Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Wpisy otagowane : SLD

Partie prywatne

marchewa79

link_AuvAeub2cXnR9Dfu001F2yoQDuPpbSt2,w300h223Dwadzieścia osiem lat od końca PRLu nie doczekaliśmy się stabilnego systemu partyjnego. Nie do końca jest to problem, bo stabilność systemów bywa złudna, czego przykładem są Włochy czy ostatnio Francja. Gorzej jednak, kiedy z 5 partii obecnych w parlamencie trzy są organizacjami w dużej mierze prywatnymi. Nie są lepszą czy gorszą wspólnotą ludzi połączonych podobnymi poglądami i (to w końcu partie) chęcią zdobycia władzy. To wódz i jego kamaryla oraz zestaw tych, którzy załapali się po drodze.

Taki układ jest znakomitym rozwiązaniem w kwestii sprawności organizacyjnej, ponieważ zakłada jeden ośrodek decyzyjny. Partię można na wzór dawnych ustrojów państwowych nazwać patrymonialną, bo w istocie stanowi całkowitą i wyłączną własność lidera. On decyduje o wewnętrznej strukturze i wszystkich nominacjach. Demokracja jest tylko fasadą a wewnątrzpartyjna opozycja ma jedyne wyjście w wypadku konfliktu – opuszczenie organizacji.

Ale są też wady, które zawsze w końcu przewyższają zalety. Partia jest ściśle zależna od postaci lidera, program i działania jest niewolnikiem jego obsesji, poglądów a czasami i chuci. Dodatkowo lider ma zawsze niebezpieczny zwyczaj opierania się w swoich decyzjach na wąskiej grupie przybocznych, którzy szybko budują własne zaplecza i stają się obciążeniem. A wtedy pozostają dwa wyjścia: obrona do upadłego albo usunięcie z organizacji. Szybko zresztą okazuje się, że zmiana w partii jest niemożliwa, bo oznaczałaby zmianę lidera a bez lidera nie ma partii.

Jest to w dużej części opłakany skutek tego jak większość z nas postrzega politykę. Jako grę solistów a nie zespołów. Wygrywał Tusk nie PO, Kaczyński nie PiS. Ta wizja jest w oczywisty sposób błędna i niebezpieczna, ale tak zbudowany jest ludzki umysł. W rzeczywistości liderzy kontrolują tylko ułamek tego, co dzieje się w ich własnym ugrupowaniu, czego boleśnie doświadczała każde z ugrupowań znajdujących się u władzy.  Leszek Miller nie wiedział o Aferze Starachowickiej, Tuska zaskoczyły wydarzenia związane z hazardem a Kaczyńskiego lex Szyszko. Na dłuższą metę wygrywają gracze koncyliacyjni, bo liderowanie wodzowskie ma opłakane skutki. Tusk wyszedł z afery hazardowej obronną ręką, bo zdecydował się na głęboką korektę kadrową jednak na dobra sprawę nikogo z partii nie wyrzucił. Miller kamarylę i kolegów trzymał na stołkach jak długo się dało aż Starachowice i Rywin zepchnęły jego partę w polityczny niebyt.

Mam wrażenie, że owa dominacja partii prywatnych stanowi niechciany skutek naszego ułomnego systemu władzy. Korzenie PiS, PO, Nowoczesnej, Kukiza tkwią w wyborach prezydenckich. Mit przywódczy prezydenckiego stołka jest równie fałszywy, co przemawiający do większości Polaków. A potem zawsze pojawia się pokusa, aby owego „reformatora”, który jest „inny niż wszyscy”. Po czym zawsze jest tak samo.

Czy da się z tego wyjść? Jest tylko jedna metoda sprawdzenia, kiedy lider odchodzi. Taki test kilkakrotnie przeszedł PSL (jakkolwiek ironicznie to brzmi dla wielu najbardziej demokratyczna wewnętrznie partia polityczna w Polsce). Udało się to Platformie, ale z nożem na gardle i nie wiem czy przeżyje kolejną próbę. SLD lidera zmieniało wielokrotnie, ale koszt polityczny jest na tyle duży, że nie do końca jestem pewien czy są to eksperymenty udane (Może poza zamianą Kwaśniewski-Miller).Test oblały Unia Wolności i Samoobrona. Problem dla wielu partii jest taki, że aby wyjść z sondażowej „spirali śmierci” bywa konieczne ojcobójstwo. A i ono nie gwarantuje sukcesu. Aby zacytować klasyka:

„Mówimy - Lenin, a w domyśle -partia,

mówimy - partia, a w domyśle - Lenin.”

Najlepsze dla długoterminowej polityki i górnolotnie mówiąc interesów kraju są partie istniejące długo. Trwale związane łańcuchem interesów społecznych i ekonomicznych z własnym wyborczym zapleczem. Już kilkakrotnie wydawało się, że Polska jest o krok od takiego systemu. Po czym domek z kart znów rozsypywał się. Niestety obecne działania partii rządzącej nie wskazują na to by liczyła się ona z możliwością utraty władzy. Demolowanie porządku konstytucyjnego nie sprzyja trwałości także konstrukcji partyjnych. Warto na końcu przypomnieć, że większość polityków poniosło surową wyborczą odpowiedzialność za własne działania. I że biologia nie ma litości a żaden z wodzów nie jest wieczny.

Partia Razem, długi marsz donikąd

marchewa79

661442477077_11033171_509094225925305_7941887838198860910_o„Wiemy, że czeka nas długi marsz, ale nasze cele pozostają niezmienne: wejście do parlamentu, a potem zdobycie władzy” – tyle niejaki Pan Maciej Konieczny z Partii Razem. Nie wiecie, kto zacz? Nie szkodzi ja też nie. Tym bardziej rozbawił mnie ten akapit z wywiadu. Bo też w drugim roku rządów PiS Partia Razem okazuje się wydmuszką.

Dawno temu usłyszałem określenie „kawiorowa lewica”. I znakomicie podsumowało ono moje studenckie doświadczenie z wieloma kolegami i koleżankami o lewicowych poglądach. Synowie i córki zamożnej klasy średniej i inteligencji traktowali prosty niezamożny lud jak dzieci specjalnej troski. I szczerze chcieli mu pomagać. Ale ta szczerość była szczerością wolontariusza, który zamiast pomagać potrzebującemu woli mu współczuć. Nikt z moich ówczesnych znajomych biedy ani nie widział ani nie rozumiał. Ale ileż wylali krokodylich łez i ile ciekawych towarzyskich spotkań, niekończących się dyskusji. Eh… Młodość.

Niestety prosty lud ma to do siebie, że mówiąc metaforycznie nie pachnie różami a jego intelektualny potencjał do analizowania Marksa bywa ograniczony. Więc większa część owych studenckich lewicowców dzisiaj traktuje ów epizod, jako rzewne wspomnienie. Partia Razem skupia tych, którym jakoś nie przeszło. I ma marzenia takie jak w pierwszym akapicie. Naiwne i nierealne.

W Polsce, kiedy lewica triumfowała jej sukces oparty był o trzy sfery. Pierwszą była sfera jak to się teraz modnie mówi godnościowa a więc przywracanie pamięci PRL i opieka nad wszystkimi sierotami po byłym ustroju. Bo 89 rok pozostawił przecież całe tony tych, których przesunięto na margines, bo byli w PZPR, ZMS i innych organizacjach a także zanegował młodość i dokonania całego pokolenia ludzi dorastających w latach 60 i 70. Druga sfera to sfera socjalna. Balcerowicz był bezwzględnym panem i wielu ludzi chciało oddechu miedzy kolejnymi rundami gospodarczych recept, które z ich punktu widzenia oznaczały bezrobocie i spadek poziomu życia. Partie lewicowe zawsze, więc odkręcały kurek z forsą. Trzecia sfera to antyklerykalizm. Zawsze bardziej deklaratywny niż rzeczywisty i hamowany przez ludowego koalicjanta był jednak żywo obecny a w Ruchu Palikota stanowił żagiel, jaki wprowadził partie do Sejmu.

Współcześnie sieroty po PRLu powoli usuwa biologia, wiele z nich zresztą zagospodarował PiS (patrz „nawrócenie” Jakubowskiej), kwestia socjalna została przez PiS zawłaszczona w całości a po 500+ wiarygodność partii Kaczyńskiego dla szarego człowieka jest wysoka. Pozostaje antyklerykalizm.  Który myślę w następnych wyborach jakąś partie do Sejmu wprowadzi, bo hierarchowie i papa R. poczynają sobie w państwie PiS bardzo arogancko i istnieje duże prawdopodobieństwo na przechył wahadła w przeciwnym kierunku. W dodatku negatywne uczucia silnie mobilizują elektorat.

Gdzie w tym wszystkim jest „Razem”? Ano nie ma. Dla weteranów PRL to pozbawiona wiarygodności gównażeria. W dodatku taka, która kosztowała SLD miejsca w parlamencie w 2015. Kwestie socjalne PiS pozamiatał skutecznie, każda próba przelicytowania wzbudza tylko salwy śmiechu. Antyklerykalizm? Byle w badaniach nad gender nie przeszkadzali. W jakimś sensie rzeczywiście „Razem” wykracza poza ramy polskiej polityki. Wykracza tak dalece ze straciła z nią kontakt.

Polska lewica dalej en masse zakłada, że socjalna sfera ekonomii jest jej domeną. Nie jest. Już w 2005 PiS zabrał te kwestie na prawą stronę. W Polsce w jakimś stopniu odtworzył się podział klasyczny na konserwatystów i liberałów i obie partie pożarły różne aspekty lewicy tak socjalny (PiS) jak i obyczajowy (PO i Nowoczesna). Nie ma powietrza do oddychania. Na to wszystko nakłada się kompletny brak silnych i wiarygodnych liderów. I mamy jak mamy. Krajobraz bez lewicy. Jakiejkolwiek.

Zjednoczenie daje jakieś szanse na odbicie od dna i wejście małej grupie do sejmu i mediów. Ale wspólne działanie „Razem” nie interesuje. Partia skupia się na niesieniu kaganka w nadziei, że kiedyś, może w wyniku ogólnoświatowego kryzysu, albo powtórzeniu wariantu grackiego, odpali. Trochę to przypomina postawę sępa, którego sukcesem jest śmierć ofiary.

Być może jest za wcześnie, aby „Razem” skreślać jednak ja mam z nimi ten sam problem, jaki zawsze miałem z Piotrem Ikonowiczem. Nijak on przedstawiciel bananowej młodzieży i elit PRLu nie mógł mnie przekonać do tego, że rozumie los tych, którym w życiu poszło gorzej. Tak on do upadłego walczył o losy eksmitowanych lokatorów i nie tylko. Ale ta jego działalność wydawała się do bólu paternalistyczna w stosunku do tych, którym pomagał. I wydaje mi się, że oni sami też to tak odbierali. Ot ludzie, którzy po dniu babrania się w smrodzie życia wracają do ciepłych bamboszy i domku na przedmieściach. Z osobistego doświadczenia wydaje mi się, że ludzie niezbyt zamożni łatwiej zrozumieją i zaakceptują chciwość i zachłanność Misiewiczów niż litość i żale partii „Razem”.

Za 6 tysięcy to złodziej albo idiota, czyli ile powinni zarabiać urzędnicy

marchewa79

Banknoty_EurobusinessNiedawne ciekawe oświadczenie ex wiceministra zdrowia Piotra Warczyńskiego dotyczące finansowych powodów jego odejścia z resortu rzuciło nowe światło na krytykowany tytułowy cytat z podsłuchanej nielegalnie minister Bieńkowskiej. Okazało się, że Bieńkowska nieco wulgarnie, ale trafnie opisała rzeczywistość rządowych fachowców. Powiedzmy sobie od razu, że mówimy o fachowcach realnych a nie o Misiewiczach różnej maści.

Tak jak nie lubię czytać komentarzy pod artykułami, które najczęściej stają się wulgarnym trollingiem i przepychanką polityczną, tak większość tych pod artykułem o decyzji wiceministra była ciekawa. Bo i sama sprawa jest ciekawa. Odszedł człowiek mający dobrze płatny zawód, w którym realnie może zarobić 2-3 krotność ministerialnej pensji a jego rzeczywiste kompetencje w zarządzaniu tylko zwielokrotniają tę kwotę. Odszedł bez hamletyzowania podając realny powód i to powód dla większości zrozumiały. A państwo nie miało nic, czym mogłoby go zatrzymać. Chociaż w dość zgodnej opinii komentujących powinno przynajmniej spróbować.

Ludzie podzielili się na dwie frakcje. Dla uproszczenia powiedzmy: idealistów i materialistów. Idealiści twardo twierdzą, że praca państwowa jest „służbą”. I jako taka powinna być wykonywana przede wszystkim dla satysfakcji a wynagrodzenie powinno zapewniać jedynie „godne” życie (choć standard wynagrodzenia zapewniającego godne życie bardzo różni się w zależności od indywidualnych doświadczeń). Poza tym, (co nie ulega wątpliwości) członek rządu dysponuje mnóstwem innych profitów niedostępnych przeciętnemu Kowalskiemu, (choć normalnych dla każdego menagera średniego szczebla w korporacji). Materialiści reprezentują podejście Bieńkowskiej. Jak chłopie chcą ci płacić 30 tysięcy a zarabiasz 6 czy 9 to właściwie, na co czekasz? Jest z tobą coś nie tak?

Problem w tym ze w administracji piekielnie trudno oddzielić formalnie Misiewiczów od Warczyńskich. A pokusa, aby po zwiększeniu wynagrodzeń dla „profesjonalistów” ową pulę „profesjonalistów” uzupełnić zaprzyjaźnionym, młodym gibkim i zdolnym aptekarzem jest duża. A tych młodych zdolnych zawsze jest mnóstwo. Czy więc jest to niewykonalne? Otóż nie. Jest jak najbardziej wykonalne. Potrzebny jest tylko zawodowy korpus urzędniczy. Taki funkcjonuje tak w Wielkiej Brytanii jak i we Francji. I nie jest niczym niezwykłym, że najwyżsi urzędnicy ministerialni zarabiają więcej od ministra. Ponieważ to ci urzędnicy stanowią profesjonalny rdzeń i apolityczną (oczywiście tylko do określonych granic) kadrę, która latami zgłębiała tajniki zawodu. Minister to najmita, który kończy swoje urzędowanie po góra roku, dwóch dobrze, kiedy uda mu się poznać z imienia portiera w budynku ministerstwa.

W Polsce demontaż zalążka Służby Cywilnej trwa od lat. Solą w oku od zawsze były wymogi obsadzania na wyższych stołkach doświadczonych urzędników. Co w efekcie realnie ograniczało możliwość misiewiczowskich nominacji. Receptą SLD byli pełniący obowiązki. Receptą PiS Państwowy Zasób Kadrowy. PO postanowiła urzędników tolerować, ale zagłodzić brakiem waloryzacji wynagrodzeń. PiS cały koncept wyrzucił do śmieci. W tej sytuacji mamy do wyboru albo podnieść wynagrodzenia wszystkim pracownikom administracji (niepopularne) albo żadnemu (kontrproduktywne).

Receptą jest trasa na przełaj. Szeregowy urzędnik bieduje. Zwłaszcza w większych miastach gdzie parę tysięcy nie jest kwotą powalającą na kolana. Wyższe szarże utrzymywane są w stanie wegetatywnym. Niby zarabiają więcej i mają profity. Jest to jednak wciąż kilka razy mniej niż sektor prywatny. Polityczni nominaci i spora część wyższych szarż w samorządach wspomaga się więc zarządami spółek czy różnej jakości „działaniami eksperckimi”. To pozwala w jakimś stopniu zasypać lukę. Ale nie jest dostępne dla wszystkich stąd przypadek omawiany na wstępie a dodatkowo zawsze istnieje ryzyko ze uwikłany w sieć powiązań urzędnik nie będzie tak bezstronny i uczciwy jak być powinien.

W teorii powinien nastąpić wzrost wynagrodzeń połączony ze wzrostem wydajności pracy i redukcją liczby urzędników. Jest jedno małe, ale. To się jeszcze nigdy nikomu nie udało. Ale koncept jest uroczy.

Lewica - ekshumacja?

marchewa79
     Niecałe pięć lat dzieli początek “Afery Rywina” od ostatecznego upadku polskiej lewicy jakim był pijacki bełkot eks-prezydenta Kwaśniewskiego podczas kampanii wyborczej w 2007 roku. Równia pochyła polskiej lewicy zdążyła w tym czasie pogrzebać reputację większości jej polityków a także całej formacji, która w 2001 roku zdobyła po raz drugi władzę niepodzielną. Polska lewica nie przestała istnieć, ale w swej archaicznej i skostniałej postaci przestała być potrzebna. Jest to oczywiście proces paneuropejski. Ale w naszym kraju przebiegał chyba najbardziej gwałtownie.

     W Europie Zachodniej grunt spod nóg wybiła lewicy Margaret Thatcher. Ukradła jej postępowość. Nagle okazało się że te “awangardowe” lewicowe formacje nie mają żadnego pomysłu na rzeczywistość. Nie potrafiły ani przekonująco bronić zdobyczy welfare state, ani też przedstawić sposobów jego częściowego demontażu. Na tle neoliberalnej rewolucji lewicowe recepty zdawały się archaiczne i nieskuteczne. Na tyle nieskuteczne, że ci z lewicowych polityków którzy odnieśli sukces, zmuszeni byli do kontynuacji liberalnej gospodarczo polityki (Blair) lub do przeniesienia całości działań na front obyczajowy (Zapatero). To nie była nowa jakość, to były tylko świeże, młodsze twarze. Ale dopóki świat prosperował zdawało się to wystarczać. Niestety w 2008 roku diabli wzięli wszystko. Taktyki liberalizacyjne okazały się nieskuteczne w zapobieganiu kryzysom, a te socjalne zbyt kosztowne dla pękających w szwach budżetów. Politycznie oznaczało to krwawą jatkę w ramach której, wszystkie partie publicznie deklarują rozdawnictwo pieniędzy aby natychmiast po dojściu do władzy rozpocząć wprowadzanie cięć. O ile jednak wśród ugrupowań prawicowych dążenie do zrównoważenia budżetu obecne było zawsze, o tyle dla lewicy oznaczało to ostateczną utratę identyfikacji. Liberalna rewolucja jaka przetoczyła się przez Europę usunęła jednocześnie wszelkie inne wyznaczniki lewicowej tożsamości. Ani walka o prawa mniejszości ani o prawa kobiet nie miała już większego sensu a świeckość państwa nie podlegała dyskusji. Lewica w Europie Zachodniej utraciła na trwałe ideologiczne podstawy i tym samym w sporej mierze rację bytu. Ratując się zaczęła stopniowo przechodzić na pozycje liberalne, co z kolei uwolniło przestrzeń dla ruchów traktujących marksizm-leninizm dużo bardziej literalnie, a które to po upadku ZSRR zamarły.

     Tymczasem w Polsce mieliśmy do czynienia z procesem o nieco innym charakterze. U nas lewica skoncentrowała się w partii o charakterze postkomunistycznym, która wartości lewicowe traktowała jako wygodny środek w walce o władzę. SLD w swej istocie była partią zdecydowanie konserwatywną w postawach i zachowaniach, a rdzeń jej elektoratu stanowiły sieroty po PRL. Ale taki a nie inny mechanizm pozwalał na dużą ideową elastyczność i dwukrotnie pozwolił na zdobycie pełni władzy w państwie. To samo jednak, położyło podstawy pod całkowity rozpad lewicy w wyniku afery Rywina. Nagle okazało się że podstawowym spoiwem łączącym dawnych towarzyszy jest tylko pragnienie władzy. Po jego zaspokojeniu zabrakło innych wspólnych wartości łączących ludzi tak różnych jak Miller, Borowski czy Kwaśniewski.

     Rok 2011 przyniósł nową nadzieję. Silnie antyklerykalny Ruch Palikota. Niestety partia po 2 latach wydaje się efemerydą, zbudowaną wokół silnego acz nieobliczalnego wodza. Inteligenckim wariantem Samoobrony, zrzeszającym równie przypadkowe i mocno szemrane towarzystwo którego w istocie nic nie łączy. Partia ma wszystkie siły i słabości swojego lidera, który ostatnio bardziej niż zwykle wydaje się zagubiony w świecie politycznych gierek. Na koniec wreszcie geneza RP z lewego skrzydła PO sprawia że silny “grawitacyjny” wpływ PO i SLD w zasadzie rozrywa partię na części.

     Czy więc lewica powróci do władzy? Mamy wszak kryzys. A to zdaje się idealne podglebie dla tego rodzaju politycznej oferty. Nie o to jednak chodzi co w sklepiku ale kto ów towar sprzedaje. Leśny dziadek Miller, mocno niezrównoważony Palikot czy nieco nieobliczalny w swoim pociągu do alkoholu Kwaśniewski to nie jest triumwirat na miarę wyborczego sukcesu. W dodatku panowie (i ani jednej kobiety, jakież to lewicowe) nie pałają do siebie miłością wzajemną, a nawet mniej czy bardziej otwartą niechęcią. Diagnoza? Szczerze wątpię, tym bardziej ze oferta socjalna jest i po prawej stronie, a zwolenników związków partnerskich nie jest znowu tak dużo jak się im samym wydaje.

     Czy Polska w ogóle potrzebuje lewicy? Na pewno potrzebuje partii konsekwentnie liberalnej. Ale czy tego krajowego miksu byłych PZPRowskich aparatczyków z ludźmi pokroju Janusza Palikota czy Magdaleny Środy? Raczej nie.

     I wszystko to jako mój głos w Debacie na Blogu Debat.

     Komentujcie i dyskutujcie.

O emeryturach raz jeszcze

marchewa79
     Reforma emerytur jak żadna inna pokazuje miałkość polskiej sceny politycznej. Bo to nie jest reforma z gatunku tych, które da się odłożyć czy zaniechać. Nawet gdyby stał się cud i rodacy zaczęli masowo rodzić dzieci, to finansowe skutki tego zjawiska odczulibyśmy najwcześniej za dwie dekady. Więc jaka partia nie będzie rządzić, to wiek emerytalny podniesie. Idealne pole do kompromisu? Niestety, pokusa jest zbyt wielka. Duża, niepopularna i konieczna reforma, która dotknie absolutnie wszystkich.

     Co do PiS wiadomo od dłuższego czasu, że program zastępują tu osobiste animozje lidera wiec skoro autorem reformy jest PO to jest ona zła. Koniec argumentacji. SLD jest po prostu zdesperowane. To walka o życie wiec Sojuszowi wydaje się że z takiej szansy musi skorzystać. Ciekawa jest postawa pozostającego na fali wznoszącej Ruchu Palikota. Czy pozostanie w nim dość racjonalności czy też na trwałe przejmą go najbardziej skrajni lewicowcy, których dewizą jest "wszystko i natychmiast"? Na razie wygląda na triumf tej drugiej opcji.

     Pytanie naszych partii, dlaczego są przeciw podniesieniu wieku emerytalnego przypomina pytanie dziecka, dlaczego ukradło rower. Stał tam, nikt go nie pilnował a ono chciało się przejechać. Tylko czy takie ugrupowania mogą tworzyć alternatywę dla PO? Zwłaszcza, że żadne z nich nie daje deklaracji niepopularnych działań. Lewica koncentruje się na walce z kościołem, (co nawet jakby zlikwidować wszystkie daniny, jakie obecnie Państwo przekazuje sytuację budżetu poprawi jedynie nieznacznie), prawica koncentruje się na walce z samą sobą. Czasami tylko wesprze ojca Rydzyka w walce o koncesję dla TV Trwam, która swoją drogą walka w wykonaniu Pani Poseł Kruk słynnej li tylko z sejmowej eksplozji "filipińskiej choroby", wygląda cokolwiek kuriozalnie.

     Pozornie jest to normalna walka opozycji z rządzącymi. I "ludu" z władzą. Bo przecież "lud" reformy nie chce i nie rozumie jej konieczności.  Państwo "jakieś" emerytury zawsze wypłaci. To, że te emerytury dla pokolenia 40-50 latków będą płacone z drakońskich podatków nałożonych na pokolenie 20-30 latków nikt nie zwraca uwagi. Takie decyzje dowodzą absurdu demokracji bezpośredniej. Owszem można mieć nadzieję, że w wyniku referendum ludzie poprą pracę do 67 roku życia. Jednak cyniczny realizm każe założyć, że takiego poparcia nie będzie. Bo który z nas zaśmieca sobie głowę demograficznymi prognozami. Co najwyżej zwracamy uwagę, że jest coraz bardziej pusto na placach zabaw i likwidowane są kolejne szkoły. Ignorujemy także to, że nasze babcie już dawno przekroczyły wiek, w którym poprzednie pokolenie przenosiło się na łono Abrahama. A także to ze jesteśmy dużo zdrowsi niż pokolenie naszych rodziców i dziadków. To wszystko można zobaczyć, trzeba tylko chcieć. Mechanizm odmowy wiedzy jest jednak silny i nie pozwala zaakceptować otaczającej rzeczywistości.

     Konkluzja? Przerażająca. Tusk i PO to chyba najlepsze, na co nas stać w tej chwili. Bo inni są zdecydowanie gorsi. A wydawałoby się, że przy tak zaniżonych standardach o sukces nietrudno…

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci