Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

IPN, czyli V kolumna IV RP

marchewa79

Logo_IPNTwórcy Instytutu dawno temu mieli szczytne intencje. Miała powstać instytucja badawczo-edukacyjna, która koncentrowałaby się na historii najnowszej. Pomagała zapełnić liczne białe plamy. I była politycznie neutralna.

Osiemnaście lat później nic już z tych szczytnych zamierzeń nie zostało. IPN stał się propagandową maszynką realizującą założenia czegoś, co nazywa się ordynarnie polityką historyczną. Czyli nie dąży do poszukiwania prawdy i faktów, a produkowania obrazu historii wzorowanego na arcydziele PRL-owskiej „miękkiej” propagandy, czyli książce i serialu „Czterej pancerni i pies”. Trzeba też uczciwie przyznać, że w roztaczaniu wizji wojny, jako męskiej przygody a polskich żołnierzy, jako nieskalanych niczym bohaterów odniósł IPN niemałe sukcesy. Udało się w tym „pancerniackim” duchu wyprodukować legendę „żołnierzy wyklętych” czy też skierować opis powstania warszawskiego, jako sukcesu, jeżeli nie militarnego (są wszak granice absurdu) to, co najmniej w wymiarze moralnym.

Osobna sprawą jest stosunek IPN do PRLu. Instytut został kustoszem archiwów bezpieki, które przejęli w swoje ręce młodzi hunwejbini jedynie słusznej politycznej opcji. Celem była i jest dekonstrukcja mitu opozycji PRL-owskiej i jego rekonstrukcja w kierunku pożądanym przez obecnie rządzących. Środkiem jest bezkrytyczność i wybiórczość. Papiery bezpieki dotyczące Lecha Wałęsy muszą być prawdziwe. Te dotyczące polityków obecnie rządzącej partii oczywiście są fałszywe bądź mimo podpisania zobowiązania „nie podejmowali współpracy”. U jednych dopuszcza się prawo do moralnych dwuznaczności innym wskazuje miejsce po złej stronie, bo tak wymaga polityczny interes. Swoistą ciekawostką pozostaje relatywne milczenie IPN w kwestii współpracy z bezpieką w PRL kościoła i jego hierarchów. Milczenie o tyle ciekawe ze, kiedy lekko w początkach XXI wieku uchylono wieczko tej puszki Pandory (sprawa o. Hejmo i kilka innych) wyglądało na to, że Kościół czeka niemałe trzęsienie ziemi. Nic takiego się nie stało. Nagle kościół okazał się najmniej zinfiltrowaną w PRL instytucją mimo tego, że istniał specjalny wydział poświęcony tylko temu zagadnieniu. Ot ciekawostka.

Czy to się da jeszcze ocalić? Uważam, że nie. Specyficzna wizja rzeczywistości i historii, którą IPN generuje wrośnięta jest w samo DNA instytutu. Jeżeli poważnie myślimy o wycięciu społecznych korzeni PiSowskiej hydry i pozbawieniu jej społecznej legitymizacji to konieczna jest likwidacja IPNu. Oczywiście zaraz znajdą się obrońcy gotowi wskazać setki wartościowych opracowań badawczych powstałych w instytucie i znanych głównie ich autorom i recenzentom. Ale podobnej, jakości historyczne treści powstają na uniwersytetach i nie usprawiedliwiają finansowania machiny, która sprzeniewierzyła się swojemu celowi tak głęboko, że już głębiej nie można. Tylko czy ktoś będzie miał odwagę tę gromadkę rozpędzić? Wszak naród uwielbiał „Czterech pancernych…” a wszystkich dzielnych wojaków niepodległościowego podziemia zdaje się darzyć miłością równie wielką. Jeśli jednak opozycja myśli w ogóle o trwałej zmianie społecznych postaw na lata do przodu IPN to miejsce, od którego trzeba zacząć.

Kobieta kontra emerytura, czyli smutne wnioski z pewnej rozmowy

marchewa79

EmeryturaMiałem ostatnio ciekawą rozmowę z panią w wieku przedemerytalnym. Po zachwytach nad decyzją prezydenta o obniżeniu wieku emerytalnego wyraziła swoje oburzenie ze stosunkowo niewielkiej prognozowanej dla niej przez ZUS emerytury. Co uważała za skrajnie niesprawiedliwe. Przeprowadziłem, więc dla niej poniższe rozumowanie:

Kobieta z wyższym wykształceniem rozpoczyna pracę zawodową w wieku 24 lat. Pracować będzie do 60. Daje to nam 36 lat pracy. Zakładamy dwójkę dzieci, więc odejmę po 2 lata na każde dziecko tzw. „nieskładkowe” (7 miesięcy zwolnienia lekarskiego w ciąży + 12 miesięcy urlopu macierzyńskiego + 5 miesięcy w trakcie dorastania dzieci na różne zwolnienia związane z chorobami i opieką). Pozostaje nam 31 „składkowych” lat. Kobiety w Polsce żyją dziś średnio blisko 82 lata. Co daje nam 22 lata życia na emeryturze. Więc 31 lat składek musi wystarczyć na 22 lata życia. Składki z każdego roku muszą nam wystarczyć, więc na ok 9 miesięcy emerytury.

Średnia płaca w Polsce to 4 502 zł brutto. Z czego do ZUS odprowadzamy 439,40 (pracownik) + 813,07 (pracodawca), czyli razem 1252,47 zł. Rocznie 15 029,64 zł. Przez 31 lat 465 918,84 zł. Tę kwotę dzielimy przez 22 lata, czyli 264 miesiące, co daje nam 1764 zł z małym ogonkiem. A pensja „na rękę wynosiła ok, 3200. Więc emerytura to jest jakieś 55% wynagrodzenia.

Oczywiście ta kalkulacja ma tony uproszczeń.  Ale jej zadaniem jest pokazanie, że po prostu nie ma sposobu żeby 31 lat pracy utrzymało 22 lata życia na emeryturze. Teraz przeprowadźmy tę samą kalkulację dla wieku emerytalnego 70 lat. Tu mamy 42 lata składkowe i 12 emerytalnych. Czyli 631 244,88 zł dzielone na 144. A to daje nam już zacne 4 383 złote emerytury. Gwoli ścisłości warto dodać, że, panowie żyją blisko dekadę krócej.

Reakcja zainteresowanej damy? Foch i odmowa przyjęcia do wiadomości. Długa lista poświęceń i obowiązków domowych, które realizowała. I oskarżenie o bliżej niesprecyzowaną „niesprawiedliwość”, choć skierowane do końca nie wiem, do kogo. Dla mnie była to cenna lekcja. Pozwoliła lepiej zrozumieć ludzi i wygraną Dudy nad Komorowskim. A także niestety skalę wyzwań, jakie nas czekają. Odmowa łykania lekarstwa o gorzkim smaku to domena nie tylko dzieci. Również i dojrzałych kobiet.

P.s. do powyższych kalkulacji użyłem danych z GUSu kalkulatora wynagrodzeń ze strony money.pl oraz zwykłego kalkulatora marki Casio. Za ew. błędy z góry przepraszam i skoryguję po wskazaniu.

Miejsce w historii

marchewa79

info.elblag.pl-47504-Prezes-Kaczynski-dzisiaj-wPodobno jak spekuluje coraz więcej mediów dni Premier Szydło są policzone. Nie, dlatego żeby miała jakieś konkretne wpadki, ale dlatego że Prezes chce zostać Premierem. Pospekulujmy chwilę, dlaczego chce tak uczynić i czy to w ogóle możliwe.

Pozycja Szydło, jako Premiera jest może mocna poparciem sondażowym, ale jednak PiS jak już wielokrotnie pisałem to w sporej mierze inicjatywa prywatna. Szydło jest spoza kamaryli prezesa i stanowi raczej króliczka z kapelusza wyciągniętego po niespodziewanym wyborczym sukcesie Dudy. Jeżeli czytelnikom przypomina to rok 2005 i pewnego atrakcyjnego Kazimierza to jest to znakomity trop. I manewr wizerunkowo w obydwu przypadkach bardzo udany.

Ale też organizacyjnie manewr kosztowny. Krasowski niejednokrotnie pisał, że zarzadzanie z tylnego siedzenia nie jest tak proste jak się wydaje. To Premier ma w istocie polityczne instrumentarium. „Szeregowy poseł” dostęp do tego instrumentarium może uzyskać jedynie pośrednio. A posiadanie dwóch (a po usamodzielnieniu się Prezydenta nawet trzech) ośrodków decyzyjnych nie jest ani zdrowe ani wygodne. Sprawia, że spora część polityków szuka gwarancji własnej pozycji nie w Prezesie czy Premier a np. u pewnego „szeregowego zakonnika” z Torunia. W rezultacie mamy rząd z popularną Premier, ale złożony z nadmiernie samodzielnych i w praktyce nieusuwalnych ministrów. Którym Prezes stara się sterować jak zdanie kierowanym samolocikiem i coraz częściej mi nie wychodzi.

Ale to wszystko, mimo że organizacyjnie istotne i kłopotliwe nie ma jednak większego znaczenia, kiedy pomyślimy o kwestii ego. „Szeregowi posłowie” rzadko znajdują miejsce w podręcznikach historii. To nie im stawia się pomniki. A każdy polityk ma ego wielkości, co najmniej dużego autobusu. Wielki władca marionetek z Nowogrodzkiej ma je duuużo większe. Trudno mi sobie wyobrazić, jakim policzkiem dla niego jest to ze państwem oficjalnie rządzą niedorobiony prawnik z Krakowa i była szefowa jakiegoś domu kultury. Politycy dwunastego szeregu, których sam wyciągnął, odkurzył i nauczył jeść nożem i widelcem. Zwłaszcza, kiedy codziennie, kręcący własne lody, Mariusz et consortes mówią mu, jakim to jest genialnym politycznym graczem i strategiem. I kiedy widzi te kuchty spotykające się z Trumpem czy Merkel.

Czy więc zmiana nastąpi? Racjonalnych przesłanek brak. Ale wszystkie irracjonalne istnieją. Myślę, że Prezes poszuka swojego miejsca w historii. Biologii nie oszuka i więcej szans może nie być.

Łódź, requiem dla miast zapomnianych

marchewa79

z12042767Q,LodzUwaga początkowa do ludzi sercem związanych z Łodzią. To nie jest tekst mający za zadanie dopiec waszemu miastu. Łódź jest tu tylko przykładem. Niestety przykładem wyrazistym.

W niedawno przeczytanych badaniach demograficznych (GUSu bodajże) wyszło, że o ile tendencje demograficzne w horyzoncie 2050 są dla wielu polskich miast niezbyt dobre to dla Łodzi są szczególnie ponure. Miasto, które ludnością w PRL ustępowało tylko Warszawie wyludnia się w tak zastraszającym tempie że perspektywa 2035-2050 może oznaczać spadek ilości mieszkańców poniżej pół miliona. I to nie jest najgorsze. Wyjeżdża dół demograficznej piramidy. Młodzi i dynamiczni. Przyciąga Warszawa, Wrocław, Kraków, wybrzeże. Zostają starzy ludzie.

Łódź w miejsce polskiego Manchesteru ma szansę stać się polskim Detroit. Rzeczywistym miastem emerytów i meneli. A najbardziej tragiczne jest to, że niespecjalnie widać szansę na odwrócenie trendu. Choć kolejne władze desperacko próbują. Zainwestowano gigantyczne pieniądze w infrastrukturę, próbuje się pozyskać miasto dla wystawy expo. Niemało jest ciekawej kultury i sztuki. Wszystko na nic.

Spróbujcie zrobić rachunek sumienia. Czy gdybyście teraz dostali ofertę pracy z Łodzi wymagającą przeprowadzki zareagowalibyście z entuzjazmem? A wasza rodzina? No właśnie. Mam nieodparte wrażenie, że Łódź podobnie jak wiele innych miast trafiła na boczny tor historii. Była egzemplifikacją najbardziej dynamicznych lat rosyjskiego/polskiego kapitalizmu. Ale kiedy przemysł zmienił charakter a polska ustrój miasto jakoś nie potrafiło nadążyć. Oczywiście te wszystkie mądre opracowania wskazują tony powodów tego jak Łódź zjechała z drogi. Nie ma w nich jednak ani jednej dobrej i skutecznej recepty jak na ową drogę powrócić. Inwestycje publiczne? Były. Wielkie imprezy? Trwają starania o to Expo, które gdyby uwieńczono sukcesem zadłuży miasto na następne lat pewnie 200 jak nie więcej. Kultura? Jak najbardziej nie gorsza niż w Krakowie czy Poznaniu. Wszystko nie działa. Czy kiedyś zacznie?

Raczej nie. Niestety wygląda na to, że mamy do czynienia z klęską policentrycznego modelu rozwoju. Nie tylko w Polsce, bo podobną drogę jak Łódź odbył Lipsk, ale jego zjazd demograficzny rozpoczął się jeszcze przed wojną w latach 30. I mimo wszystkich niemieckich marek i euro trend się nie odwrócił. Dla wielu miast nadchodzi moment, w którym zjeżdżają z drogi. Stają się tylko mniej lub bardziej atrakcyjnymi przedmieściami Warszawy, Poznania, Wrocławia, Krakowa, Gdańska czy Katowic (a szerzej Silesii). To jest boleśniejsze dla tak ogromnych ośrodków jak Łódź i tam rzeczywiście można by doszukać się jakiegoś momentu, od którego wszystko poszło nie tak. Mniejsze Radomie, Słupski, Włocławki, Koszaliny, Elblągi umierały cichutko nie fikając zanadto. To oczywiście nie tak, że pewnego dnia zamkną ostatnie przedszkole, bo nie będzie już dzieci. Ale mieszkańcy zauważą pewnie, że placów zabaw wokół bloków jakby mniej a ławeczek z samotnymi starszymi ludźmi jakby więcej. Tylko na weekend zajadą z miast większych dzieci/słoiki.

Mam diagnozę nie mam leku. Czyli jak zwykle. Tyle, że tym razem smutno wyszło. Powodzenia Łodzianie. Może, choć wam się uda.

PO, jak zmienić partię ludzi sytych

marchewa79

Posypaly-sie-memy-po-trzesieniu-w-rzadzieNie da się ukryć, że w ostatnich latach PO obrosła tłuszczem. Lata u władzy przyciągnęły do partii zdecydowanie więcej oportunistów niż ideowców a same kanały mobilności w partii zaczęły się zatykać aż do poziomu zawału. Zawał nazywał się Nowoczesna i jest tematem na inną dyskusję. Teraz jednak wróćmy do PO. Parafrazując hasło partii, którą zajmowałem się na blogu wczoraj: czy inna PO jest możliwa? I czy jest potrzebna?

PO i PSL to jedyne w miarę „normalne” partie w Polsce. Normalne w takim sensie, że reprezentują coś więcej niż tylko zespół „wódz i jego drużyna”. Swoją drogą wykpiwany PSL okazuje się być jedna z najbardziej pluralistycznych wewnętrznie partii, która potrafiła wymienić kilkukrotnie lidera nawet w trakcie rządzenia i za każdym razem nie powodowało to ani rozłamu ani załamania. Ale to temat na inną notkę. Wróćmy do PO. Otóż PO w 2015 składało się niemal z samych „tłustych kotów”, którzy przez dwie rządowe i niekiedy cztery samorządowe kadencje zapomnieli jak to jest być głodnym. Dla partii to był i jest ogromny problem. Zamiast walki o władze zaczęła tonąć w małych geszeftach (patrz Sikorski i machloje na paliwie) oraz wzajemnej niechęci a wręcz nienawiści wielu działaczy.

Ewa Kopacz nie dała rady. Z wielu przyczyn, z których najważniejszą jest to, że jest ona politykiem rządowym a nie partyjnym. Dziś pewnie nie bez satysfakcji patrzy jak w tę samą pułapkę wpada Beata Szydło. Tusk natomiast PO osierocił w sposób bezprecedensowy tak przerywając wzajemne sieci powiązań ze partia jak się wydaje do dziś nie może się z sytuacji otrząsnąć. Rezultatem słabości Kopacz i absencji Tuska był rok 2015. A także to, co mamy dziś.

Trzeba sobie jasno powiedzieć: kalendarz wyborczy PO nie sprzyjał. Nastąpiła powtórka z roku, 2005 kiedy korelacja wyborów prezydenckich i parlamentarnych pozwoliła PiS zgarnąć całą pulę jednocześnie nie dając przeciwnikom szansy na wyhamowanie politycznej dynamiki wydarzeń. Ale też PO A.D. 2015 była partią słabą. Koszmarne przywiązanie do retoryki „anty-PiS” i brak jakiegokolwiek pozytywnego przekazu oraz kiepscy liderzy sprawiły, że polityczna próżnia wokół PO zaczęła się wypełniać nowymi groźnymi bytami. Co gorsza zarówno Kukiz jak i Nowoczesna oparte były o mało zużytych i politycznie i medialnie przywódców stanowiących osobowościową dominantę tak nad Komorowskim jak i Kopacz. Przywiązanie PO do oszczędnościowych strategii z lat kryzysu gospodarczego również okazało się tyleż szlachetne, co samobójcze.

Powyborcze PO trafiło w całości w ręce Grzegorza Schetyny. Jest takie angielskie słowo „henchman”, które oddaje rolę, jaką miał Schetyna za czasów rządów Tuska. Był on odpowiedzialny za partyjną dyscyplinę i większość „trudnych” porządkowych decyzji. Problemem Schetyny od zawsze była nijakość. Nie jest osobą o wybitnej publicznej charyzmie a w dodatku jego w istocie koncyliacyjny sposób zarządzania i rozwiązywania problemów jest efektywny, ale słabo wygląda w TV. Publiczne spektakle upokarzania realizowane przez Tuska, (których sam Schetyna przy okazji afery hazardowej został ofiarą) były w sensie komunikatu PR dużo bardziej produktywne. Jednocześnie to wszystko utrudnia „ściągnięcie cugli” w PO. Terenowe struktury dalej pozostają mało mobilne i koncentrują się na walce o (tym razem samorządowe) stołki. Stanowiska okupują partyjni emeryci, których już dawno powinno się odesłać na zieloną trawkę a dopływ świeżej krwi ogranicza się do nominowanych poselskich asystentów tudzież rodziny działaczy. W tej sytuacji „kryterium uliczne” wygrywają zbierani ad hoc w Internecie młodzi ludzie a obecność wśród nich polityków PO w krawatach i garniturach oraz niemal bez wyjątku dojrzałym wieku wywołuje uśmiech politowania. Na linię frontu medialnego idą z małymi wyjątkami, sami partyjni weterani ludzie obecni w polityce nierzadko od lat 90 ubiegłego wieku. Konkurencja oferuje więcej nowych twarzy. Może nie bardziej kompetentnych, ale na pewno mniej zgranych.

Jak w tej sytuacji reagować? Można oczywiście wybrać strategie cierpliwości i czekać aż ciało przeciwnika spłynie rzeką. I taka strategia ma swoje silne strony i rezultaty (patrz upadek Petru czy konflikt Duda-rząd). Nie daje ona jednak gwarancji, że to PO a nie np. Kukiz stanie się beneficjentem kolejnej politycznej zmiany. Zwłaszcza, że lokalne struktury w przeddzień wyborów samorządowych w wielu miejscach pozostają koszmarne. Wydaje się, że partia potrzebuje dopływu świeżej krwi w trybie nagłym. Ale na to gdzie szukać chętnych do transfuzji jeszcze trzeba będzie sobie odpowiedzieć.

Z drugiej strony PO zawodzi także w roli anty-PiSu. Po odsunięciu Stefana Niesiołowskiego nie ma w partii prawdziwych anty-PiSowskich radykałów. Nie takich mówiących o rozliczeniu PiS a o eradykacji tej partii z polityki. W kilka takich „pistoletów” warto byłoby zainwestować. Bo to one powinny gwarantować, że nie powtórzy się scenariusz „hodowania PiS” realizowany przez Tuska.

Czy PO może mieć ofertę polityczną np. dla KODu? Czy potrafi wciągnąć do poważnej polityki przynajmniej część owej rozpolitykowanej młodzieży chodzącej na protesty? Od odpowiedzi na to pytanie będzie zależeć być albo nie być Platformy.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci