Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Wpisy otagowane : liberalizm

Liberalizm wielkie pytania - wolność

marchewa79
     Wolność. Pozornie centralna kategoria liberalizmu wpisana w jego nazwę. Pozornie? Nie inaczej. Wodność jest bowiem współcześnie kategorią najbardziej nadużywaną i jednocześnie najbardziej pozbawioną praktycznego znaczenia. Innymi słowy codziennie z ochotą przehandlowujemy coraz większe kawły naszej oczywistej wolności z radością przysłuchując się politykom gardłujacym jak o tę wolność walczą. A wszystko to w świecie iluzji.

     Jesteście wolni? Pewnie wielu z was odpowie, że tak. Właściwie w każdej chwili możecie wyjechać za granicę a więc zrobić rzecz niewyobrażalna jeszcze trzy dekady temu. W granicach strefy Schengen nie potrzebujecie nawet paszportu. Ale jednocześnie spróbujcie po wypiciu dwóch piw wsiąść na rower i przejechać obok policyjnego patrolu, albo obok tego samego patrolu zapalić susz rośliny z której robi się sznurek. Szybko przekonacie się jak bardzo iluzoryczna była wasza wolność. Choć pozornie nie zrobiliście nikomu nic złego.

     Na świecie powszechne jest uwielbienie do wolności osobistej i powszechny wstręt dla ograniczeń tejże wolności wynikających z wolności innych ludzi. Kraj nad Wisłą nie jest pod tym względem wyjątkiem. Rodacy uwielbiają te aspekty Stanów Zjednoczonych w których można posiadać w domu karabin czy też policja nie może bez nakazu zajrzeć do butelczyny trzymanej w torebce bo to już byłoby nielegalne przeszukanie. Gorzej kiedy nasza wolność ograniczają inni ludzie. Pół biedy kiedy są to wrogowie znani, jak ów sąsiad który może sprzeciwić się naszym planom zbudowania na naszej działce składowiska toksycznych odpadów. Jest to gwałt na świętym prawie własności ale od biedy można zrozumieć kanalię. Niestety twór zwany społeczeństwem narzuca nam wiele innych zobowiązań na rzecz ogółu. Trzeba na przykład płacić podatki.

     Każdy domorosły gospodarczy liberał wie że najlepiej o zastosowaniu jego pieniędzy zadecyduje on sam. Państwo niechybnie tę co drugą złotówkę która nam zabierze przeznaczy na obiadki dla ministrów za 1,4 tysiąca. Problem z takim rozumieniem wolności jest jednak taki ze jej logiczna konkluzją jest powszechna anarchia. Jednostka nie jest w stanie utrzymać nawet ułamka infrastruktury potrzebnej do funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa. To wszystko z czego korzystamy: drogi, koleje, lotniska, szkoły, szpitale etc. jest wysiłkiem którego ad hoc pozbierany kolektyw indywidualistów po prostu nie udźwignie. Wie o tym każdy komu zdarzyło się uczestniczyć w walnym zebraniu wspólnoty mieszkaniowej czy spółdzielni. Zawsze znajdzie się jakiś kowalski którego interesom nie odpowiada remont dachu czy windy (mieszka na parterze), przebudowa placu zabaw (nie ma dzieci) czy odmalowanie klatek schodowych (mogą być brudne). Niedawno w Szwajcarii powszechne referendum zadecydowało o anulowaniu planów przezbrojenia lotnictwa. Pomimo tego ze jak wykazały sondaże mało kto z głosujących w ogóle rozumiał o co w tych planach chodzi.

     Pamiętajmy jednocześnie że ten sam gardłujący młody liberał który państwu nie oddał by nawet guzika często i gęsto amerykańskim korporacjom przekazuje bezcenną wiedzę o samym sobie. Ale o ile państwo powie obywatelowi że zbiera o nim informację to Google czy Facebook już tego tak ochoczo nie uczynią. Może tylko od czasu do czasu zdziwimy się że obok naszych wyników wyszukiwania pojawi się reklama pieluch na kilka dni przed tym nim żona powie nam ze jest w ciąży. A te działania tylko pozornie są mniej niebezpieczne od rządowych planów redystrybucji naszych pieniędzy. Międzynarodowe korporacje stały się molochami które z ledwością pokonuje Unia Europejska. Rządy nie maja szans. Niedawno firma General Motors musiała masowo reperować miliony swoich samochodów w których wykryto poważne wady konstrukcyjne. Jakie szanse ma poszkodowany klient aby wygrać z GM sprawę o zaniedbanie nawet jeśli przeżyje? Wolność konsumencka po raz kolejny okazuje się lukrowaną iluzją.

     To co uważamy za nasza indywidualną wolność stanowi nieustanne pole walki pomiędzy państwem a rynkiem. Walki której nawet nie zauważamy. Asymetria informacji między nami a tymi którzy nam dostarczają usługi jest tak potężna że w zasadzie nawet dobrze zorientowany klient jest bez szans. Po kryzysie gospodarczym okazało się że setki polskich przedsiębiorców ludzi z ogromnym sukcesem konkurujących na światowych rynkach utopiło fortuny w opcjach walutowych. To nie byli zwykli obywatele, to była elita biznesu. A jednak patrząc z perspektywy większość z nich została nabrana na podobieństwo kilkulatka przepuszczającego kieszonkowe na losy-zdrapki. Wolność okazała się iluzją a brak nadzoru miał skutki w realnych ludzkich dramatach.

     I tak doszliśmy do konkluzji. Dlaczego wolność nie jest w centrum zainteresowania? Ponieważ w istocie nie ma sporu co do tego że większość z niej i tak musimy oddać. Komfort życia wśród ludzi wymaga starannie nadzorowanego wiecznego kompromisu. Tego co John Locke tak mądrze nazwał umową społeczną której nikt z nas nie podpisywał. Na co dzień ocalamy ochłapy i iluzję wolności. Wymieniamy ja na komfort życia wolnego w istocie od poważnych zagrożeń. Nie znosimy tego tak jak sarkamy na kontrolę na lotnisku. W głębi jednak wiemy ze jest to konieczność mająca sprawić by wszyscy dotarli do domów bezpiecznie.

Liberalizm wielkie pytania - po co państwo?

marchewa79
     Każdy domorosły neoliberał bez trudu opowie wam jak to państwo tłamsi przedsiębiorczość, pozwala dostatnio żyć pasożytom a także ściąga ostatnie grosze ze swoich obywateli. I co za to otrzymujemy? Nic. Ów mityczny wszechmocny i wszechobecny lewiatan wydaje się więc całkowicie niepotrzebny.

     Państwo to stary wynalazek. Początek wzięło z konieczności. Otóż pojawiły się prace i zadania (utrzymywanie systemu irygacji) których nie sposób było wykonać w pojedynkę i w sposób nieskoordynowany. Początkowo zadań takich było niewiele więc i państwo nie miało dużego urzędniczego ciężaru. Zawsze jednak posiadało monopol na legalne użycie przemocy.

     Po co? Otóż utrzymanie systemu irygacji, wojska, władcy nie było czymś co można było negocjować. Państwo stało się więc tworem przymusowym. Odbierało (wolność) i dawało (bezpieczeństwo, żywność, dostatek). Z biegiem lat ilość zadań państwa rosła. Rozwijała się infrastruktura i nadzór nad nią wymagał więcej urzędników. Rozwijał się handel a wraz z nim cła i podatki. Ale aż do XIX wieku wszystko to nie było jednak przeraźliwie wielkie. W XIX i XX wieku państwo sięgnęło jednak po trzy ogromne sfery: edukację, zdrowie i zabezpieczenie społeczne.

     Oczywiście państwo nie przejęło tych sfer dlatego że chciało. Wystandaryzowana edukacja okazała się niezbędna dla nowoczesnego przemysłu, służba zdrowia miała zadbać o to by istniał zasób zdrowego mięsa armatniego dla toczonych wojen a zabezpieczenie społeczne miało zapobiec powszechnej rewolucji. Wynikiem było jednak zdecydowanie poszerzenie tego co nazywamy sektorem publicznym oraz podwyżka podatków, ktoś przecież musiał za to wszystko zapłacić.

     To jednak nie był koniec. Państwo wkrótce nałożyło kaganiec samemu rynkowi. Otóż w końcówce XIX wieku w USA odkryto że wolny rynek nieuchronnie prowadzi do monopolu. Niejaki John Rockefeler tak skutecznie zmonopolizował system naftowy że dyktował ceny i kontrolował każdy aspekt od produkcji po dystrybucję. Władze USA podzieliły więc jego firmę na szereg mniejszych podobnie postępując w kilku innych dziedzinach. I wprowadzając stały monitoring rynku który przestał być rynkiem wolnym (tak naprawdę nigdy wolny nie był, ale to będzie stanowić temat osobnej notki). Wiek XX przyniósł media i kolejny wzrost komplikacji. Pojawiła się konieczność wprowadzenia przepisów regulujących budownictwo, produkcję leków, żywności, ruch na drogach, komunikację itd…

     Właściwie po co? W poprzedniej notce posłużyłem się przykładem ruchu drogowego tym razem omówimy to na podstawie produkcji żywności. Produkcja żywności podlega w większości krajów dość rygorystycznemu nadzorowi. Chodzi o zabezpieczenie się przed krótko (zatrucia) i długoterminowymi (choroby) problemami związanymi z jej spożyciem. Mięso które trafia do sklepów jest badane, przetwarzane jest w kontrolowanym zakładzie i pakowane w ustandaryzowany sposób. Wszystko to kosztuje i to kosztuje niemało. Ale ponieważ stanowi pilnowany przez państwo standard te obciążenia dotyczą wszystkich producentów i nie pogarszają ich konkurencyjności względem siebie. A my tylko z rzadka słyszymy o przypadkach masowych zatruć dość powszechnych jeszcze 100 lat wcześniej.

     Teraz rzeczywistość alternatywna gdzie rynek nie jest poddany regulacjom. Szybko pojawią się podmioty nie przestrzegające norm sanitarnych (koszty!) i oferujące mięso ze zwierząt nie badanych a nierzadko po kilkukrotnym odświeżeniu. Mięso będzie oczywiście tańsze. Kupią je więc raczej mniej zamożni obywatele. Po zatruciu jeśli przeżyją pozostanie im jedynie droga sądowa. O ile stać ich będzie na adwokata. I o ile podmiot sprzedający będzie w ogóle możliwy do ustalenia a nie zniknie w morzu spółek z bardzo ograniczoną odpowiedzialnością. A to tylko jedna z wielu rzeczy które kupujecie codziennie. Państwo więc minimalizuje ryzyko jakie ponosi obywatel/konsument. Nieszczęściem państwa jest to że minimalizuje to ryzyko na tyle dobrze że przestaliśmy te działania w ogóle zauważać i traktujemy je jako oczywiste. Zauważają je oczywiście producenci bo dla nich to koszt. Chcą więc stale większej liberalizacji kolejnych sektorów. Mniejszy parasol to większy zysk choć i większe ryzyko dla tych którzy są na końcu łańcucha. Co od czasu do czasu boleśnie odkrywają klienci różnych “instytucji finansowych” których działalność jest na tyle kreatywna że nie mieści się w państwowych regulacjach.

     Gdzie więc problem. Jak już napisałem ta skala regulacji kosztuje. I ciągnie za sobą armię ludzi która musi to wszystko nadzorować. A w dodatku siatka nie jest szczelna. Dalej sprzedaje się “odświeżone” mięso czy podrobiony alkohol a zatwierdzone przez państwowy nadzór hale z ludźmi w środku zawalają się. Mamy wiec do czynienia z tendencją do zderegulowania maksymalnej części rynku. W nadziei że ten, uwolniony z kajdan urzędniczych działać będzie efektywniej. I czasami rzeczywiście działa. Jedną z kluczowych kwestii z jakimi boryka się współczesny liberalizm jest właśnie określenie skali obecności państwa w życiu obywatela. Czy państwo winno oddać każdemu swobodę zabudowy własnego kawałka ziemi? To przecież jego własność, wolność i prawo. Ale czy sąsiad nie ma prawa sprzeciwić się postawieni obok jego domu rafinerii? Czy gmina ma prawo domagać się aby wszystkie domy w okolicy miały maksimum dwa piętra i spadzisty dach w imię przyjemnej estetyki okolicy?

     Jak sądzicie?

Liberalizm wielkie pytania - państwo minimum

marchewa79
    Kiedy zapytasz internetowego konserwatywnego liberała jaki jest jego ideał państwa bez wahania rzuci ci stwierdzeniem ze jest to “państwo minimum” pozbawione zbędnego urzędniczego tłuszczu i przycięte aż do kości. Ale co to tak naprawdę znaczy?

     Państwo minimum to stary koncept. Można datować je co najmniej od ojca liberalizmu Adama Smitha choć bez zbytniego trudu odkryjemy i wcześniejsze inspiracje. Koncepcja opiera się na dwóch filarach: bezpieczeństwie zewnętrznym (wojsko) oraz wewnętrznym (wymiar sprawiedliwości i policja). Od reszty spraw państwo ma trzymać się z daleka. I znakomicie. Ale zastanówmy się przez moment co to oznacza w praktyce.

     Na początek dobre wiadomości. Sektor publiczny zatrudnia w Polsce blisko 1,9 miliona ludzi. Przy realizacji założeń państwa minimum pozostanie jakieś 300 tysięcy (wojsko, policja i wymiar sprawiedliwości). Czyli lekko licząc jakieś 1,6 miliona ludzi mniej. Czy to nie wspaniałe?

     Teraz jednak czas odkryć co utraciliśmy. Nie mamy bezpłatnej edukacji, służby zdrowia, nie istnieje dotowana z publicznych pieniędzy kulltura. I słusznie bo po co to komu, powie każdy zdrowy trzydziestolatek który filmy ściąga z internetu, dzieci chce posłać do prywatnej szkoły a do lekarza chodzi prywatnie jak się przeziębi. I wolałby te mityczne 50% podatków zabieranych przez państwo dostać do ręki. Sam przecież wie najlepiej co z nimi zrobić i jak zainwestować.

     Dla potrzeb poniższego wywodu pominąć muszę wiele rzeczy. Miedzy innymi to że społeczeństwo nie składa się z samych zdrowych trzydziestolatków i niespecjalnie można zaczynać od jakiegoś mitycznego “punktu zero”. To, że wielu z nas jako oczywistość traktuje rzeczy, które są w istocie osiągnięciami cywilizacyjnymi młodszymi niż 100 lat (powszechna edukacja i służba zdrowia). I wreszcie to ze państwo jest obecne w wielu sferach których na co dzień nie zauważamy. Państwo dba o to na przykład by po drogach poruszały się sprawne samochody wyposażone w określona ilość świateł oraz o to by jeździły po prawej stronie drogi a nie np. środkiem. Wyobraźmy sobie co byłoby gdyby te sprawy były określane wyłącznie wolą właściciela drogi i właściciela samochodu.

     Dziś jednak skoncentrujmy się na jednym z dwóch filarów państwa minimum czyli na armii. Armia w myśl naszej szczytnej teorii ma tylko jeden cel. Obronić nasz kraj przed zewnętrznym wrogiem.  O ile więc nie zamierzamy toczyć wojen i ułożymy sobie stosunki z sąsiadami armia nie będzie miała wiele do roboty. Będzie stanowić tylko i aż instrument odstraszania. Teraz pomyślmy czym w istocie jest armia. Otóż jest grupą zdyscyplinowanych, uzbrojonych ludzi wyposażonych w wysokie morale i równie wysokie mniemanie o sobie. I ta właśnie grupa ludzi będzie sobie spokojnie siedzieć i pilnować państwa które z założenia jest słabe i zarządzane w sposób na poły anarchistyczny. A władza czeka na wyciągnięcie ręki. Czy to ma szansę się udać? No, nie wydaję mi się.

     Historia jasno pokazuje nam że tam gdzie mamy do czynienia z silną armią a słabym państwem wojskowi zawsze prą do władzy. Tak było w Grecji, Argentynie, Polsce, Chile, Egipcie, Iraku, Turcji… Przykłady można by mnożyć. A w tych krajach słabość państwa nie była założeniem ale pewną historyczną aberracją. W koncepcji państwa minimum słabe państwo, pozbawione instytucji i biurokracji to istota projektu.

     Jak więc widzicie w potencjalnie genialnym koncepcie kryje się poważny błąd konstrukcyjny który grozi zawaleniem. Odpowiedź na pytanie dlaczego tak jest wymaga pochylenia się nad rolą współczesnego państwa. Co mam nadzieję uczynić przy kolejnej okazji.

Magia 1989?

marchewa79
     W Polakach drzemie duch przedsiębiorczości, który jest hamowany przez głupie regulacje. Po co podwyższano składki na ZUS? Mówiliśmy, że to spowoduje wzrost bezrobocia i potwierdziło się. Koszty pracy są zbyt duże. Dziś zamiast oficjalnie zatrudniać, pracodawca woli zatrudniać na czarno. Może czas wrócić do ustaw z 1989 roku?  Wtedy nie mieliśmy komórek, nie mieliśmy komputerów, nie mieliśmy nawet tych kilku kilometrów autostrad, a wzrost PKB był na poziomie 5, a nawet 7 proc.

     Panie Robercie. Wypadało by tak dla oszczędzenia demagogii zauważyć też że w 90 i 91 roku mieliśmy do czynienia z potężną zapaścią. Czy to oznacza że reformy Balcerowicza nie trzeba było przeprowadzać? Z biegiem lat stają się ci nasi liberałowie w poziomie demagogii coraz bardziej podobni do polityków Samoobrony. Szkoda.

Rozważania swobodne w okolicach liberalnych powiedzmy, że gospodarczo

marchewa79
deficyt    Ostatnio podczas lektury kilku książek trafiłem na rozliczne głosy niezadowolenia z prezydentury Clintona. Książki powstawały w latach 90, autorami byli amerykanie. Solidarnie wszystkim im nie podobał się prezydent, który był niezbyt odważny w rozwiązywaniu problemów międzynarodowych, osłabiał wojsko, nie obniżał podatków etc..

     Ja przypominam sobie ze w okolicach roku 2000 USA jako jeden z niewielu krajów świata osiągnęły nadwyżkę budżetową. Nadwyżkę! Lata 90 to rozwiązanie i to trwałe konfliktów w Irlandii, byłej Jugosławii, bardzo poprawiło się tez na linii Palestyna – Izrael, choć tu nigdy nie można oczekiwać cudów.

    Mimo to w opinii większości Clinton był jedynie obłudnym cudzołożnikiem.

     Potem przyszedł Bush Jr. O budżetowej superacie można zapomnieć, bo „dublia” obniżył podatki. Co w przyszłości powinno (teoretycznie) spowodować wzrost dochodów (wiecie krzywa Laffera i te sprawy) ale póki co radykalnie zwiększyło deficyt. Potem było WTC i Afganistan i Irak i deficyt rósł i rósł. O oczekiwanych zyskach z obniżki nikt już zdawał się nie pamiętać. Bush Jr. Zostawił po sobie USA z gigantycznym deficytem i dwiema rozgrzebanymi wojnami.

     Obama mógł w tej sytuacji zrobić niewiele. Powoli rakiem czmychać z Iraku i Afganistanu i ratować, co się da w kraju, który uwierzył, że zbilansowany budżet to problem, który zdarza się innym.

     Ciekawi mnie czy można dzisiaj w ogóle nazywać się gospodarczym liberałem, nie ma znaczenia przedrostek: ultra, soft czy jak tam, bez nawoływania do zrównoważenia budżetu? I to zrównoważenia, uwaga! bo będzie bolało, przez podwyżkę podatków? Czy nasi liberałowie w ogóle kiedykolwiek o tym myśleli? Dziś państwo pole manewru po stronie wydatkowej ma niewielkie powinno pracować nad dochodami. Na dłuższą metę wszystkim nam się to opłaci. Może warto ustalić priorytety najpierw równoważymy budżet, potem będziemy stymulować gospodarkę jak zarobimy na to? Ciekawe czy w realiach zachodniego świata to w ogóle możliwe?

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci