Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Dlaczego mi wisi, dlaczego ludziom wisi

marchewa79

don_t_care_bear_by_caycowa-d8qvombKomentarz kmat’a pod jednym z wpisów zachęcił mnie do introspekcji w temacie ogólnego zwisu na politykę. Temat zasadny i ważny, bo normalna polityka z wakacjami i grillem nie ma szans. Ba szans nie ma nawet nienormalna, co pokazał umiarkowany sukces protestów przeciw demontażowi kolejnych instytucji. Urok tego, co Brytyjczycy nazywają „taktyką salami” polega na tym, że systemu nie demontujemy w całości, ale plasterek po plasterku. Trzeba zaburzyć czujniki temperatury stopniowo ją podnosząc. Wtedy żaden z nas nie zauważy momentu, kiedy zostaniemy ugotowani.

Kolejne protesty nie przynoszą rezultatów. A dodatkowo usłużne rządowi media potrafią przedstawić protestujących, jako bandę oszołomów. Co ma do tego „normalna” część społeczeństwa? Ano niewiele. Otóż póki, co deformy PiSu niespecjalnie Kowalskiemu robiły krzywdę. Oczywiście mógł on się nie zgadzać z ich założeniami, (choć pięć stówek przytulił, czemu nie), ale nie do takiego poziomu żeby dać się spałować. A sporo „miękkiej” presji istnieje wspomnijmy, chociaż kobiety sekowane w pracy w różny sposób za udział w czarnym proteście. To samo dotyczy także człowieka przyłapanego na fejsie w koszulce Konstytucja przez sympatyzującego z PiSem szefa (a nigdy nie wiadomo…). Mamy, więc niewielki zysk i potencjalnie dużą stratę z tej obywatelskiej aktywności. Bo, wracając do obrony sędziów i sądów nie ma jednak w Polsce sympatii dla trzeciej władzy. Zwłaszcza w dość aroganckim wydaniu wyższego poziomu sądów. Bardzo łatwo jest sędziami grać zwłaszcza, że kontrowersyjnych i źle wytłumaczonych wyroków nie brakuje. A i sędziów z ciekawymi biografiami można kilku znaleźć (i nie mówię tu o nowych PiSowskich nominatach).

Wynik? Pewien poziom wystudiowanej obojętności. Zwłaszcza, że w obecnej koniunkturze niespecjalnie widoczny jest gospodarczy powód do frustracji. Ludzie zajęci są zmienianiem pracy, podwyżkami, konsumpcją. Na politykę nie tyle nie starcza RAMu, co jest ona przykra, pokazuje naszą bezradność. Więc zgodnie z zasadą unikania rzeczy przykrych ją ignorujemy. Dlaczegóż kolejny powrót Macierewicza miałby podnosić nam ciśnienie. W końcu i tak wróci. Nasz wpływ na widzimisię Prezesa jest żaden.

Mamy, więc kombinację niechęci do osobistego ryzyka, znikomej osobistej szkodliwości i braku poczucia sprawczości. Dodatkowo łatwo jest zamknąć się we własnym bąbelku informacyjnym. Ponieważ praktycznie nie ma neutralnych gazet a lektura tego, co PiSiarze nazywają gazetami jest przykra, więc czytamy tylko to, co z naszymi poglądami się zgadza i je utrwala. A Internet doskonale to rozumie i odpowiednie algorytmy spokojnie nas pokierują. Zgodnie z zasadą, „po co babcię denerwować” jeszcze w reklamy nie kliknie.

Czyli co, PiS wygra za sprawą naszej obojętności? Nie jest tak źle. Otóż pewne znieczulenie nie oznacza całkowitego paraliżu. Mimo sondaży sporadycznie dobijających do 50% poparcia, PiS jest i pozostanie partią mniejszościową, której sukces wynikał ze splotu bardzo szczęśliwych okoliczności, które trudno będzie zreplikować. Bo frustracja realnie istnieje i to, że spora część kraju jest na wewnętrznej emigracji przy grillu nie znaczy, że będzie na niej w trakcie wyborów. Liberalna baza już nie raz pokazała, że jak chce to potrafi zmienić rzeczywistość w sposób niespodziewany i radykalny. Myślenie życzeniowe? Myślicie, że gdyby tak było PiS w ogóle zawracałby sobie głowę ordynacjami wyborczymi?

A za oceanem

marchewa79

trump-impeachmentPółmetek prezydentury Trumpa zbliża się wielkimi krokami. Tym większymi, że ostatnie miesiące przyniosły w sporej mierze demontaż systemu, którego USA w ostatnich latach było największym beneficjentem. I nie do końca można zrozumieć powody.

Otóż prezydent dość przypadkowo i doraźnie (za pomocą instrumentów władzy wykonawczej) zaczął nakładać karne cła na dużą część handlu zagranicznego USA z resztą świata. W nie do końca jasnej nadziei na uratowanie resztek własnego przemysłu ciężkiego i wzmocnienia rodzimego przemysłu samochodowego usiłuje Trump cofnąć ostatnie kilka dekad globalizacji.

Czy USA na globalizacji traci? Na papierze jak najbardziej. Właściwie od połowy lat 70 USA więcej kupują niż sprzedają. Dlaczego? Otóż USA ma gigantyczny handicap w postaci bycia emitentem światowej waluty. To carte blanche na zadłużanie się, ponieważ nie ma żadnego ryzyka niewypłacalności (USA może po prosty wydrukować pieniądz na spłatę swoich długów). Problemem USA jest to, na co te pieniądze wydaje. Otóż wydaje je w ogromnej mierze na zbrojenia i działania wojenne. Dwa rozgrzebane konflikty zbrojne w Iraku i Afganistanie pociągnęły za sobą tak gigantyczne wydatki, że obydwa te kraje powinny zostać wykatapultowane do światowej gospodarczej elity. Zamiast tego są zrujnowaną strefa wojny a USA wikła się w kolejne konflikty asymetryczne w Libii, Syrii, Jemenie… Miejsca trudno zliczyć. Utrzymywanie w gotowości gigantycznej armii i floty oraz jej stała modernizacja również kosztuje. Oczywiście jest to warunek tego, że na świecie jest pax americana, który jest także podstawą globalizacji. To USA zawdzięczamy, że na Morzu Chińskim i Pacyfiku za łby nie wzięły się Chiny, Tajwan, obie Koreę czy Wietnam. Zawsze istnieje ryzyko, że przyjdzie leśniczy i wyrzuci partyzantów z lasu. Ale bycie leśniczym kosztuje. Do tej pory amerykańska klasa polityczna przyjmowała bezdyskusyjnie, że cena, jaką jest globalna supremacja wojskowa jest cena warta do zapłacenia za gospodarcze korzyści. Donald Trump zanegował tą politykę. Gospodarczo Trump jest izolacjonistą, co akurat USA nie rokuje zbyt dobrze, bo przejście z globalizacji rozwijanej przez pół wieku na izolacjonizm jest może możliwe, ale na pewno będzie niezwykle kosztowne. Tym bardziej, że równolegle przepchnięto w USA znaczące obniżki podatków, które kolejny raz powiększą i tak wyśrubowany deficyt. Towarzyszące tym podwyżkom redukcje wydatków ominęły oczywiście budżet wojskowy jednak nie ominęły wydatków infrastrukturalnych i zabezpieczenia socjalnego a więc rzeczy, które teoretycznie zwolenników Trumpa obchodzić powinny najbardziej. Nie jest to jednak pierwszy przypadek tego, że prezydent USA mówi jedno a robi zupełnie, co innego.

USA realizuje więc instrumenty pochodzące z dwu zupełnie różnych politycznych repertuarów. Obniżki podatków to alfabet reaganomiki i polityki „skapywania” bogactwa. Ta wiecznie żywa koncepcja została już w praktyce zdezawuowana tyle razy, że aż wstyd wspominać. Z kolei izolacjonizm to repertuar amerykańskiego nowego populizmu. O ile jednak bonusy podatkowe adresowane były do środowisk biznesowych (skorzystali a jakże najbogatsi w tym właściciele Amazona, Facebooka i Appla) o tyle retorsje dla działań izolacjonistycznych wprost szkodzą pozycji międzynarodowych amerykańskich koncernów. Podstawą ich bogactwa jest, bowiem uprzywilejowana pozycja prawna, jaką posiadają w wielu krajach będąca zasługą przywilejów uzyskanych jeszcze przez Billa Clintona. Te wszystkie przywileje dla amerykańskiej gospodarki elektronicznej mogą zniknąć. A Facebook czy Google poddane restrykcjom związanym chociażby z odpowiedzialnością za słowo mogą bardzo szybko stracić pozycje rynkowych monopolistów. O tym jak kruchy jest sukces ekonomii dzielenia przekonuje się obecnie Uber czy AirBNB. A dolina krzemowa to duża część amerykańskiego PKB. I to część dysponująca miliardami wolnej gotówki. Która to gotówka może łatwo spłynąć i spływa do kieszeni politycznych przeciwników urzędującego prezydenta.

Poza tym geopolitycznym aspektem są też jeszcze prawne kłopoty głowy państwa. Śledztwo FBI ujawniło poziom zaangażowania Rosji w wyborach 2016 roku oraz powiązań z rodziną i współpracownikami Donalda Trumpa. Mimo braku „dymiącej broni” poziom nieścisłości i krzywoprzysięstwa jest na tyle duży, że w przypadku zwycięstwa demokratów w wyborach na jesieni odwołanie prezydenta w drodze impeachmentu wydaje się bardzo prawdopodobne. A przyparty do muru Trump na pewno będzie nieprzewidywalny. Zwłaszcza, że spora część jego zwolenników wydaje się impregnowana tak na fakty jak i na logikę. Wiele wskazuje, że duża część „starej” partii republikańskiej dostrzegła niebezpieczeństwo i czeka na możliwość odcięcia się od Trumpa na szerszą skalę. Nie należy, więc wykluczać poparcia impeachmentu nawet przez część republikanów.

Ciekawe czasy nastały w Ameryce. Niestety.

Przypływ, co nie wszystkie łodzie…

marchewa79

800px-Przystan_rybacka_UniescieDobra koniunktura gospodarcza ma dla rządzących nie tylko zalety. Ma także i wady. Najpoważniejszą z nich jest wzrost płac. Bo im bardziej rosną prace w „produkcyjnej” części gospodarki tym bardziej relatywnie kurczą się one w sekcji budżetowej (kusi żeby napisać „nieprodukcyjnej, ale w mojej opinii nauczycielka czy lekarz ma taki sam udział w wykuwaniu „pekabu” jak operator obrabiarki). Ulubiony podatek każdego rządu, czyli inflacja także dokłada swoje. Rezultatem jest spory nawis oczekiwań płacowych zwiększający się z każdym rokiem. Bo płace w budżetówce indeksowane w większości nie są. A więc realnie się kurczą a owa przeklęta kasta urzędnicza zamrożone stawiki ma od bodajże 2010 roku. Oczywiście pozornie zależności miedzy wydajnością pracy urzędnika, który wydaje nam np. pozwolenie na budowę a jego płacą być nie powinno. Realnie jednak sfrustrowany urzędnik (a także nauczyciel, czy pracownik służby zdrowia) to gorsza praca. Prosty i chyba zrozumiały efekt psychologiczny.

Jest także selekcja negatywna. Otóż ci, którzy w sektorze budżetowym są najlepsi, najbardziej kompetentni i najwydajniejsi widząc rozwierające nożyce płacowe coraz częściej wybiorą woltę do sektora prywatnego. I dobrze, powiecie. Cóż niekoniecznie. Bo ci, którzy zostaną to będzie raczej kiepsko opłacana dolna warstwa piramidy kompetencyjnej. Dodajmy do tego kiepską motywację a każdy proces wymagający częstych kontaktów z administracją może stać się gehenną. Co na pewno nie przełoży się dodatnio na produkcyjność i konkurencyjność gospodarki, jako całości.

Problem polega na tym, że gdyby uwzględnić nawet prostą indeksację zarobków to nasz kraj szybko znalazłby się zna ścieżce, którą podążała już Argentyna czy Grecja. Więc postępować trzeba ostrożnie tylko, że… nie ma pieniędzy. Bo te wydawane są bez opamiętania nie tylko na rozbudowany „socjal”, ale także w postaci bezpośrednich hojnych transferów dla pupilków władzy. Co gorsza mają miejsce podwyżki „wyspowe” związane z wymianą kadr na „swoich”, co tylko zwiększa dysproporcję i frustrację. Ciśnienie wzrasta do poziomu eksplozji. Gdzie i kiedy? Jesień zapowiada się raczej gorąca.

Wyśniony lider opozycji a proza życia

marchewa79

Funny+Superhero+fails12-www.go4pix.infoKanikuła sprawiła, że wrócił do obiegu tematy wymiany liderów opozycji. Nie do końca wiadomo, na jakich. Ale zasadniczo wiadomo, że ci, co są to są niefajni. A jakby przyszli ci fajni to po prostu ruszylibyśmy z posad bryłę świata i PiS miałby 3% poparcia. Oh, wait…

Warto spojrzeć na losy ludzi, z którymi do tej pory wiązano nadzieję. Tuska póki, co pomińmy, bo ten powrót może nastąpić, ale nie musi. Spójrzmy na trójcę sprawdzona w boju. Petru, Trzaskowskiego i Biedronia. Zacznijmy od Petru. Facet pozornie zaorał się sam. Madera ujawniła, że jego życie prywatne nijak nie przystaje do ambicji, jako lidera. Poza tym dość własnościowy stosunek do własnej partii i „trudna” osobowość pozbawiła go pozycji wodza. Co zniósł niezbyt dobrze. Lider, więc dla elektoratu winien posiadać ustabilizowane życie prywatne i koncyliacyjną osobowość (będąc jednocześnie silnym liderem). Bo jak nie to infamia i zapomnienie.

Trzaskowski pozornie ma te wszystkie cechy. Młody, wykształcony i z ustabilizowanym zżyciem prywatnym. Ale poddawany dokładnej, bezwzględnej obróbce medialnej traci. Jego zalety (wykształcenie i pochodzenie) są przedstawiane, jako wady. Konkurent w medialnej PiSwizji staje się warszawskim evrymanem, (choć w rzeczywistości to Opolska elita i spadochroniarz na misji od prezesa). I Trzaskowski obrywa. W dużej części, dlatego że nie chce i nie umie podjąć gry z plebejską częścią elektoratu. A podjąć tej gry nie może bo „baza” łaszenia się do prostego wyborcy by nie darowała. Nie ma powodów do oczekiwania że w skali kraju będzie inaczej.

Biedroń. Przypadek stanowiący kopię i remiks pozostałych. Dodatkowy twist lokalny i seksualny dodają smaczku. Otóż Biedroń chciałby i boi się. Chciałby wejść do „dużej” polityki, ma niemało suflerów, którzy go zachęcają. Ale porzucenie Słupska po pierwszej kadencji nie wygląda dobrze w życiorysie (a już rządowe media obrobią ten temat właściwie) a dodatkowo wydaje się, że te same cechy osobowościowe, co u Petru występują i w tym przypadku. Skrótowo Biedroń to człowiek, co uwierzył we własną zajebistość. Polityka takich graczy zwykła przeżuwać i wypluwać. Zwłaszcza że jako polityk lokalny miał póki co Biedroń w TVPiS taryfę ulgową.

Co pozostaje. Upiory. Czarzasty i Schetyna. Nieatrakcyjni emeryci. Weterani partyjnych gierek. Ale czy kotwice? Czarzasty dostał masę spadkową po Millerze poniżej wyborczego progu, z bagażem Ogórek i Palikota. I konkurencją łaknącą lewicowego elektoratu a czystą i nieskalaną niczym dziewice z partii Osobno. I wygrywa. Dziś rząd dusz na lewicy ma zużyty do cna szyld SLD. Reszta graczy albo się z Czarzastym sprostytuuje albo będzie dumnie niosła szyld nowej lewicy z 1,5% poparcia. I to wszystko zrobił Czarzasty będąc nieobecnym w mediach. Kiepski lider?

Schetyna. Tego w mediach aż nadto. A PO dalej nie może przekroczyć 20%. No dupa nie lider. A teraz cofnijmy się 3 lata. Nowoczesna zbliża się do 25% w sondażach PO ma ledwie 15. W mediach Petru ogłasza się liderem opozycji. Połowa PO czeka w blokach startowych do ewakuacji. Przychodzi Schetyna. Trzy lata później Nowoczesna ledwie dyszy wzięta na pokład przez PO. Petru nie istnieje wyrzucony na margines polityki. I to wszystko przy utracie garstki posłów i parunastu radnych. Zatrzymał w partii Schetyna niemal całą wewnętrzną opozycję. Sukces mierzony rozmiarem dołu, z którego musiał się wygrzebać jest niewątpliwy. Sukces sondażowy dość umiarkowany.

Ludzie ani Schetyny ani Czarzastego nie kochają. Co pewnie prędzej czy później obu skarze na strategię zmienników. Obaj póki, co czekają. Bo strategia zmienników musi być dobrze rozegrana czasowo. Przy wystarczającej ilości przestrzeni obróbka TVPiS zabije każdego kandydata. Trzaskowski pokazuje niezbicie, że teflonowych przypadków nie ma. Czy są to kiepscy liderzy? Politycy dotychczas grali na zupełnie innych warunkach. Schetyna i Czarzasty robią za odgromnik. Tak dla PiSowskich ataków jak i zawiedzionych post POwskich marzeń. Ich czas może jeszcze nadejść.

Triumf prymitywu

marchewa79

Neanderthal-615Wypoczywając na wiejskiej nadjeziornej plaży ma się okazję nasiąknąć kulturą i zachowaniami, od jakich, na co dzień udaje się człowiekowi oddzielić grubym społecznym murem. I nagle okazuje się, że tak wyśmiewani przez artystów kabaretowych i internetowe memy Janusze, Grażyny, Sebixy to nie jest ironia. To dokument. I że pozbawieni żartobliwego kontekstu owi bohaterowie zbiorowej beki klasy średniej są groźni i niezbyt mili. A mnie się nasunęła refleksja podczas lektury równoległej hejtu, jaki wylał się na Trzaskowskiego za umiarkowaną bucerię we wspomnieniu o Geremku: kiedy to prymityw zatriumfował? Kiedy źródłem aspiracji dla prostych ludzi przestała być Jędrusik a została Doda czy tez inny klon?

Prosto jest winić Internet. To zresztą może i prawda, bo Internet jest intensyfikatorem. Trzaskowskiemu pozwoli ściągnąć jakąś snobistyczną książkę po francusku. Sebie pozwoli zatonąć w pudelku i kupić kąpielówki z kotwicą „Polski walczącej”. Taki lajf. Niestety.

Jeszcze kilka lat wstecz jednak miało się wrażenie, że ta nieszczęsna wielkomiejska klasa średnia jest jednak Panią nie tyle życia prostych ludzi, co ich aspiracji i aspiracji ich dzieci. Tasiemcowe seriale TVNu były może głupie, ale pokazywały karierę w Warszawie, jako coś możliwego i dostępnego. Kształtowały wzorce i oczekiwania. I to nie tylko oczekiwania w rodzaju picia wina do kolacji, ale tez takie żeby nie kląć przy dzieciach (jak lokalny Janusz puścił progeniturze wiązankę to się ucieszyłem, że moje latorośle były w wodzie), sprzątać po sobie i pomagać innym. Jak obejrzałem jeden z seriali niejakiego Vegi o gangsterach Made in Poland to właściwie nie do końca wiedziałem czy kibicować „chłopakom z miasta” czy Policji. Zresztą odróżnienie jednych od drugich wymagało niemało wysiłku. Kiedyś mieliśmy z tego spory ubaw ze znajomym policjantem, ostatnio jakoś mniej go temat śmieszy, bo zrelacjonował mi, że młody narybek policyjny te seriale traktuje niemal jak dokument.

Prymityw (określenie umyślnie pejoratywne) istniał zawsze. Ale dotarliśmy do czasów, kiedy bratanie się z prymitywem i folgowanie najniższym instynktom jest dla polityków cnotą. Już nie chodzi o to by stadu przewodzić chodzi o to by być jednym z nich. Zanurzyć się i dzielić tę prostotę bytu i brak refleksji. Jak się czyta opinie różnych „publicystów” uszlachetniające tego rodzaju zachowania (ostatnio napisał nawet jakiś żeby nie wykluczać stadionowych bandytów dla niepoznaki nazywanych kibicami) to zbiera się na wymioty. Może i Trzaskowski jest bucem, ale myślę, że z bucem Trzaskowskim dałbym radę pokonwersować przez kwadrans. Nawet o piłce nożnej. Seba znad jeziora po minucie dałby mi w mordę. Co zresztą w podsłuchanej rozmowie z kolegą wyraźnie zaznaczył.

Receptą na triumf prymitywu nie jest schlebianie mu. Ściągnie nas on tylko do swojego poziomu i pobije doświadczeniem. Receptą jest stworzenie alternatywnych wzorców. Także wzorców aspiracji. Bo jeśli oddamy kulturę w ręce wielbicieli przeszłej chwały i rządów siły to obecna polityczna smuta będzie trwała jeszcze bardzo długo.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci