazuje na triumf Marcona. Ale logika zawiodła w W. Brytanii, USA. Więc nie otwierajmy szampanów. Ale dobrze jest wiedzieć, że liberalizm potrafi się odgryźć. Niestety dla Polski wybory we Francji nie oznaczają nic dobrego. Wybór Le Pen byłby katastrofą o trudnych do zmierzenia skutkach. Wybór Marcona oznacza powstanie twardego jądra UE, do którego nikt Polski pisowskiej nie zaprosi.

Najlepszy serial o polityce, o którym pewnie nigdy nie słyszałeś…

marchewa79

Jeśli zapytam was o ulubione seriale polityczne większość zapewne bez zmrużenia okiem wymieni „House of cards” z Kevinem Spacey. Niektórzy być może będą znali brytyjski oryginał. Może kilkoro obejrzało „West wing/Prezydencki poker” lub brytyjskie „The thick of it”. To wszystko znakomite produkcje TV, na które można poświęcić wiele godzin, ale ma się nieodparte wrażenie, że w poszukiwaniu dramaturgii autorzy poświęcili pewien trudno uchwytny realizm polityki w zaciszu gabinetów. Polityki codziennego znoju, kompromisów i niemożności. Bo przecież takiej polityki nie da się przekuć na język telewizji, jest nieatrakcyjna i pozbawiona dynamiki.

Otóż da się. W latach 80 BBC (a jakże) nadawało przez osiem lat serial komediowy „Yes minister/yes prime minister”. I jest to najlepsze zobrazowanie polityki, jakie widziałem do tej pory w dowolnym medium. Co postaram się za chwilę udowodnić.

Fabuła rozpoczyna się banalnie. Partia wygrywa wybory, zasłużony działacz otrzymuje tekę ministra od „administrative affairs” (fikcyjny resort najbardziej zbliżony do polskiego ministerstwa administracji) a do pomocy doświadczonego urzędnika. A cała akcja opiera się na sporach między nimi. Pozornie nudne nieprawdaż?

Może i byłoby nudne gdyby nie dwie rzeczy. Po pierwsze serial stworzyli ludzie mający ogromne doświadczenie z brytyjską polityką i talent pozwalający na stworzenie z niej metafory rządzenia w ogóle. Po drugie wybrano, jako odtwórców głównych ról aktorów absolutnie genialnych. Bardzo łatwo zarówno polityka jak i urzędnika zagrać karykaturalnie lub stereotypowo. Paul Eddington (minister/premier) i Nigel Hawthorne (urzędnik) zrobili o wiele więcej. Stworzyli postacie uniwersalnie ludzkie a zarazem niestroniące od stereotypów.

Mamy, więc ministra (później premiera), który pozornie jest sztampą polityka. Niewiele wie, jeszcze mniej potrafi ma za to wysokie mniemanie o sobie. I aroganckiego urzędnika, snobistycznego, wykształconego takiego, który najchętniej nie robiłby nic a i tak uważa ze to w istocie on kieruje resortem a minister jest tam tylko po to by stwarzać pozory. Pomiędzy nimi dla efektu dramatycznego dodano jeszcze asystenta ministra, który ma permanentny konflikt lojalności zawieszony miedzy swoim pryncypałem a byciem członkiem kasty urzędniczej.

Każdy z nich ma swoje racje. Każdy bywa także małostkowy i trywialny. A w środku między nimi w zaciszu gabinetów cały czas odbywa się walka o realną władzę. I jeszcze najważniejsze, to komedia! Komedia brytyjska! To znaczy, że każdy odcinek skrzy się sarkastycznymi uwagami i bon motami. I jest autentycznie śmieszny w sposób, który nie ma nic wspólnego z rubasznym rechotem. Humor najwyższej próby. Powoli odkrywamy zarówno racje polityka (mającego za sobą vox populi) jak i urzędnika (starającego się utrzymać państwo rozdzierane skrajnie różnymi oczekiwaniami kolejnych rządzących ekip). Sukcesem produkcji jest to, że obie postacie są antypatyczne i sympatyczne w tym samym momencie. Oraz pokazanie polityki, jako starcia racji równorzędnych.

O genialności serialu przekonałem się oglądając wywiad z rzecznikiem prasowym portu lotniczego w Radomiu. Który bez zmrużenia oka zapewniał o doskonałym funkcjonowaniu portu lotniczego, z którego nie latają żadne samoloty. Zapewniał powtarzając niemal, co do joty argumenty z odcinka serialu poświęconego zamykaniu przez ministra szpitala, który nie leczył pacjentów. Zmieniają się jedynie dekoracje, esencja pozostaje taka sama. Brexit, kryzysy międzynarodowe, ministerialne konflikty, to wszystko tam jest. To znak firmowy wielkiej sztuki.

Produkcję zakończyła w końcówce lat 80 choroba Paula Eddingtona. Margaret Thatcher podobno serial uwielbiała a do dziś nie brak przedstawicieli wszystkich rządzących partii w UK uważających, że to nie jest żadna fikcja, ale raczej dokument z kulisów sprawowania władzy. Miłego oglądania.

P.s. Niestety serii nie widziałem w polskim tłumaczeniu wymagana jest, więc znajomość angielskiego.

Idealny polityk prawicowy

marchewa79

zdjecie_20101116162749_854Musiał się w końcu objawić. Objawił się w PiS a jakże. Ot lokalny radny w Bydgoszczy z gębą pełną zwyczajowych frazesów o tradycyjnej roli rodziny, grzecznie chodzący do kościółka pewnie nawet baldachim w procesji nosił.

Prywatnie miał ciekawe metody na aktywność fizyczną. Lubił energię wyładowywać w domu, na dostępnym worku treningowym, żonie. Żona niestety dla bohatera ponagrywała, co bardziej mięsiste kawałki, więc standardowe pójście w zaparte nie wchodzi w grę.

Nawet partia się odcięła, co w sumie dziwi, bo można przecie uznać, że to spisek wrażych sił i zmanipulowane nagrania. Durnie głosujący na PiS uwierzą we wszystko. Zresztą moralność prawicowych polityków od zawsze była moralnością zewnętrzną. Dla innych. My we własnej kaście możemy się rozwodzić, kraść, kazać kochankom robić skrobanki i inne takie. Jesteśmy ponad to. A ciemny lud kupuje. Kupował zawsze.

Nadzieja w tym, że wiele kochanic obecnej władzy ma telefony komórkowe. Niech nagrywają. Jak przyjdzie, co do czego to w świecie prawicowej obłudy i fałszu może to być ich jedyna obrona. Bo nawet ciemny lud ma granice tolerancji. Warto o tym pamiętać panowie rządzący zanim kolejny raz zaświerzbią w domu pięści.

Kopciuszek

marchewa79

cinderella-e1387094787124Czyżby ta piękna historia kopciuszka w polskiej polityce miała się zakończyć? Wyobraźcie sobie ekranizację tej historii. Nasz kopciuszek pracuje w jakiejś prowincjonalnej aptece gdzie zła kierowniczka zmusza go do sprzątania po reszcie personelu i wyśmiewa się z jego prawicowych poglądów. A wtedy, pewnego dnia do apteki wchodzi książę. Och wzrok spotyka się i już wiedzą, że są dla siebie stworzeni. Książę uwalnia kopciuszka z apteki, a kopciuszek pomaga księciu organizować miesięcznice, komisje, ekspertyzy i strach pomyśleć, w czym tam jeszcze księciu pomaga…

Kiedy towarzysze księcia odzyskują władzę w królestwie jasne jest, że i kopciuszek wraz z księciem dostaną swoja prowincję. No i kopciuszek ma wreszcie okazję do wyrównania sobie za lata krzywd i niedostatków. To on może wreszcie dyrygować tymi aroganckimi generałami. Ma także dostęp do najpiękniejszych karoc a książę słucha rady kopciuszka w każdej sprawie.

Ale zły lud nie rozumie siły związku. A król w swym zamku na górze Nowogrodzkiej wsłuchany w podszepty ludu każe księciu odsunąć kopciuszka. Książę walczy, bo o tę prawdziwą miłość warto walczyć. W końcu bezradny odsyła kopciuszka do najpiękniejszego ze swych pałaców z wysoką gażą.

Ale i to królowi nie wystarcza. Podszepty złego ludu nie słabną i król chce wyrzucić kopciuszka z królestwa. Nie poddawaj się książę. Musisz walczyć o tę miłość. Ta historia nie może nie mieć happy endu.

Smoleńsk Cud, który ocalił PiS

marchewa79

Tu-154-crash-in-smolensk-20100410-10W kwietniu 2010 Prawo i Sprawiedliwość stanęło nad otchłanią. Notowania PO nie chciały spadać, Tusk bił w partię jak w bęben a niepopularny Prezydent wdawał się w kolejne spory z szefem rządu każdy kolejny sromotnie przegrywając. Działania odśrodkowe, które potem dadzą rezultaty w postaci powstania ugrupowań „Polska jest najważniejsza” i „Solidarna Polska” już się rozpoczęły.

Tragedia Smoleńska początkowo była po prostu tragedią. Trzeba było lat pracy by z wypadku komunikacyjnego Smoleńsk stał się tym, czym jest obecnie. Niezbędna była oczywiście domieszka całkowitego braku skrupułów i pewna ilość naprawdę fanatycznych akolitów. To wszystko miał Antoni Macierewicz. Do tego brak piątej klepki, co w obliczu początkowej komiczności owego kultu tylko pomagało przetrwać kpiny i szykany.

Goebbelsowskie zasady o powtarzaniu kłamstwa zadziałały po raz kolejny. Nabożna wiara w to, że przywódcy nie mogą zginąć tak banalnie w katastrofie lotniczej potrafiła, powtarzana nieskończoną ilość razy wniknąć do umysłu bardzo wielu Polaków. Rządząca PO temu religijnemu wręcz fanatyzmowi nie potrafiła się przeciwstawić, nie działały fakty a wyprodukowanie własnego fanatyzmu w kontrze do Smoleńskiego nie było czymś w zasięgu partii o jednak dość racjonalnym charakterze. Rezultat widzimy dziś przy władzy.

I właśnie to zdobycie władzy najboleśniej skrzywdziło smoleński mit. Nagle okazało się, że im bardziej Macierewicz et consortes szukają dowodów nieczystej gry, tym bardziej ich tam nie ma. Co wiarę fanatyków tylko wzmocni, wybije jednak to miękkie podbrzusze nieprzekonanych. A to właśnie ono jest politycznie cenne, bo w poczuciu oszukania może się znowu zacząć pałętać u politycznych adwersarzy. Wielkim mistrzem zakonu smoleńskich fanatyków pozostaje Antoni, co być może najlepiej tłumaczy jego wątpliwej, jakości polityczną samodzielność.

A gdzieś tam w siedzibie partii siedzi brat bliźniak i wspomina tę tajemniczą ostatnią rozmowę. W której zapewne leży klucz do przyczyn wypadku. Prawdy nie poznamy nigdy. Może to i lepiej, bo żadne fakty nie przekonają opętanych. Oni wierzą tylko w parówkowe eksperymenty.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci