Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Sojusz tronu z ołtarzem - wieczny?

marchewa79

pexels-photo-208315Kościół katolicki rządzi Polską? Raczej nie. Mimo podejmowanych wysiłków jego sukcesy w kwestii przekładania doktryny na prawo są tak umiarkowane, że właściwie żadne. Dobitnie pokazała to kwestia ustawy zakazującej aborcji. Zresztą w nieco bardziej „miękkich” kwestiach jak rozwody czy obyczajowa cenzura mediów sukcesów także nie ma. Poprzestajemy na incydentach w rodzaju podniesienia opłat sądowych czy oprotestowaniu jakiegoś „skandalizującego” spektaklu, którego nikt nie ogląda.

Prawdziwy interes Kościoła Katolickiego w Polsce ściśle związany jest z finansami. I tu sukcesy są niewątpliwe. Państwo polskie Kościół Katolicki w PL właściwie w większości utrzymuje. Źródeł transferów jest bez liku jednak dla przeciętnego proboszcza kilka jest najistotniejszych: pokrywanie emerytur (fundusz kościelny), opłaty za nauczanie religii w szkołach i płace różnego rodzaju kapelanów.

Pieniądze z katechezy to dla wielu polskich księży podstawowy i niemały dochód. I co najważniejsze jest to dochód osobisty. W mniejszych ośrodkach gdzie parafie dysponują skromną „tacą” te pieniądze pozwalają właściwie utrzymać strukturę. Z kolei kapelaństwo (wojskowe, szpitalne, mundurowe) to etaty dla kościelnej elity. Etaty wysoko opłacane i wiążące się z mundurową emeryturą wypłacaną ludziom, którzy właściwie nie wykonują żadnej niebezpiecznej pracy. Istnienie funduszu kościelnego jest natomiast aberracją nawet dla niektórych prawicowców. Jednak z próbami likwidacji Kościół walczył z uporem, przy którym antyaborcyjne zaangażowanie Kai Godek jest nieledwie pokasływaniem.

 „Dobra zmiana” wprowadziła oczywiście szereg transferów bezpośrednich, ale to w porównaniu z solidnymi miliardami wydawanymi regularnie, co roku na wspomniane wyżej dotacje są rzeczy właściwie śmieszne i pomijalne. Mamy jeszcze nie do końca zbadaną skalę dotacji „pokropkowych” udzielanych przez samorządy i ich spółki jednak tu brak wiarygodnych danych.

Czy więc sojusz tronu z ołtarzem jest trwały? I tak i nie. W krótkiej perspektywie zagrożeń bezpośrednich nie widać. Ba jest stabilna sytuacja wzrostowa. Jednak długa perspektywa może hierarchów niepokoić. Bo sukcesy nadbudowy nie zamaskowują kurczącej się bazy. Wiele podskórnych acz wyraźnych sygnałów wskazuje, że może dojść do separacji na wzór zachodni. Kiedy wydawanie miliardów na utrzymanie KK przestanie się politycznie opłacać kres panowania może nastąpić tak jak w Irlandii i Hiszpanii nadspodziewanie szybko. Zwłaszcza, że opinie o konserwatyzmie młodego pokolenia stoją w jawnej sprzeczności z danymi o kurczącej się religijności i rosnącym religijnym pragmatyzmie. Kościół pozostaje dla wielu młodych ludzi ornamentem. Użytecznym, ale akceptowanym tylko na tyle na ile nie przeszkadza w życiu. A dla kolejnych pokoleń rządzących perspektywa odzyskania pieniędzy, które pozwoliłyby np. opłacić program 500+ może być bardziej kusząca niż obecność biskupa na uroczystościach.

Dziś mamy, co prawda kraj „oddawany w opiekę” różnego rodzaju madonn, ale naprawdę ciekawe będzie to, co stanie się jutro. Zwłaszcza, że nurt antyklerykalny już kilka partii do sejmu wyniósł.

Słabe media, słaby samorząd

marchewa79

news-newsletter-newspaper-information-158651Gdzieś w cieniu wielkiej polityki, która wyznacza wybory do władz regionów i małej polityki, która reguluje wybory lokalnych samorządowych włodarzy nikt szczególnie nie dostrzega całkowitego upadku lokalnych mediów. A ja radziłbym sięgnąć po lokalną gazetę, (jeśli jeszcze w ogóle jest taka) i oddać się lekturze publikowanej sieczki. Nie jest to doświadczenie przyjemne.

Lokalne media koncentrują się na opisywaniu rzeczywistości z rzadka pojawia się jakiś komentarz. Dłuższe formy dziennikarskie zazwyczaj nie występują. Przyczyna jak zwykle są pieniądze, a raczej ich brak. Trwający latami odpływ czytelników zaowocował skrajnym uzależnieniem od lokalnego samorządowego wymiona. Jednocześnie cięcie kosztów pozbyło się dużej części zawodowych dziennikarzy zastępując ich studentami i różnymi formami słabo opracowanych „współpracowników”. Dlatego numery nawet dużych gazet przypominają kwerendę informacji prasowych i relacji z konferencji. Dziennikarstwo śledcze nie istnieje. W tej sytuacji wszelkie lokalne geszefty może nie do końca nielegalne, ale etycznie wątpliwe, mają się świetnie. Wiele dziwnych zachowań włodarzy staje się tajemnicą poliszynela, ale jakoś dziwnym trafem omija media. W podziemiach latami kwitną kwestie reprywatyzacji czy lokalnych dziwnych zachowań administracji.

W teorii jest Internet. Ale Internet nie zastąpił jakościowego dziennikarstwa. To raczej memy z kotkami. Upadek blogów odciął ostatni szeroki kanał kontaktu z mieszkańcami a lokalni „miejscy aktywiści” przeszli na Facebooka, który zamknął ich w naturalnym kole wzajemnej adoracji. Zresztą pozycja włodarzy jest na tyle silna, że zamiast walki lepszą strategią jest droga kooptacji, więc wielu z przeciwników wójta/burmistrza staje się wkrótce jego pracownikami.

Samorząd jest sukcesem. Ale o ludziach samorządu wiemy coraz mniej. A nie jest to sytuacja zdrowa. Oczywiście możemy wyjść z założenia, że informację zastąpimy kontrolą i represją (NIK/CBA) jednak takie działania nie są zbyt efektywne. Lokalnego, zaangażowanego dziennikarza nie ma ani jak ani czym zastąpić. I to nie pomaga naszej demokracji.

Ludowe Wojsko Polskie A.D.2018 czyli dlaczego nie stać nas na armię marzeń i na co nas stać.

marchewa79

300px-Anakonda_2012_01Odejście Antoniego Macierewicza z MON zakończyło okres fantazji i głupoty naznaczony zerwaniem kontraktu śmigłowcowego oraz powstaniem Wojsk Obrony Terytorialnej.

W kwestii śmigłowców czas przyznał 100% racji autorom zanegowanego przetargu. Jego skasowanie właściwie na lata skazuje nas na latanie i reanimację złomu. Pół biedy, że w wojsku, bo jak pokażę za chwilę tam te śmigłowce zanadto potrzebne nie są, gorzej, że przy okazji wypadły z zakupów śmigłowce ratownictwa morskiego, za co drogo może zapłacić każdy z nas podróżujący promem do Danii czy Szwecji. Co do WOT to kolejna próba powiększenia armii dokonywana rękami niezbyt rozgarniętego i kompetentnego ministra przez korpus oficerski zdający sobie sprawę, że w kurczącej się armii szanse na awans maleją w tym samym tempie.

Teraz zapytacie się, dlaczego armia się kurczy? Otóż kurczy się z kilku powodów. Po pierwsze Polska nie ma w tej chwili realnych zagrożeń. Zaraz, zaraz zapytacie a Rosja? Otóż w sensie strategicznym i długoterminowo jest Rosja problemem, ale doraźnie nie wykonała ani nie wykonuje żadnych ruchów mogących realnie Polsce zagrozić. Armia rosyjska, choć zmodernizowana po czeczeńskim blamażu nie jest zdolna do konwencjonalnej konfrontacji z krajem NATO. Ogromne problemy na już w „wojnach zastępczych” w Syrii czy na Ukrainie. Ot po prostu współczesna wojna ofensywna toczona w sporej mierze na obcym terytorium jest niesłychanie kosztowna. Zwłaszcza, kiedy toczy się ją siłami zasadniczo zawodowymi i przy dużym nasyceniu techniką.

Drugą przyczyną kurczenia się armii jest jej uzawodowienie. Zawodowy żołnierz jest pod każdym względem lepszy od poborowego. Chociażby z najbardziej oczywistego powodu, że można go selekcjonować. Poborowy jednak jest wielokrotnie tańszy. I można go szkolić masowo, co stwarza znacznie większe zapotrzebowanie na kadrę oficerską. Jednak masowe wycofywanie ludzi w kwiecie wieku produkcyjnego na kilka lat z gospodarki ma bardzo określone i wymierne koszta. Zwłaszcza, że obsługa RKM nie jest pożądaną na rynku pracy umiejętnością. Również utrzymywanie poborowych latami, w jakiej takie gotowości bojowej kosztuje. A gros sprzętu w armii i tak musza obsługiwać zawodowcy. Wszystko to prowadzi do konkluzji że per saldo bardziej opłacalne są armie zawodowe.

Trzecia przyczyna to pieniądze. Kiedyś przeznaczanie na wojsko i 20% PKB było akceptowalne. Ale wobec realnego barku szans na wojnę to teraz 2% wydaje się zbytkiem. Zwłaszcza, że te pieniądze mogłyby np. skrócić kolejki do lekarza. To wcale nie tak populistyczny argument jakby się mogło wydawać skoro nawet zaplanowani i bogaci Niemcy kwoty rzędu 2% PKB nieszczególnie osiągają.

Polska po PRL odziedziczyła armię blisko półmilionową. W dodatku mizernie wyszkoloną, kryminogenną (zjawisko ”fali”) oraz licho wyposażoną. Przejście na zawodowstwo i rezygnacja z poboru stworzyła potężny „nawis” oficerski. Co w rezultacie stworzyło gigantyczne koszty emerytalne (armia zawsze ma skłonność do wysyłania na emeryturę zdrowych 40 latków, którzy w normalnej pracy mogliby jeszcze być czyni wiele lat). Dodatkowo armię obsługiwał „sektor obronny” podobnie nieefektywny i przeżarty korupcją jak cała reszta gospodarki PRL jednak latami broniony przed najprostszą nawet restrukturyzacją pod pretekstem „bezpieczeństwa narodowego”.

Armia adaptowała się szybko. Ale szybko nie znaczy dobrze. Generalnie miało być „po hamerykańsku”. Stworzono jednostki kawalerii powietrznej pomijając drobny fakt, że nie mamy śmigłowców do ich transportu. Utrzymano w linii jednostki powietrznodesantowe pomijając, a jakże, drobny fakt, że nie mamy samolotów do ich zdesantowania. Stworzono nie jedną a kilka jednostek „sił specjalnych” co spowodowało że nawet powstał specjalny rodzaj sił zbrojnych. Tam już nie służyli żołnierze a „operatorzy” (tytuł zarezerwowany dotąd w języku polskim dla obsługujących koparki tudzież inny sprzęt budowlany, ale co tam).

Wszystkie te działania były… tanie. Kawaleria powietrzna, jednostki powietrznodesantowe czy siły specjalne to tzw. lekka piechota. Na wyposażeniu nie posiadająca ani czołgów ani piechoty i śladowe ilości artylerii. Jednostki ciężkie dogorywały, siły powietrzne latały na samolotach z kończącą się gwarancją (używam zamiast tajemnego słowa rezurs) a marynarka wojenna na złomie pamiętającym lata 60. Nieliczne próby modernizacji były albo koszmarnie nieudolnie realizowane (Rosomak), polegały na pozyskaniu złomu (marynarka wojenna), albo niekompatybilne z całą resztą wyposażenia (F-16, Leopard 2) tworząc trudny do zarządzania patchwork. A wszyscy politycy obiecywali wydanie miliardów na zbrojenia. I to zawsze w krajowej zbrojeniówce. Zupełnie ignorując fakt że Polska większości sprzętu potrzebnego armii nigdy nie produkowała. Co ciekawe wspomniane udane programy modernizacyjne (F-16 i Leo 2) charakteryzowały się właśnie brakiem zaangażowania lokalnego przemysłu.

Dzisiaj pogrobowiec Macierewiczowskich fantasmagorii minister Błaszczak stara się ratować resztki. Z ambitnych planów nie zostało nic. Niemal całość funduszy na modernizację przeje jeden program obrony przeciwlotniczej. O odstawkę poszły okręty podwodne, nawodne, śmigłowce, samoloty a kto wie czy nawet nie nowy polski bojowy wóz piechoty mający zastąpić blisko 50 letnie BWP-1. Za to przetarg na ławeczki z okazji stulecia niepodległości zbliża się do rozstrzygnięcia.

Wróćmy, więc do pytania tytułowego, na jaką armię nas stać? Ewidentnie widać, że przy nakładach rzędu 2% PKB możemy utrzymać w linii nie więcej niż 60 tysięcy zawodowych żołnierzy. Oznacza to także rezygnację z marynarki wojennej w innej roli niż patrolowa oraz redukcję lotnictwa do 50-60 samolotów bojowych. Wspomniane już kawalerię powietrzną i wojska powietrznodesantowe również są do likwidacji. Nie mamy dla niech zadań bojowych a wspomniany już brak ciężkiego sprzętu uniemożliwia nawet zadania w misjach zagranicznych. Wszystkie ostatnie misje Polaków (peacemaking czyli okupacja terytorium wśród wrogiej lokalnej ludności) wymagały użycia transporterów opancerzonych a to nie są zadania do których szkoli się lekką piechotę.

Wojska specjalne to osobny i dość komiczny temat. Nie mamy dla nich ani zadań, ani transportu i zaplecza. Brakuje specjalistycznych śmigłowców, okrętów, okrętów podwodnych. W kraju zadania antyterrorystyczne dublują jedynie własne jednostki MSW lepiej zresztą przystosowane do operowania w „cywilnym” środowisku. Grom i Formozę można by pozostawić do „pokazów dynamicznych” dla polityków jako specyficzną „kompanię reprezentacyjną” i jako doraźnych najemników dla amerykanów. Resztę „operatorów” należałoby odesłać do koparek. W warunkach regularnego nawet asymetrycznego konfliktu ich rola będzie znikoma (patrz Ukraina) a przeżywalność krótka.

Tyle smutnej rzeczywistości. Mała profesjonalna armia jest lepsza od pospolitego ruszenia w hełmach stalowych i oporządzeniu z lat 60-tych. Jest lepsza we wszystkich aspektach poza politycznym. Bo politycy nie potrzebują rakiet i samolotów. Oni potrzebują kapelanów, orkiestr dętych i defilad. A wojsko? A kogo to naprawdę obchodzi.

Dobry Niemiec, dobry Polak, dobry człowiek?

marchewa79

topshot-europe-migrants-libya-italy-ngo_61a356b2-c926-11e7-869c-1f24c33974c8Zasadniczo kwestia tonących na morzu śródziemnym emigrantów jest nam całkowicie obojętna. Nikt ich tu nie zapraszał i mogli zostać tam skąd przyszli. Co mnie to w moim mieszkanku obchodzi. Człowiek ciężko pracujący zasługuje na odpoczynek i grilla a nie na rzucanie w TV obrazków utopionych dzieci.

Tak sobie tylko myślę, że tak w czasie wojny mógł myśleć „zwyczajny” Niemiec. Cóż go w końcu obchodzili jacyś Polacy, Żydzi czy Cyganie, On miał dość codziennych zmartwień walcząc o przetrwanie w kraju, który toczył wojnę. Obozy koncentracyjne były „gdzieś tam” poza myślowym horyzontem zwykłych ludzi. Czy można ich winić? Czy obojętność jest przywarą? A może to po prostu sposób w jaki funkcjonujemy.

Nie jest mi trudno sobie wyobrazić program „odławiania” emigrantów na morzu śródziemnym a potem jakieś „higieniczne” rozwiązanie na samotnej morskiej wyspie. Nawet za dotacje z UE. Czy pozostalibyśmy obojętni? Oczywiście. Potrafimy znakomicie ignorować niewygodne fakty. Taka już ludzka natura. Od setek lat niezmienna. A Europa ma niemałe tradycje w pozbywaniu się ludzi. Na razie to fikcja, ale co będzie, kiedy u bram staną miliony? Czy zawahamy się? Kiedy przyjdzie wybierać między człowieczeństwem a spokojem?

Tak łatwo być dobrym człowiekiem, kiedy życie nie woła „sprawdzam”. Ale kiedyś zawoła.

Kryzys u steru?

marchewa79

economic-crisis-19509885Zaczyna w polskiej polityce dziać się ciekawie. Nie, dlatego żeby w ostatnich latach było jakoś szczególnie nudno. Raczej, dlatego że do niedawna nieprzenikniona twierdza sprawującej władze partii zaczyna się kruszyć. Póki, co to raczej rysy niż szczeliny, ale trend jest od kilku miesięcy dość konsekwentny.

Jeżeli miałbym wskazać, kiedy się zaczęło to punktem zwrotnym była afera „premiowa”. Nie, dlatego żeby była jakoś szczególnie porażająca czy problematyczna, ale miała trzy cechy, które sprawiły, że tradycyjne zamiecenie jej pod dywan nie było możliwe. Po pierwsze wydarzyła się po ekspiacyjnym usunięciu Misiewicza. Reprymenda Prezesa nie tylko, więc nie została wysłuchana a w całości zignorowana. Po drugie była to systemowa pazerność władzy, której nie dało się łatwo przypisać także PO, która akurat tej pułapki uniknęła. No i po trzecie przeciwdziałanie skierowane było na żelazny elektorat a dość mocno uderzyło swoją absurdalnością w elektorat umiarkowany.

Równolegle żeby władzy nie było za łatwo odgrzano temat aborcyjny. I to odgrzano na tyle mocno, że wiatru w żagle dostało (i to niemałego) nawet SLD. Poziom klerykalizacji państwa do tej pory bił po oczach tylko zainteresowanych, teraz stał się oczywisty dla wszystkich. Nawet tym umiarkowanie na bakier z kościołem zaczęło być duszno.

Protest niepełnosprawnych tylko pozornie wygrano. Tak naprawdę to wizerunkowa klęska, bo pokazała iluzoryczność rządowej „troski” o najbardziej potrzebujących. Zamiast „mutti” Szydło mieliśmy Pawłowicz, której kaleki „śmierdzą”. Z mojego szybkiego oglądu miękkiego PiSowskiego podbrzusza wśród znajomych wynika, że ta jedna wypowiedź zrobiła większe wrażenie niż cała walka o Trybunał. W dodatku przy kompletnym zakazie aborcji z powodu uszkodzeń płodu wiele polek staje przed alternatywą takiego samego heroicznego poświęcenia, jakie zobaczyły na ekranach TV. I to może im się nie podobać. A rząd musiał przyznać, że nie ma kasy. I to zabolało najbardziej. Bo całe uszczelnianie VAT okazało się picem. Matematyka znowu dała w pysk.

No i sami politycy partii rządzącej. Spiżowa zasada polityki mówi ze im bardziej polityk gardłuje o wartościach tym większym sku… jest prywatnie. A te kilka lat władzy udowodniły dość jednoznacznie, że politycy PiS lubią ciurlać kobiety inne niż ich ślubne małżonki a ślubnym małżonkom wcale często oferują afrodyzjak w postaci męskiej pięści. Sprawa Posła Piety stanowi crème de la crème serii obyczajowych afer nękających partię. A brukowce  wzięły się do działania z zaciętością z jaka poprzednio wykańczały Petru wiec PiS może się spodziewać rocznego i bardzo pikantnego w detalach obyczajowego serialu. A jak donosi prasa kilku innych dzielnych obrońców moralności czeka w kolejce.

No i jest jeszcze operacja „kolano”. Czyli Prezes leżący w szpitalu i jakoś tak niezbyt mogący z niego wyjść. Czy to naprawdę „infekcja” czy też zespół przypadłości, który możemy nazwać dla wtajemniczonych „chorobą Mitteranda” pozostaje póki, co tajemnicą. Ale rozluźnienie żelaznego uścisku Prezesa na jądrach potencjalnych delfinów już widać. Pada koordynacja kluczowych decyzji, fatalne informacje dochodzą z Brukseli a fala odejść z rządu na „kierunek europejski” jesienią może okazać się znacząca. To jeszcze nie panika, ale widać poszukiwania alternatyw. Łódź ewidentnie nie ma nikogo przy sterze.

Czy mnie to cieszy? Niepomiernie. Tym bardziej ze zostało przewidziane i wyprorokowane. A Prezesowi pożyczmy tradycyjnie wszystkiego najgorszego.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci