Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Zabawa w political fiction (a co mi tam)

marchewa79

nemesis_zeita_razbunarii-gheorghe_tattarescu_-_Dlaczego to co PiS robi teraz jest złe? Zapraszam was na wycieczkę po pewnym hipotetycznym i póki co mało prawdopodobnym scenariuszu. Ale w wiele rzeczy jeszcze kilka lat temu nikt by nie uwierzył.

Załóżmy że wybory w 2019 roku PiS przegrywa i to przegrywa zdecydowanie. Mniejsza w jakim zestawie ale politycy dzisiejszej PO, Nowoczesnej i PSL (a co mi tam ;) ) obejmują władzę uzyskując przewagę pozwalającą na zmienianie konstytucji. I ruszają się mścić w swojej zemście idąc na całość. Czyli dążąc do zniszczenia PiS i eliminacji jego działaczy nie tylko z polityki ale z życia publicznego.

Trybunał Stanu jest powołany spośród wiernych i zdeterminowanych ludzi. Wierni i zdeterminowani ludzie w karny sposób zasądzają wyroki. Dla polityków ustępującego rządu i partii. Wysokie wyroki (art. 127 KK jest jakże obiecujący w tym względzie). Ale nie to jest najistotniejsze. Każdy z tych wyroków dożywotnio pozbawia oskarżonych praw publicznych. W szybkim tempie wymianie ulega większość posłów PiS. Całe władze partii odsiadują kary więzienia. Nowi posłowie są sterroryzowani. Bo maszynka Trybunału Stanu działa sprawnie a w „dobrej zmianie” umoczeni byli wszyscy. Nie ma litości.

Wisienka na torcie to zdjęcie z urzędu Prezydenta. Nie od razu oczywiście ale na tyle późno przed wyborami aby wysłać czytelną wiadomość. I wyrok. Dożywocie. Bez prawa apelacji i łaski.

Po zmianie Prezydenta (wybór nominata władz przy zastraszeniu dawnej opozycji jest formalnością) zmienia się skład Trybunału Konstytucyjnego. I tak był tylko wydmuszką bo od objęcia władzy nie opublikowano żadnego wyroku. Następuje „reforma” połączona z wymianą wszystkich sędziów. Nowi wiedzą komu zawdzięczają stanowisko i są zdecydowani dobrze wykonać zadania.

PiS traci państwową dotację i zostaje wykreślone z rejestru partii. W kolejnej ustawie wszyscy członkowie i b. członkowie PiS otrzymują dożywotni zakaz pełnienia stanowisk państwowych. Kiedyś może taka ustawa byłaby uznana za niekonstytucyjną, nowy Trybunał jednak nie widzi problemu. Nowe wybory po zmianie granic okręgów i w nowej większościowej ordynacji przynoszą upragnione 380 mandatów. Wrzeszczy Kukiz i popłuczyny lewicy ale kto by się przejmował. Organizowane są nieliczne uliczne protesty ale po tym jak uczestnicy na podstawie nowej Ustawy o zgromadzeniach obciążeni zostali ogromnymi karami finansowymi entuzjazm stopniał do zera. Zresztą Kukiz nie wrzeszczy za głośno bo Trybunał Stanu może dotknąć i jego.

Nowa ustawa o zniesławieniach sprawia ze krytyka rządu oznacza konieczność płacenia gigantycznych odszkodowań i groźbę bankructwa redakcji. Media „niezależne” nie wytrzymują presji. TVP i TVN chwalą rząd który jest najlepszym jaki Polska miała po 89 roku. Ostatnie skoki zamykane są po serii kontroli KNF.

Czym jest Polska? Demokracją? Ależ oczywiście wszystko zostało wszak zrobione na podstawie i w granicach prawa. Władza poradziła sobie sprawnie, złodzieje siedzą w więzieniach. UE trochę się buntuje ale stanowcze tłumaczenia że nie chodzi o żadną polityczną zemstę a o zwykłe masowe przestępstwa pospolite odnoszą skutek. Żadne systemowe bezpieczniki nie uratowały PiS bo ten owe bezpieczniki wymontował z systemu.

Fikcja? Tak, póki co absolutna. Ale rządzący niech pamiętają że ich determinacja może zrodzić większą determinacje po drugiej stronie. A druga strona ma obiektywnie patrząc większe umiejętności. A meblowanie kraju pod przekonanie o tym że rządzić będzie się wiecznie zniszczyło już tylu polityków i ugrupowań że nawet trudno wszystkich wymienić.

Wszystkich którzy chcieliby rozliczenia PiS za to co robi radze zastanowić się jak daleko chcecie pójść. Bo szybciej niż wam się wydaje historia powie: sprawdzam. A wtedy nie powinno zabraknąć ani determinacji ani rozsądku ani świadomości konsekwencji.

To skomplikowane

marchewa79

cropped-complexity650-300_vectorizedŻyjemy w świecie który poziomem złożoności przekracza możliwości przeciętnego a nawet i nieprzeciętnego człowieka. Problem polega na tym że ów przeciętny człowiek to podstawowa cegiełka demokracji. I to on właśnie podejmuje decyzje wrzucając do urny kartę wyborczą. Coraz częściej więc nie wybiera świadomie a jedynie wskazuje stronę która w bardziej elokwentny sposób go okłamała.

Zadaniem polityków, kto wie czy nie najważniejszym, jest redukcja złożonych problemów na potrzeby elektoratu. Uchodźcy w Europie to złożony problem którego rozwiązanie uzależnione jest od tysięcy zmiennych. Co gorsza wiele z tych zmiennych jest niezależna od europejskich polityków czy tez od polityków w ogóle. Natomiast redukcja komunikatu następuje do poziomu „uchodźca dobry”, „uchodźca zły”. Mnożenie wątpliwości po każdej ze stron uważane jest nie za tworzenie gruntu pod świadome podjęcie decyzji, a za ukrytą pomoc dla strony przeciwnej. I tak jest w każdej sprawie.

Co gorsza o ile przez lata zarówno w UE jak i w USA zdarzało się wygrywać stronie bardziej „oświeconej” to obecnie trwa „wyścig redukcjonistów” zmierzający do strywializowania każdego problemu i komunikatu. Logika i mentalność bulwarówki przeniknęła do mediów głównego nurtu. Lata gnojenia autorytetów umiejętnie zlikwidowały jakiekolwiek punkty odniesienia. Wymierają ludzie z dorobkiem z poprzedniego wieku a nowych na ich miejsce brakuje, bo pomiędzy „Faktem” a „Super Ekspresem” nie ma jak wypracować pozycji pozwalającej aspirować do miana „autorytetu”.

Brexit, Trump czy PiS w Polsce to beneficjenci tego modelu uprawiania polityki. Zrozumienie złożoności funkcjonowania Unii Europejskiej, organizmu powstającego przez dziesięciolecia uzgodnień i kompromisów jest trudne do ogarnięcia nawet dla zaawansowanych eurokratów. Generuje też łatwość przedstawienia „zawsze zieleńszej” alternatywy poza UE (choć tu pojawia się pytanie dlaczego jako przykład tego edenu podaje się Szwajcarię i Norwegię a nie Białoruś czy Ukrainę). Nie ma publicznej debaty nad Unią, jest przerzucanie się argumentami których nieprawdziwość jest jasna właściwie już od momentu ich wypowiedzenia.

Co w tym złego powiecie? Przecież politycy zawsze kłamią. Znowu mentalna redukcja (nie wszyscy i nie zawsze kłamią). Redukcja w obronie przed redukcją. Przekleństwo nazbyt złożonego świata. Dopóki jednak te wszystkie polityczne sztuczki zmierzały do spowolnienia ruchów wahadła miały one swoją logikę. Teraz jednak politycy chcą zmiany radykalnej, nie tyle rozbujania wahadła co przewrócenia konstrukcji. Inna rzecz redukować problemy świadomie, a inna w twory tego procesu uwierzyć. Jeżeli sprowadzimy cały problem emigracji do USA do postawienia muru na granicy z Meksykiem to jest to głupie, ale kiedy zaczniemy taki mur stawiać zaczyna to być niebezpieczne.

Współczesna demokracja po kryzysie finansowym przestała karmić się ludzkimi aspiracjami, przeszła na dietę złożona z naszych lęków. Nic nowego. Ale pamiętajmy jak łatwo jest wszystkie te lęki zredukować tylko do dwóch problemów: braku przestrzeni do życia i jednej mniejszości która zawłaszczyła wszystkie bogactwa. I jak to się skończyło…

I po końcu historii

marchewa79

World_Map_640pxPamiętam lekturę książki „Lexus i drzewo oliwne” apologety globalizacji Thomasa Friedmana. Kiedyś lata temu strasznie mi się roztaczane tam perspektywy podobały. Pełna ekonomiczna integracja świata wydawała się nieunikniona. Oczywiście trzeba było zapłacić cenę (o której Friedman przezornie nie wspomina) ale płaciły ją wszak kraje rozwijające się. H&M sprzedawało tanie i modne koszulki a w Bangladeszu padały ryby w rzekach. Co tam kogo obchodziło gdzie jest ten Bangladesz.

Ale globalizacja dopadła też bogatych. Bo zabrała im przemysł a zostawiła ludzi. Ci mieli przejść do usług i tam pracować. Ale  już kilkuminutowa rozmowa z górnikiem udowadnia nam wszystkie słabości takiego planu. A same usługi okazały się pułapką. Były gorzej płatne a oferowane „elastyczne formy zatrudnienia” stworzyły całą grupę wykształconej biedoty „prekariat”.

Wskaźniki się jednak zgadzały, PKB rosło. Tylko pieniądze w kieszeniach klasy średniej się kurczyły. Przemysł z USA rozpoczął emigrację najpierw do Japonii (samochody, RTV) potem Chin (elektronika i wyroby konsumpcyjne) a na końcu Meksyku (wszystko co dało się przenieść). W Europie było nieco lepiej bo „miękki” protekcjonizm jest głęboko wbudowany w strukturę Unii Europejskiej. Ale nie oszukujmy się u podstaw kryzysu południa leży nie tyle wrodzone lenistwo co potężny odpływ źródeł zarobku. Kraje takie jak Hiszpania, Portugalia, Grecja jeszcze w latach 70 stanowiły dobrze uprzemysłowione i dochodowe gospodarki (wtedy miano „chorego człowieka Europy” dzierżyła dzielnie Wielka Brytania).

Polska miała w tych czasach inne problemy (choć to czy zamienilibyśmy dyktaturę z Grecji na Polski stan wojenny uważam za sprawę raczej dyskusyjną) i wchodziła do UE po starcie z tak niskiego poziomu że równanie do połowy dochodów Greków było dla nas awansem. Dla nas kosztowna społecznie restrukturyzacja przemysłu była koniecznością. Oznaczała jednak tak jak na zachodzie wyrzucenie na śmietnik historii życiorysów setek grup społecznych. Górnicy, hutnicy, rolnicy, stoczniowcy w swojej masie okazali się… zbędni. Zostali skazani na wegetację na rentach, emeryturach czy też przebranżowienie związane ze stratą tak dochodów jak i (co boleśniejsze!) społecznego prestiżu. Jakaś część wytargowała odwleczenie wyroku. Ale ten i tak zapadł, zapada i w przyszłości zapadnie.

Polityka tak w Polsce jak i na świecie początkowo ten fakt zignorowała. Polska miała nieco lepiej. Partie odwołujące się do „wykluczonego” elektoratu istniały choć do 2005 roku nie rządziły (wybaczcie ale SLD za taką partię nie uważam, chyba że dawnych PZPRowców uznamy za „wykluczonych” ;) ) . W zachodnich systemach jednomandatowych było zgoła inaczej. W USA i W. Brytanii istnieje permanentny klincz. I jeżeli jakiś problem jest dla obu partii niewygodny (bo obie popierają wolny handel) to ten problem jest rugowany z dyskursu politycznego i skazany na polityczny margines. To swoiste zamiatanie problemów pod dywan zaowocowało tak Brexitem jak i Trumpem.

Oczywiście ani Brexit ani Trump nie są rezultatem jedynie przemian globalizacyjnych. To jedna z wielu przyczyn. Ale jest to jedna z tych rzeczy które obydwa te zjawiska będą próbowały odwrócić. Tak Trump jak i proBrexitowcy są ruchami w istocie antyglobalizacyjnymi. Ruchami w obronie Fortecy Europa i Fortecy USA. W dodatku historycznie obydwa zjawiska bazują na długiej tradycji izolacjonizmu tak w UK jak i USA. Donald Trump jak na razie postanowił globalizacje spowolnić, rząd UK postawiony pod murem usiłuje ją cofnąć.  Pytanie czy obie rzeczy są w istocie możliwe bez dalekosiężnych konsekwencji. Czy USA i W. Brytania mogą być bogate w izolacji. Zwłaszcza w świecie który na rzecz Azji czy Afryki pozbył się wszystkiego co brudne  i śmierdzące. Ten przemysł może wrócić ale wraz z nim wrócą zanieczyszczenia, a niekoniecznie wrócą miejsca pracy bo ludzi tak jak w coraz większej ilości miejsc pracy zastąpią zautomatyzowane roboty.

A Azja i Afryka już od dawna przestały być ubogimi krewnymi. Oczywiście do UE i USA dalej im daleko ale potencjał demograficzny i gospodarczy obu kontynentów jest gigantyczny. I będzie stale wzrastał. Dodatkowo Afryka posiada dużą część światowych surowców.

Odwrót od globalizacji przypomina zawracanie Wisły kijem. Idea może i słuszna ale czy wykonalna?

Skąd i dlaczego Trump

marchewa79

trump-dark-blue-make-america-great-again-facebook-timeline-coverWynik wyborów w USA okazał się zaskakujący. Pewnie znacznie mniej zaskakujący dla Polaków którzy do wątpliwej jakości sondaży są przyzwyczajeni. Ale Amerykanie maja takiego samego kaca jak Brytyjczycy po referendum. Kładli się spać pewni zwycięstwa Hilary Clinton, obudzili z Prezydentem Elektem Trumpem.

Zaskoczenie było pełne bo przewaga kandydatki demokratów wydawała się na tyle duża i bezpieczna, że wygrana Donalda Trumpa uznawana była przez większość komentatorów za mało prawdopodobną. Tymczasem zarówno skala porażki demokratów (stracili prezydenturę, i nie odzyskali władzy w żadnej z dwóch izb Kongresu) jak i rezultaty wyborów okazały się zaskakujące. Drugi raz w XXI stuleciu wygrany w „popular vote” czyli zdobywca największej ilości głosów przegrał wybory i to tym razem zdecydowanie. Wiele osób trwale nurtuje pytanie dlaczego tak się stało?

 Problem pierwszy to sondaże. Tak jak w Polsce i UK „ciemna liczba” prawicowych wyborców w USA okazała się spora. Jakkolwiek twierdzenia o rugowaniu prawicowego dyskursu z mediów są dla wielu osób śmieszne sprawa obowiązującej roli poprawności politycznej sprawiła, że bardzo wielu wyborców wygenerowało i utrzymuje „ukrytą tożsamość” której nie ujawnia ani ankieterom ani rodzinie. To wszystko sprawia niemały problem liberalnym politykom ponieważ pozbawia ich realnego feedbacku od społeczeństwa, która to rolę do tej pory pełniły sondaże. Poziom rasizmu i ksenofobii a także zwykłej frustracji okazał się dużo większy i głębszy niż się wydawało.

Problem drugi to założenie partii demokratycznej że istnieje jakaś „nowa Ameryka” kraj wielokulturowy, wielorasowy. Nie istnieje. To jednak dalej społeczeństwo złożone w większości z białych, anglo-saksońskich protestantów. I to oni stanowią większość z chodzących na wybory. Hilary Clinton zignorowała i wyśmiewała problemy biednego białego południa oraz „pasa rdzy” stawiając na elektorat wielkomiejski i kolorowy. Ci wyborcy w stanach które zadecydowały o wyniku wyborów, zawiedli. Sfrustrowana i biedniejąca klasa średnia stawiła się za to w komplecie. Ale oni nie głosowali na Hillary bo ta miała im niewiele do zaproponowania. A to właśnie elektorat socjalny przez lata stanowił bazę Partii Demokratycznej.

Problem trzeci to komunikacja. Oczywiście skomplikowane problemy nie mają prostych rozwiązań. Ale taka odpowiedź to nie jest odpowiedź polityka. Donald Trump potrafił za pomocą demagogii zaoferować te proste rozwiązania. Emigranci? Zbudujemy mur i deportujemy milionami. Brak pracy? Wypowiemy układy o wolnym handlu. Jak słusznie wskazywał Michael Moore te proste recepty znakomicie korespondowały z oczekiwaniami podupadłej finansowo klasy średniej. I nie miały po stronie demokratycznej żadnej alternatywy. Problemy od zawsze są skomplikowane ale wyborcy od zawsze oczekują prostych recept. I te właśnie recepty powinna oferować także Pani Clinton.

Problem czwarty to proces doboru kandydatów. Republikańskie prawybory były demokratyczne i niesterowalne do bólu. Wygrał kandydat rzeczywiście najlepszy i najbardziej predystynowany do objęcia władzy. Ogień prawyborów wykuł i stworzył Donalada Trumpa. Demokratyczne prawybory były farsą. Popularny kandydat Bernie Sanders został wykończony przez kontrkandydatkę przy użyciu metod jakich nie powstydził by się Richard Nixon i jego ekipa. A wisienkę na torcie gwarantowali tzw. Superdelegaci, którzy zapewniali że nawet jeśli jakimś cudem Sanders wygra w powszechnym głosowaniu i tak nie dostanie partyjnej nominacji.

Problem piąty to prezydentura Obamy. Otóż Obama zwłaszcza w końcówce prezydentury przestał być prezydentem popularnym. Parlamentarny klincz sprawił że mimo dwóch kadencji z obiecanej zmiany niewiele pozostało, a wiele kontrowersyjnych decyzji zwłaszcza w sprawie polityki zagranicznej (Iran, Kuba, globalne ocieplenie) kosztowało partię wielu wyborców i było dość niezrozumiałe dla ogółu społeczeństwa. A pamiętajmy że wybory to też w jakimś stopniu referendum nad prezydenturą Obamy. Referendum niestety zakończone wynikiem negatywnym gdyż Trump planuje wycofanie się właściwie z wszystkich wątpliwych i niewątpliwych osiągnięć ustępującego Prezydenta.

Problem szósty i ostatni to kandydatka demokratów. Hillary Clinton okazała się lwiątkiem wyłącznie salonowym. W odróżnieniu od Trumpa to nie jest polityk wiecowy. Nie potrafiła i nie potrafi pozyskiwać sympatii ludzi, kłamie, kluczy i oszukuje jednak bez wdzięku i pewności siebie miliardera. Pewnie jakąś rolę odegrały w tym wszystkim uprzedzenia związane z płcią kandydatki. Ale nie sądzę by była to rola znacząca. Hillary Clinton okazała się po prostu wyborem słabym o czym wiedziano już od co najmniej 2008 roku. A mimo wszystko jej pozycja w partii gwarantowała nominację. Dziś jest politykiem skończonym a Clintonowie podobnie jak Bushowie kontynuują drogę na śmietnik historii. Dynastie w USA wychodzą rzadko. Głównie jako farsa.

Powodów sukcesu Trumpa było wiele jednak ostrzegam przed zaszufladkowaniem go jako seksistowskiego prymitywa o wąskich horyzontach. Donald Trump wygrał samotnie i z pozycji outsidera najtrudniejszy wyścig po władze na świecie. Najbliższe lata pokażą ile w jego działaniach było politycznego wyrachowania i przybierania koniecznych masek a ile realnej politycznej zmiany. Na pewno jednak zwiastuje on nową erę w światowej polityce.

Inne moje notki o kampanii w USA:

Pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku

Hilary Clinton kandydatka poprawna, aż za bardzo

Jeszcze o USA, czyli sprawa Donalda Trumpa

Bernie, kandydat niemożliwy, prezydent nieprawdopodobny, ale… Ameryka

Święto polskich nazistów i kiboli

marchewa79

ccf10a9ddbdeListopadowe święto niepodległości to data niefortunna. Zarówno dlatego że historycznie nie upamiętnia żadnego zwycięstwa a biurokratyczny zabieg jak i dlatego że okoliczności przyrody głęboko nie sprzyjają świętowaniu czegokolwiek. Nie można jednak odmówić Bronisławowi Komorowskiemu prób stworzenia z tego święta uroczystości o mniej patetycznym a bardziej radosnym charakterze. Niestety sukces był umiarkowany.

Święto niepodległości zawłaszczyły bowiem ruchy neonazistowskie dla niepoznaki nazywające się patriotycznymi. Cały ten pseudopatriotyczny szafarz marszów z pochodniami i w nieodłącznych brunatnych koszulach i koalicyjkach w sposób czytelny ma przypominać nazistowskie Parteitag’i. Symbolika jak to bywa w dzisiejszej Europie rzadko jest jednak używana całkowicie otwarcie. Ale zastąpienie swastyki orłem białym nie zmienia wydźwięku, jedynie stanowi czytelny policzek w stronę tych wszystkich żyjących ludzi, którzy jeszcze pamiętają stukot podkutych butów na chodnikach Warszawy.

Nasza panująca władza jest władzą narodowo-socjalistyczną w swej ideologii i charakterze. Z naszymi „patriotami” jest jej więc po drodze. Czasami w sensie jak najbardziej dosłownym bo ta „patriotyczna młodzież” ma stanowić podbudowę bojówek dla niepoznaki zwanych obrona terytorialną, jakie zamierza utworzyć Antonii Macierewicz. Więc władza nie przeszkadza „patriotycznym kibicom” robić zadym na stadionach tak w kraju jak i za granicami, a samych zadymiarzy ściga tak skutecznie aby ich tylko przypadkowo nie doścignąć.

Rezultatem tego wszystkiego jest przekształcenie 11 listopada ze święta narodowej dumy w festiwal narodowej nienawiści. Nienawiści do wszystkiego co inne, obce. Czasami także spektakularnej nienawiści do publicznego mienia. Nie jest to właściwość specyficznie polska jednak w większości europejskich krajów cywilizowana większość obywateli potrafi wściekłe bestie nacjonalizmu utrzymać w ryzach. Nasi politycy stawiają je na piedestałach. Rezultaty nie każą na siebie długo czekać. Łysa swołocz odebrała już na własność ligowe stadiony teraz ma dostać do ręki broń i ostra amunicję. Po co sięgnie upojona nowymi możliwościami?

A w święto niepodległości stolica po raz kolejny na swoich ulicach usłyszy stukot podkutych butów.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci