Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Sprawczość, czyli w poszukiwaniu źródła PiSowskiej magii

marchewa79

pexels-photo-278965W oderwaniu od kolejnych meldunków jak to miłościwie nam panujący narodowi socjaliści w taki czy inny sposób „zaorali” opozycję, które to meldunki najczęściej składają różnej maści Rejtani, zastanówmy się nieco bardziej ogólnie gdzie leży tajemnica sukcesów Prezesa i co zdecydowanie ważniejsze, czy da się im przeciwdziałać.

Otóż stawiam tezę, że podstawową przyczyną utrzymującego się wysokiego poparcia dla PiS jest coś, co dla potrzeb niniejszego tekstu określimy mianem „sprawczości”. Czyli czego? Otóż bezwzględnej wbrew prawu i (często) logice realizacji własnych celów politycznych.

Jak to się zaczęło? Otóż PO w toku kampanii 2015 szła ostrożnie z deklaracjami. Jak to partia rządząca zamierzająca utrzymać władzę, która z każdej obietnicy będzie rozliczona. Dodatkowo mentalnie PO obciążało 8 lat rządzenia w stanie permanentnego budżetowego kryzysu i oszczędzania każdej złotówki, co czyniono tak aby suweren broń boże się nie zorientował (stąd między innymi problemy w służbie zdrowia i opt outy). PiS w 2015 nie miał nic do stracenia. Wystawił pionki (Duda i Szydło) i zaczął obiecywać. 500+ i wycofanie podwyższenia wieku emerytalnego. I wygrał. Oczywiście nie tylko to zdecydowało o sukcesie. Ale miało znaczący wpływ.

Po wygranych wyborach wielu komentatorów (w tym i piszący te słowa) spodziewało się dyskretnego zamiecenia pomysłów pod dywan. Tak stało się w 2005 roku, kiedy Zyta Gilowska mocno pilnowała budżetu i jedyne, na co pozwoliła to skierowana do osób dobrze zarabiających obniżka i uproszczenie podatków. Tym razem miało być inaczej. Rząd zdegradował ministra finansów do pozycji głównego księgowego i postawił na stołek osobę bez doświadczenia i wiedzy ekonomicznej. I zaczął realizować obietnice. Co przyznajmy po 89 roku stanowiło niemałą niespodziankę. Dlaczego tak postąpiono? Otóż PO oddała PiSowi rozwijająca się gospodarkę i budżet w niezłym stanie. W kasie było dość pieniędzy na kilka pierwszych rat za nowe projekty. Więc Prezes zaryzykował. A grał i gra wysoko. Wprowadzono do budżetu wydatki stałe na kilkadziesiąt miliardów. I zaczęto się modlić o cud. I cud przyszedł. Z zagranicy. Dobra światowa koniunktura pozwoliła gospodarce wytrzymać. Na razie. To dało asumpt do podważenia uczciwości oszczędnościowych zastrzeżeń PO. Mit sprawczości narodził się.

Mit powstrzymały kolejne brutalne rozgrywki. Trybunał konstytucyjny, prokuratura, sądy. Wszystko to dało się załatwić bardziej stopniowo, łagodniej. Wyniki byłyby te same. Ale styl miał znaczenie dla mitu sprawczości. PiS stworzył narrację partii tych, co mogą. Nie grzęzną w debatach i konsultacjach. Po prostu ich nie robią. Dieu et mon droit jak to drzewiej mawiano. Każda wygrana wojna umacniała przesłanie. I przesłanie domagało się kolejnych wojen. Ale, co ważne wojen wygranych. Aż nadeszła klęska brukselska. 27:1 dla Tuska.

To było jedyne zachwianie notowań. Jedyny oddech dla opozycji. Nie, dlatego że naród znowu pokochał Tuska. Chodziło o to, że PiS PRZEGRAŁ. Nie był już niepokonany. Prezes zadbał żeby wpadki nie powtórzyć. Arenę krajową skontrolował kompletnie. Na zagranicę wymienił Premiera. Morawiecki miał dopilnować, aby 27: 1 się nie powtórzyło. Zwłaszcza, że po drodze podpadliśmy Unii naprawdę i zanosi się na dotkliwe unijne sankcje. I tu leży tajemnica tego jak PiSowi dołożyć. A raczej jak dołoży sobie sam. Bo narracja sprawczości jak mit macho wymaga nieustannego potwierdzania. Tu nigdy nie jest się bezpiecznym.

Szansa dla opozycji nie leży w kraju. Tu Prezes ma wszystkie karty. A kryterium uliczne okazuje się kosztowne organizacyjne i nie do utrzymania na dłuższą metę. Kolejne histerie łamania prawa zużyły do cna „wysoka nutę” elit. A lud widzi, że realnie niewiele się dzieje. Histeria nie odpowiada rzeczywistości, na ulicach nie ma czołgów, do ludzi ikt nie strzela. Katastrofalne skutki instytucjonalne rozwiązań są nieodczuwalne dla obywateli.

Ale jest zagranica. A kryteria sprawczości są takie same. Każda przegrana czy to realna (sankcje UE) czy symboliczna (spór o przepisy z Izraelem) ma doniosłe znaczenie. Nie, dlatego że powoduje skutki finansowe, to ma znaczenie dla rządu. Ona powoduje rysy na wizerunku partii macho. Wizerunku, który dla PiS stał się wszystkim. Skoro dla polepszenia notowań w UE Prezes poświęcił najzacieklejszych hunwejbinów z Macierewiczem na czele to i on zdaje sobie z tego sprawę. Pytanie czy wizerunkowe straty ostatnich kilku lat da się odkręcić. Zwłaszcza, że co rusz pojawiają się nowe płaszczyzny problemów. Trudno przewidzieć jak bardzo poobijany wyjdzie PiS ze sporu z Unią. Zwłaszcza wśród tego labilnego elektoratu. Warto jednak zauważyć, że po raz kolejny jest nadzieja dla opozycji na złapanie drugiego oddechu. Wystarczy tylko się zjednoczyć. Oby dali radę.

Nie lubicie emigracji? Wędrówka ludów dopiero się rozpoczęła. I dobrze.

marchewa79

pexels-photo-593101W ostatnim numerze „Polityki” (3/2018) znajduje się znakomity i otwierający oczy artykuł Agnieszki Sowy „Jeden na jednego” pokazujący katastrofalny stan czegoś, co chcielibyśmy nazywać „polityką senioralną” gdyby nie to, że takie coś w kraju nie istnieje. Aby streścić wam najczarniejszą tezę tego artykułu – duża część seniorów nie ma żadnych żyjących krewnych. Co w połączeniu z niskimi emeryturami skazuje ich na opiekę państwa. I państwo będzie musiało tę opiekę zapewnić. Ale negatywne tendencje demograficzne powodują, że nie będzie, kim. Grozi nam scenariusz, że każdy pracujący będzie utrzymywał jednego emeryta a tego nie wytrzyma żaden kraj.

Tyle czarnych (i realnych, pamiętajmy realnych) wizji. Dalej będzie bardziej kolorowo. I to nie tylko metaforycznie. Otóż do 2050 gros przyrostu demograficznego przeniesie się do Afryki. Potrzebni nam ludzie do produkcji i zwłaszcza usług (szczególnie zdrowotnych) będą właśnie tam. W długofalowej strategii możemy porzucić marzenia o emigrantach z Ukrainy, Białorusi czy Rosji. Te kraje problemy demograficzne mają jeszcze większe niż nasze i nie ma co liczyć, że w perspektywie kilku dekad to się zmieni. Pozostaje, więc Afryka i Bliski Wschód. Co wiąże się z ogromem problemów kulturowych, ale także brakiem wyjścia. Potrzebujemy ludzi, którzy będą ciężko pracować za umiarkowane pieniądze. A tych znajdziemy raczej w Nigerii niż na Ukrainie. Bez nich za kilka lat problemy zacznie mieć polski przemysł a nam samym nie starczy energii na opiekę nad rodzicami i pracę zwłaszcza, że ta będzie musiała być coraz dłuższa.

Warto by to, co pozostało z racjonalnych partii politycznych zaczęło koncepcyjnie myśleć nad opracowaniem i propagandowym sprzedaniem realnej polityki emigracyjnej. Nie opartej na nacjonalistycznych fobiach, ale zbiorze zasad dla przybywających i wskazującej jasno każdemu przybyszowi, kiedy jest w Polsce mile widziany i jakie umiejętności musi posiąść dla przetrwania w naszym kraju. I zacząć przyzwyczajać ludzi do koloru. Bo kolor na ulicach i tak się pojawi. Bo jeśli się nie pojawi przyjdzie nam paść z wyczerpania opieką nad pokoleniem schorowanych stulatków. Choć nie do końca wiem czy będzie, za co bo budżet podda się wcześniej.

Drodzy prawaccy czarnoksiężnicy. Matematyka to królowa nauk i z nią nie wygracie. Możecie się na rzeczywistość obrażać, ale żadne nawet 5000+ cudu nie dokona z prostego i smutnego powodu. Nie da się cofnąć czasu. Nie da się przywrócić pokolenia nieurodzonych dzieci. I nie da się zasypać demograficznej dziury ludźmi, których nie ma. Zacznijcie wreszcie to tej tępej polskiej masie tłumaczyć. Bo tu nie chodzi o arabów, terrorystów, murzynków czy inne histerie. Ale o nasz własny egoistyczny interes. Geopolityka jasno wskazuje, że ci ludzie na tratwach to tylko pierwsze krople wielkiej powodzi. Powodzi, która przyszła rychło w czas by pomóc starzejącej się Europie. Powodzi, którą mądrzy politycy powinni okiełznać i wykorzystać do napędzania kół młyńskich własnego dobrobytu. Ale to trudne zadanie. Póki, co budujemy tamy. Ale te tamy zbudowane są z iluzji. Politykę warto jednak opierać na faktach.

Czy Owsiak jest potrzebny, czyli problem od rufy strony

marchewa79

DSC06892(1)Urok naszej obecnej sytuacji polega na tym, że krytyka WOŚP i Owsiaka zaczyna być zupełnie idiotyczna. I to krytyka tak prawicowa (zabrać serduszka ze sprzętu, kupić ten sprzęt za publiczna kasę) jak i schadenfreude uwagi celebrytów, którzy niby to popierają, ale wkurza ich to, że taka akcja jest w ogóle potrzebna. Wszystko to sprowadza się jednak to tego samego. Co powinno państwo a co mogą obywatele. W teorii państwo za nasze podatki powinno zapewnić wysoki standard opieki medycznej. Ale państwo ma wiele innych wydatków, więc na wysoki standard, (który przeciętny Słowianin obejrzał w amerykańskiej TV w postaci pojedynczych pokoi i zaangażowanych lekarzy) najczęściej nie starcza. Tym, którzy opiekę zdrowotną znają lepiej i widzieli ją za granica wiedzą, że na taki standard w istocie nie starcza nigdzie. Różnice są tak w wydatkach względnych jak i bezwzględnych i tym gdzie te pieniądze są skierowane. Ale w każdym kraju na świecie mają miejsce zbiórki środków na leczenie tak indywidualnych przypadków jak i o charakterze bardziej systemowym.

Działalność charytatywna ma nad Państwem ogromną przewagę. Jest nią lepsza oddolna świadomość potrzeb i dużo wyższe zaangażowanie ludzi. Pieniądze, co roku zbierane przez WOŚP to na poziomie resortu zdrowia fistaszki. Ale mają tę unikalną właściwość, że dzięki pracy wolontariuszy i zaangażowaniu samych lekarzy potrafią trafić w miejsca krytyczne. To zwiększa ich moc oddziaływania wielokrotnie. Dlatego polski pacjent serduszka na sprzęcie ogląda wiele częściej niż wskazywałyby na to proste statystyki. Dlatego też często państwa rozwinięte dają takim fundacjom jak WOŚP część własnych pieniędzy, bo wierzą, że te fundacje wydadzą je efektywniej niż administracja, (która dodajmy też ma swoje koszty i nie miejmy złudzeń, że każda zł na ubezpieczenie zdrowotne w 100% dotrze do pacjenta z powrotem), nie dzieje się tak bez nadzoru, ale korzystają obie strony.

Dlatego wszelkie żale do WOŚP o to, że wzmacnia niemoc polskiego systemu opieki zdrowotnej są po prostu głupie. Cudownie, że udało się stworzyć alternatywny kanał pieniędzy, który wchodzi do systemu tam gdzie kanały oficjalne często nie dają rady. Moja rada dla każdych rządzących jest następująca – dołóżcie Owsiakowi kasę. Zebrał 40 milionów dołóżcie drugie tyle. To dalej w budżecie na zdrowie będą fistaszki. Ale fistaszki dobrze wydane. A dodatkowo urzędnicy ministerialni będą mogli sobie popatrzeć jak się tę kasę wydaje. Efekt mnożnikowy będzie na pewno lepszy niż przepchanie tego przez NFZ.

P.S. Szczególnie niesamowici przy okazji WOSP są bracia Karnowscy i Minister Patryk Jaki. Niby się człowiek do bucerii i głupoty akolitów PiS przyzwyczaił, ale i tak potrafi ona zaskoczyć.

Polska, kraj katolicki kraj, w którym żyjemy

marchewa79

church-window-baptism-sacrament-glass-windowWygląda na to, że inicjatywy ustawowe dotyczące aborcji przyniosą jeszcze jeden niespodziewany skutek. Ostatecznie i na długo rozprawią się z Polska, jako krajem prawdziwie wolnym światopoglądowo.

Bez obaw nie jestem Jackiem Żakowskim i nie uważam, aby od jutra zapłonęły na ulicach stosy a cenzura została wznowiona. Mimo całej swojej przaśności Kościół Katolicki działa jednak w Polsce subtelniej. Fakty jednak nie podlegają dyskusji. Jesteśmy i pewnie jeszcze długo będziemy katolicką monokulturą.

Uważam, że wszystko to jednak wynik szczęśliwego zbiegu okoliczności. A raczej całego szeregu. Począwszy od tego, że mimo cokolwiek niechętnej Polsce polityce Watykanu trwającej przez nie tyle dziesięciolecia, co całe wieki kościół polski nigdy od Rzymu nie odszedł. Nie było rewolucji protestanckiej ani nawet autokefalii, choć dążenia istniały. Z kościołem w Polsce niesłychanie lekko w porównaniu z innymi krajami bloku socjalistycznego obeszła się władza ludowa. Działania ateizacyjne silne były głównie w obszarze propagandowym realnie religijność nawet u dość wysokich urzędników partyjnych czy państwowych była cały czas tolerowana. Po umiarkowanym powodzeniu akcji zmierzających do przejęcia władzy w kościele („księża patrioci”) władza wycofała się do obszaru inwigilacji i mniej otwartych represji. Wybór Jana Pawła II przypieczętował związek Polski z katolicyzmem, dodatkowo trwale wiążąc kościół z antyPRLowską opozycją. Nastąpił jeszcze krótki okres represji w latach, 80 ale w III RP wszedł Kościół z niezwykle silną pozycją.

Powiedzieć, że polska to kraj katolicki to nic nie powiedzieć. Wpływ kościoła na życie publiczne czy kształtowanie prawa jest potężny. Zaczyna się od nauki religii, która pozostaje najlepiej ugodzinowionym przedmiotem w edukacji nauczanym przez personel opłacany a jakże z publicznej kiesy. Z publicznej kiesy opłacane są także emerytury i renty duchownych. Służby państwowe oplata gęsta sieć kapelanów na wysoko opłacanych etatach a każda państwowa uroczystość nie może się obejść bez mszy i lokalnego katolickiego notabla. Księża cieszą się społecznym zaufaniem a przypadki naruszania prawa są aktywnie zamiatane pod dywan. Dotyczy to przypadków zarówno trywialnych jak jazda pod wpływem alkoholu jak i poważniejszych. Oskarżony o pośrednictwo w korupcji duchowny zostaje przeniesiony do innej parafii a nazwiska skazanych pedofilów w koloratkach dziwnym trafem nigdy nie trafiają do publicznego rejestru. Normą stanowią wizyty polityków rządowych w prywatnych katolickich mediach a ustawodawstwo jest stale dostosowywane do obowiązujących religijnych wymagań zwłaszcza w sferze prokreacyjnej czy edukacyjnej.  Wyroki za „obrazę uczuć religijnych” nie są rzadkością a władza stara się jak może cenzurować jakąkolwiek twórczość ingerującą w katolicką wizję świata.

W dorosłość wchodzi całe pokolenie uformowane przez lata kościelnej indoktrynacji. Kościelne normy już dawno zostały zinternalizowane, jako własne. O ile Polska wielkomiejska jeszcze jakoś się opiera o tyle szeroko pojęta „prowincja” już dawno nawet przestała się starać. Wojownicy o świeckość państwa mieli tam wybór jedynie między wewnętrzną a zewnętrzną emigracją. Nie dziwi, więc to, że wielu ich tam nie pozostało zazwyczaj jedynie wśród PRLowskich emerytów, którym niezbyt dużo można zrobić.

To oczywiście tylko warstwa wierzchnia podobnie jak w wieli innych nominalnie bardzo religijnych państwach wiele dzieje się pod spodem. Kontrola kościoła nad życiem rodzinnym i prokreacją pozostaje fikcją. Liczba rozwodów wzrasta, a przyrost naturalny (mimo praktycznego a niedługo faktycznego zakazu aborcji) pozostaje na rekordowo niskim poziomie. Uczestnictwo w praktykach religijnych z roku na rok słabnie a kolejne tury naboru katolickiego personelu przynoszą coraz gorsze rezultaty (fenomen znany, jako „spadek liczby powołań”). Innymi słowy im bardziej kościół obecny jest w polityce i przestrzeni publicznej tym bardziej nie ma go w codziennym życiu przeciętnego Polaka.

Jednak trochę jak z „przewodnią rolą partii” im bardziej pozycja kościoła słabnie w praktyce tym gorliwiej walczy on o to by zwyczaje zastąpić prawem. Motywowany między innymi religijnie zakaz handlu w niedzielę czy całkowity zakaz aborcji to tylko początek. Można być pewnym, że kolejne regulacje będą opracowywane. A przedsięwzięciu ubogiego (w obszarze sumienia) Toruńskiego zakonnika nie zabraknie państwowych dotacji. Ale mimo wszystko nie łudziłbym się zanadto w zakresie przesilenia. W mojej opinii stanowczo zbyt wcześnie na przełom w zakresie desekularyzacji państwa. Dobitnie to pokazuje klęska projektu liberalizującego aborcję. Mimo teoretycznego wsparcia dla poglądów antyklerykalnych wyrażanego np. w poglądach partii Janusza Palikota nie widać szans na większe poparcie. Tylko niezwykle korzystny zbieg okoliczności mógłby w najbliższej dekadzie popchnąć Polskę na podobnie desekularyzacyjna ścieżkę, jaką podążyły Hiszpania czy Irlandia.

Dlaczego tak jest? Cóż zabory i PRL wyćwiczyły nas w sztuce dwójmyślenia. Polak katolik nie ma problemu z rozwodem w rodzinie czy skrobanką kochanki na Słowacji. Dopóki takie wentyle bezpieczeństwa będą sprawnie funkcjonowały dopóty zyski w sferze symbolicznej z obecności Kościoła będą przeważały nad realnymi stratami osobistymi. A politycy dbają o to by tak właśnie było.

Rubla nie zarobić

marchewa79

pexels-photo-208087Kończąca poprzedni wpis przysłowie okazało się teraz adekwatne dla Nowoczesnej jak i PO. Wziął prezes opozycję z zaskoczenia. Sprytne zagranie gabinetowe. Ale czy mamy do czynienia z „zaoraniem”? Zobaczymy.

Mamy tedy sytuację, że do głosowania idą dwa projekty „społeczne”. Całkowicie penalizujący aborcje i skrajnie ją liberalizujący. Ten pierwszy ma radykalnie większe społeczne poparcie wyrażone ilością uzyskanych głosów. I mamy Sejm złożony z partii albo popierających wariant całkowitego zakazu (z otwartymi granicami i opcją wyjazdu skrobankowego np. na Słowację, ale o polskiej hipokryzji piszę w innym miejscu) albo popierających obecny kompromis aborcyjny. Nawet Nowoczesna lawirowała.

Wynik? Do prac w komisji skierowano jedynie pierwszy projekt. Zarówno Nowoczesna jak i PO zaliczyły spory procent „dezerterów” w PO dodatkowo konserwatywne skrzydełko partii głosowało za odrzuceniem. Co spowodowało histerię w „opozycyjnych” mediach w rozmiarze nieproporcjonalnym do skali zagadnienia. Czy opozycja rzeczywiście dała się „zaorać”?

Niekoniecznie. Mamy obecnie trzy partie opozycyjne. Realizują różne wizje światopoglądowe. PSL to konserwatyści równie jak PiS uczepieni stuły. PO jest zlepkiem konserwatystów, których w PiS zniechęca autorytaryzm i liberałów, ale z wyraźnym przesunięciem w tę konserwatywną stronę. No i Nowoczesna. Nowoczesna sprawy po prostu wewnętrznie nie przepracowała. To jest pospolite ruszenie i zbieranina ludzi od Sasa do Lasa. Teraz w momencie zmiany przywództwa szczególnie wyraźnie to widać. Chciał Petru łowić po lewej stronie, chciała i Lubenauerowa. Ten statek jednak odpłynął. Co będzie zobaczymy. Raczej nic dobrego. Ewidentnie jednak N. okazała się dużo bardziej „mini PO” niż sami jej działacze chcieli przyznać (a jeśli nie widać różnicy…).

Co dalej? Trochę nieuzasadnionej paniki. Zawiódł mnie Schetyna wyrzucając konserwatystów z partii. Nic mu to nie da, a realne oczekiwanie, że Biernacki podniesie rękę za projektem zakładającym aborcje na życzenie byłoby skrajną naiwnością. Histeria w mediach zwłaszcza w Wyborczej była porażająca. To ona, bardziej niż cokolwiek innego, otworzy drogę do przegłosowania projektu zakazującego aborcji całkowicie. Bo do tej pory udało się domniemanym politycznym oporem ograniczać Kaczyńskiego. Teraz, kiedy zobaczy, że tego oporu nie ma (a wojenka w wygwizdywanie PO czy N. na czarnych protestach dokładnie do tego doprowadzi) gotów pozwolić na ostateczną „rechrystianizację”.

Spójrzmy sobie prawdzie w oczy Polacy są społeczeństwem konserwatywnym. Stać nas na 15% dla lewicy, ale nie na więcej. Jeśli ta lewica roztrwoniła swoje poparcie między Zandberga, SLD, Nowacką to może winić tylko samą siebie. Plucie na PO czy N. za to, że nie realizują celów politycznych partii Osobno czy towarzyszy z SLD jest mocno nietrafione. I musicie sobie moi drodzy odpowiedzieć czy chcecie zakazu aborcji w konstytucji. Bo jednym z rezultatów obecnej histerii będzie druzgocąca wygrana PiS a nie Osobno czy SLD. Nie ma w Polsce alternatywy dla PO czy Nowoczesnej. Nie ma też, co liczyć, że taka cudownie się pojawi. Ale ja mam takie wrażenie, że rządy PiS polskiej lewicy, jakość szczególnie nie przeszkadzają. Zaostrzenie prawa aborcyjnego również. Bo w końcu im gorzej dla innych tym lepiej dla nas. Oby się na tej filozofii Zandbergi i inni towarzysze nie przejechali.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci