Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Razem, łowienie w morzu bez ryb

marchewa79

Political%2BCompass%2BchartNiby żal kopać leżącego, ale ponieważ Grzesiem Schetyną póki, co zajmują się jego partyjni koledzy w postaci Radosława Sikorskiego (lwowski żulik to zdaje się ostatnie modne określenie) a liczni akolici tej naszej kanapowej partyjki, co rusz przeprowadzają wywiady z Zandbergami et consortes to postanowiłem, że napiszę nieco o tym, dlaczego Razemki nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach nie mają, co liczyć na znaczący wynik. Z góry uprzedzam, że będę stosował znaczne uproszczenia.

Jednym z popularniejszych podziałów politycznych poglądów wyborców jest podział oparty o dwie osie: gospodarczą i światopoglądową. W ramach tej pierwszej na jednym końcu mamy liberałów gospodarczych aż do skrajnej leseferystycznej postaci (LG) na drugim opcję socjalną w skrajnych przypadkach zahaczającą o komunizm (SG). W kwestii światopoglądowej także mamy liberałów których zdaniem jedynym ograniczeniem w zachowaniach jest nie czynienie krzywdy i zgoda stron (LS) z drugiej konserwatystów chcących uregulować kwestie obyczajowe na poziomie nieomal prawa szariatu (KS). To oczywiście postawy skrajne a między nimi jest całe spektrum poglądów i zachowań. Mamy, więc do czynienia z jakby czterema grupami poglądów łączących w różnym stopniu te poglądy. Dla potrzeb wywodu określimy je, jako: bezprzymiotnikowych liberałów (LG-LS), konserwatywnych liberałów, (LG-KS), konserwatywnych socjalistów (SG-KS) i postępowych socjalistów (SG-LS).

Tyle przydługiego wstępu. Każda partia stara się na tym dwuwymiarowym polu gdzieś umieścić czy to swoim programem czy (częściej) poglądami i postawą liderów i polityków. Ale potencjalni wyborcy nie są rozłożeni równo. Od dawna na podstawie sondaży i wyników wyborów można zaobserwować silne przesunięcie wyborców w kierunku konserwatyzmu obyczajowego i nieznaczne przesunięcie w kierunku socjalizmu gospodarczego. Nietrudno, więc zauważyć, że ilość wyborców, których można by zidentyfikować, jako postępowi socjaliści jest najmniejsza. Empirycznie nie przekracza ona w porywach 6-8% a jest pewnie w praktyce znacznie mniejsza.

Ujmując to inaczej Polacy zainteresowani transferami socjalnymi są jednocześnie grupą silnie konserwatywną obyczajowo, wierzącą i przywiązaną do symboli i tradycji. Na zmianę tego stanu rzeczy społeczeństwa zachodnie potrzebowały pokoleń i wieloletniego oszustwa polegającego na tym, że partie specjalistyczne na zachodzie realizowały postępową światopoglądowo agendę wbrew własnej politycznej bazie. Mogły tak robić, bo pole konserwatywnego socjalizmu było silnie kojarzone z faszyzmem/nazizmem i przez wiele lat na zachodzie po prostu nie było ugrupowań odwołujących się do tego zlepku wartości (znowu konieczne silne uproszczenie). W Polsce PiS bardzo swobodnie operuje na tym poletku, kiedyś zresztą były na nim w sporej mierze i PO i SLD.

Oferta Razem, więc w nieunikniony sposób trafia w próżnię. Elektorat wielkomiejski w większości zrażać będzie socjalny charakter partii a ten uboższy, prowincjonalny obyczajowa swoboda i stawianie na jednej szali i 500+ i praw LGBT do adopcji dzieci. Wszystko to prowadzi partię wprost na kanapę. Bo w stawie, w którym chcą łowić, ryb nie ma i nie będzie. Żadne nawet najszlachetniejsze przekonania i zwyczaje tego nie zmienią. Może zmieni czas. Ale wątpię czy sama partia i jej działacze doczekają tej zmiany.

Niewygodna prawda awansu społecznego

marchewa79

SOCIAL-MOBILITY-1-PB0027-1el2y65Zetknąłem się ostatnio z ciekawą refleksją na temat społecznej mobilności. Otóż ta winda społecznego awansu działa w obie strony. Aby ktoś z klasy niższej dostał się do klasy średniej ktoś z klasy średniej musi spaść do klasy niższej. A deklasacja to chyba jeden z najpoważniejszych lęków społecznych i instrumentów politycznych.

Łatwo obronić tezę głoszącą, że Brexit jak i wygrana Trumpa były odroczonym rezultatem masowej deklasacji ludności robotniczej w wielu obszarach USA i Wielkiej Brytanii. Ludzie, którzy w latach 50 i 60 zostali podniesieni do klasy średniej tak w sensie materialnym jak i pozycji społecznej po migracji produkcji za granicę masowo z powrotem znaleźli się w pozycji społecznej, jaką posiadali ich rodzice. Co gorsza ta deklasacja o podłożu geograficznym w dużym stopniu dotknęła także kolejne pokolenia. W tym samym czasie awans w metropoliach przeżywały dzieci emigrantów, bardzo często odmienne nie tylko kulturowo, ale i rasowo. Bilans w sensie kraju nie zmienił się znacząco, ale dystrybucja geograficzna już tak.

Obrona przed deklasacją jest, więc jedna z podstawowych ambicji ludności w Europie Zachodniej. Tworzy się ukryte bariery dla emigrantów bazujące na pochodzeniu czy kolorze skóry. Wspomaga się własnych potomków systemem znajomości i zależności nazwanym dla niepoznaki „networkingiem” społecznym. Bo walka o pozycje społeczną jest niestety grą o sumie zerowej i to jest ta niewygodna prawda społecznego awansu. Ktoś musi przegrać. I to jest także prawda, która przez najbliższe pokolenia rządzić będzie polityką (a może po prostu rządziła od zawsze). Vox populi jest tam gdzie frustracja i ból a one są tam gdzie mamy do czynienia z deklasacją i wszystkimi pokrewnymi zjawiskami. To ból utraty a biedę zawsze bardziej będą przeżywać ci, którzy zasmakowali (względnego) dobrobytu.

Czy jest wyjście? W teorii drabina klasowa nie musi być piramidą, w warunkach automatyzacji produkcji nawet nie powinna. Ale inna rzecz zabezpieczać klasę niższą przed niedostatkiem przez np. dochód podstawowy a inna utrzymywać masy niepotrzebnych ludzi w obrębie klasy średniej. A pamiętajmy, że klasa średnia autoidentyfikowana jest zawsze w odniesieniu do czegoś i jej „nadęcie” też będzie odbierane, jako relatywna deklasacja.

Łatwych wyjść nie ma, ale problem wakacyjnie ciekawy.

Menel a światopogląd

marchewa79

menel_strzegomRobiąc zakupy w jednym z marketów zaczepił mnie przedstawiciel „alternatywnego stylu życia” nieco wulgarnie zwany menelem. Aura, jaką wokół siebie roztaczał w temperaturze ponad 30 stopni cóż… zapierała dech w piersiach, szybko więc pośpieszyłem z drobnym datkiem w zamian za odprowadzenie koszyka. Datek ów sądząc po wybitnie alkoholowym elemencie aury spożytkowany został wkrótce na płynną formę posiłku zawierająca w sobie niemało alkoholu etylowego. Ot codzienność wielu polskich miast. Mnie jednak spotkanie skłoniło do rozważań światopoglądowych.

Menel to przypadek graniczny. Człowiek żyjący poza społeczeństwem, jego zobowiązaniami i koniecznościami. Podstawowym pytaniem jest to jak człowiek zostaje „menelem”. W teorii każdy z nas może przy splocie niekorzystnych okoliczności stracić dach nad głową, dochód i znaleźć się na ulicy. Rozmowy z ludźmi zawodowo zajmującymi się problemem pokazują, że jednak nasi menele w sporej mierze własnym skłonnościom do różnego rodzaju używek zapewniają tak brak schronienia jak i utrudniony powrót do normalnego życia. Każdej zimy masa bezdomnych wybiera potencjalne zamarznięcie zamiast pobytu w schronisku i jako powód podaje wymóg całkowitej abstynencji.

Społecznie możemy podejść do menela na trzy sposoby. Neutralnie ignorując problem i wspomagając od czasu do czasu drobnym datkiem, tudzież oddając jakieś wsparcie żywnościowe przed sklepem.  Możemy jednak podejść pozytywnie i stwierdzić, że żadna osoba nie powinna być bezdomna (zwłaszcza w rozwiniętym państwie i XXI wieku) a więc uruchomić systemowe działania podobne do tych z PRL mające zapewnić zatrudnienie i dach nad głową dla każdego. Możemy wreszcie podejść negatywnie i postawić sobie za cel wyplenienie bezdomnych z przestrzeni wspólnych, z których nie będąc podatnikami nie powinni mieć prawa korzystać. Żebranie czy pomieszkiwanie w ogródkach działkowych możemy potraktować, jako formę przemocy wywieranej na praworządnych obywatelach i dążyć do ukarania winnych.

Intrygujące dla mnie jest to, że o ile postawa neutralna akceptuje status quo polegające na tym, że w istocie nie widzimy problemu i bazujemy na organizacjach charytatywnych dla jego utrzymania w określonych granicach o tyle postawy pozytywna i negatywna lądują aparat państwowy w dokładnie tym samym miejscu. Konieczne okazuje się zastosowanie legitymizowanej państwowo przemocy do zmuszenia ludzi do rzeczy, na które ci nie mają wcale ochoty.  Czy Policja będzie meneli zwozić do ośrodków resocjalizacyjnych, (czyli de facto więzień) czy też wywozić na przedmieścia, aby zapijali się na śmierć poza wzrokiem praworządnych obywateli na pewno nie będzie tego robić za zgodą i przy współpracy zainteresowanych. W ten oto sposób tak prawicowy radykał jak i współczujący socjalista lądują po tej samej stronie policyjnej pały. To paradoks, który bardzo dobrze pokazuje, na jakie manowce prowadzą nawet najbardziej szlachetne idee.

Póki, co ani przymusowa resocjalizacja (i trzeźwienie) ani szwadrony śmierci nam nie grożą. Wybieramy wariant obojętności, który jest wygodny o tyle ze stanowi nieustanną motywację dla wszystkich, aby jednak zasuwali w kieracie. Bo zawsze jest ryzyko zastania menelem. Menel stanowi, więc społecznie wygodny instrument dyscyplinujący. To jednak Polska, kraj względnie zamożny, ale tez zimny gdzie przetrwanie na ulicy wymaga zimą jednak sporych umiejętności i determinacji. W południowej Europie rzecz ma się z goła inaczej. Tam przetrwanie w miastach jest dużo łatwiejsze, klimat łagodniejszy a dodatkowo istnieją masy napływających emigrantów. Wzrasta, więc także zainteresowanie wariantami radykalnymi. Pozbywanie się bezdomnych z ulic stanowiło wszak obowiązkowy element repertuaru każdej niemal dyktatury. I kto wie czy temat nie powróci.

Tyle nieco swobodnych wywodów zainspirowanych spotkaniem przed sklepem.

Bez hamulców

marchewa79

stopping-without-brakesPiS właśnie wywalił z samochodu o nazwie Polska hamulce. Uznał je za niepotrzebne wszak w PiSie sami „dobrzy kierowcy”. Być może wy znacie partię złożoną w 100% z ludzi prawych i uczciwych ja niespecjalnie. Oczywiście przez najbliższe 2 lata PiS będzie miał spokój i swobodę w realizacji najbardziej nawet szalonych pomysłów. Nagroda za bezwzględność i konsekwencję.

Ta machina jednak zadziała tylko tak długo jak PiS będzie u władzy. Bo największym bezpiecznikiem demokracji są wybory. A ta banda liberałów ze świeczkami na ulicach to a i owszem ciepłe kluchy. Do czasu. Gniew tych, którzy nie chcą do Rosji ustrojowo i mentalnie, potrafi być potężny. Więc jeszcze nie liczyłbym na miejscu PiSowskich towarzyszy tych profitów. Gra się jeszcze nie skończyła.

Sukces PiSu niewątpliwy, choć niespodziewany

marchewa79

lew_rywin_450afpRobiłem sobie ostatnio analizę porównawczą, którą roboczo można by nazwać „aferową”. Otóż zaintrygowało mnie jak długo gabinety o silnym zapleczu i przywództwie czekały na swoją, nazwijmy ja roboczo „wielką aferę”. Po zastanowieniu do porównań użyłem dwóch kadencji parlamentu tej 2001-2005 z rządami SLD-PSL i tej z lat 2007-2011 czyli pierwszej kadencji PO-PSL. Dlaczego tych dwóch? Otóż, jako założenie przyjąłem, że porównuje „pełne” kadencje, co z punktu eliminowało rządy lat 89-91 i 2005-2007. Kadencja 1993-1997 wypadła z racji zbytniego oddalenia czasowego i skrajnie różnych uwarunkowań, afera Olina czy inne wydarzenia miały jednak mniej ekonomiczny a bardziej polityczny charakter. Kadencja 1997-2001 pomimo posiadania jednego gabinetu tez mi nie pasowała ze względu na brak stabilnego zaplecza i silnego przywództwa. Oraz uwarunkowania specyficzne z okresu transformacji podobne jak w latach 93-97. No i wreszcie druga kadencja PO-PSL w latach 2011-15 jest specyficzna, bo to jedyna druga kadencja w polskiej historii a więc uwarunkowania są skrajnie inne. Tyle moich reguł wewnętrznego cherrypickingu i możemy wracać do meritum.

Na start „kanclerz” Miller i jego rządy w latach 2001-2003. Zaplecze polityczne stabilne, pozycja przywódcy również, prezydent (przynajmniej w teorii) sprzyjający. Millera w powietrze wysadziły dwie afery. Głowna, czyli afera Rywina i Coup de grace w postaci afery starachowickiej. Rządy Leszek Miller rozpoczął w październiku 2001 roku. Na wybuch afery Rywina poczekaliśmy niecały rok do września 2002. Starachowice eksplodowały w marcu 2003 a więc po kolejnych 6 miesiącach. W maju 2004 nie było już rządu. Warto także odnotować ruchy kadrowe. Do afery Rywina odbyła się tylko jedna rekonstrukcja 3 ministrów.  Po jej wybuchu do końca trwania gabinetu wymieniono aż 12 osób.

Teraz kolej na Donalda Tuska. Gabinet powołano w listopadzie 2007 i od początku funkcjonował w warunkach kohabitacji, czyli przy opozycyjnym prezydencie. Wielką aferą jego pierwszej kadencji była afera hazardowa. Afera rozpoczęła się w październiku 2009 roku a więc po prawie dwóch latach rządów. Wyraźnie widać nauki wyniesione z upadku Millera. Widać je także w tym ze afera rządu nie wywróciła. Poziom dymisji w pierwszym gabinecie Tuska był więcej niż umiarkowany. W dwóch latach przed aferą odeszło jedynie 2 ministrów. Po aferze hazardowej Tusk pozbył się 8 osób a pamiętajmy, że rządził do końca kadencji, więc o 1,5 roku dłużej od Leszka Millera.

Rząd Beaty Szydło zbliża się do swojej drugiej rocznicy. I póki, co nie mamy do czynienia z żadnym wydarzeniem porównywalnych rozmiarów, co wskazane powyżej. Można oczywiście wskazywać na kwestie Misiewicza czy Szyszki gdzie decyzje mogły być motywowane i podejmowane w sposób bardzo dyskusyjny. Jednak nie wywołały one w żadnym razie skandali o porównywalnych rozmiarach. A to już samo w sobie jest sukcesem rządu PiS, który nie ukrywam dość mnie zaskakuje.  Zaskakuje, ponieważ pazerność wielu działaczy PiS na pieniądze jest wręcz legendarna a ich poziom obsadzenia państwowego mienia dyletantami bez wykształcenia znaczny.  Czy więc wielki geszeft Beaty szydło jeszcze przed nami? Czy może geszefty były, ale udało się je skutecznie rozbroić? Póki, co do rekordu Tuska jeszcze kilka miesięcy. Czekamy.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci