Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Wpisy otagowane : trump

Początek końca czy koniec początku

marchewa79

240_F_67594297_794TpARwdFhyFFbgxcxIAZYGRo50wTCuTo zaskoczenie wygrana Trumpa czy Brexitem odnotowywane przez wielu politologów nie jest spowodowane tym, że owi naukowcy to ślepi durnie, (chociaż wielu pewnie podpada pod tę kategorię). Problem polega na tym, że uważna obserwacja przemian społecznych i demograficznych ostatnich 20 lat wskazuje na to, iż przewagę w krajach demokratycznych powinny uzyskiwać raczej siły postępowe (dla przyjętej definicji postępu oczywiście) a nie zachowawcze. Gdzie, więc leży błąd?

Chciałbym postawić tezę, że błędu nie ma. Otóż obydwa te wydarzenia stanowią nie tyle świt nowej ery, co zmierzch ery obecnej. Ostatni przejaw buntu pokolenia powojennego demograficznego boomu umiejętnie podsycany tak przez wewnętrzne partyjne rozgrywki, jak i zewnętrzne ingerencje.

Zacznijmy od USA. Otóż konsekwentnie od pół wieku wzrasta udział kolorowej emigracji a spada procent białych mieszkańców. Do tego stopnia, że w wielu stanach ta właśnie kolorowa emigracja stanowi w tej chwili duży odsetek ludności dochodząc niemal do 40% (Georgia, Missisipi, Maryland). Ponieważ emigranci to tradycyjny elektorat demokratyczny logiczne wydaje się postawienie tezy o zwiększaniu roli Partii Demokratycznej (duża przewaga w najludniejszych stanach obu wybrzeży plus korzystna sytuacja demograficzna w wielu innych stanach). I takie tezy były stawiane. Nieszczęściem demokratów jest to, że w nie uwierzyli.

Otóż Partia Republikańska nie zasypiała gruszek w popiele. Od lat stosuje równolegle dwie metody przeciwdziałania nieuniknionemu. Po pierwsze utrudnia jak może wyborcom kolorowym udział w wyborach, po drugie aktywnie manipuluje granicami okręgów wyborczych (tzw. gerrymandering). Pozwala to znacznie opóźnić wpływ zmian demograficznych na politykę. Ale tez nie zmienia tego, że w dłuższej perspektywie zmiany są nieuniknione. Ponadto trzeba przyznać, że w dziedzinie mobilizacji zwolenników sentymentalno ksenofobiczna agenda Trumpa była wyraźnie skuteczniejsza od technokratyczno nijakiego przekazu Clinton. Rezultat, jaki jest każdy widzi, ale patrząc na twarde dane wnioski na przyszłość nie są dla Republikanów optymistyczne. Trump wygrał nie dzięki większej ilości głosów a systemowi wyborczemu. A jego działania są na tyle autonomiczne i niepopularne ze przy konieczności firmowania większości z nich przez republikanów utworzone systemowe przeszkody przeciw odzyskaniu władzy przez partię demokratyczną mogą nie wystarczyć. Pokolenie baby boomers (czy także Trump) ma już dobrze po 60. I demografia również będzie miała swoja rolę. Więc owszem USA są pod ścianą, ale to w sporej mierze łabędzi śpiew.

Wielka Brytania reprezentuje podobny problem. Brexit nie stanowił zwieńczenia politycznego procesu, to była rozgrywka w ramach Partii Konserwatywnej, która wymknęła się spod kontroli.  I tę przypadkowość widać na każdym kroku. Nie ma planu wyjścia, jest chaos i desperacja. A pamiętajmy, że sukces opcji „Leave” był stosunkowo minimalny. A podział znowu ma charakter demograficzny (wiek) i rasowy. Podobnie jak w USA mamy do czynienia z „ostatnim hurra” pokolenia Brytyjczyków (a właściwie głównie Anglików) pamiętających „chwalebne dni” imperium, nad którym nie zachodziło słońce i które kopało węgiel, budowało statki i samochody. Czy to ma szansę powrócić? Cóż wtedy w Chinach masowo w ramach Wielkiego Skoku tworzono przydomowy wytop stali, dziś państwo środka wytwarza raczej procesory. Więc szans na powrót do roli, jaką odgrywała wiek temu Wielka Brytania nie ma właściwie żadnych. Ale można będzie przez kilka lat połudzić się poza Unią.  Z tym, że podróż sentymentalna narodu może być kosztowna.

A nowe kilka milionów emigrantów ze środkowej Europy w UK zostanie, oni maja i będą mieli dzieci, będą zdobywać obywatelstwo, wrastać w krajobraz. I będą chcieli do Europy powrócić. Ta kontynentalna V kolumna przyciągnie Brytyjczyków z powrotem, bo statystyk oszukać się nie da. Ale widocznie taka lekcja była zarówno UK jak i Europie potrzebna. Jednak nie mówmy o tym, że to koniec UE.

Zakończę nietypowo a mianowicie Rosją. Ja wiem, że nam obecnie Rosja wydaje się wszechpotężnym graczem, który rozgrywa wszystkich. Ale ropa nie chce przekroczyć 60$ za baryłkę a bywało, że sięgała 30$. A jeszcze niedawno mawiano, że krach w Rosji może spowodować spadek poniżej 100$.  Rosja jest dalej „stacją benzynową przebraną za państwo”, która na zbrojenia wydaje ponad 5% PKB (średnia w bogatej UE to jakieś 1,5%).  Do Mistrzostw Świata dadzą radę. Potem? Wszystko jest możliwe. Obecnego poziomu wydatków po prostu w tym modelu gospodarczym zrealizować się nie da.

Więc za każdym razem, kiedy kolejna Kasandra przybiegnie wieszczyć, że Trump, że Brexit lub że Rosjanie idą pamiętajmy, że w każdym z tych krajów toczą się dynamiczne procesy, które mogą skierować je w zupełnie innych kierunkach niż nam się dzisiaj wydaje. Czego wam i sobie życzę.

Skąd i dlaczego Trump

marchewa79

trump-dark-blue-make-america-great-again-facebook-timeline-coverWynik wyborów w USA okazał się zaskakujący. Pewnie znacznie mniej zaskakujący dla Polaków którzy do wątpliwej jakości sondaży są przyzwyczajeni. Ale Amerykanie maja takiego samego kaca jak Brytyjczycy po referendum. Kładli się spać pewni zwycięstwa Hilary Clinton, obudzili z Prezydentem Elektem Trumpem.

Zaskoczenie było pełne bo przewaga kandydatki demokratów wydawała się na tyle duża i bezpieczna, że wygrana Donalda Trumpa uznawana była przez większość komentatorów za mało prawdopodobną. Tymczasem zarówno skala porażki demokratów (stracili prezydenturę, i nie odzyskali władzy w żadnej z dwóch izb Kongresu) jak i rezultaty wyborów okazały się zaskakujące. Drugi raz w XXI stuleciu wygrany w „popular vote” czyli zdobywca największej ilości głosów przegrał wybory i to tym razem zdecydowanie. Wiele osób trwale nurtuje pytanie dlaczego tak się stało?

 Problem pierwszy to sondaże. Tak jak w Polsce i UK „ciemna liczba” prawicowych wyborców w USA okazała się spora. Jakkolwiek twierdzenia o rugowaniu prawicowego dyskursu z mediów są dla wielu osób śmieszne sprawa obowiązującej roli poprawności politycznej sprawiła, że bardzo wielu wyborców wygenerowało i utrzymuje „ukrytą tożsamość” której nie ujawnia ani ankieterom ani rodzinie. To wszystko sprawia niemały problem liberalnym politykom ponieważ pozbawia ich realnego feedbacku od społeczeństwa, która to rolę do tej pory pełniły sondaże. Poziom rasizmu i ksenofobii a także zwykłej frustracji okazał się dużo większy i głębszy niż się wydawało.

Problem drugi to założenie partii demokratycznej że istnieje jakaś „nowa Ameryka” kraj wielokulturowy, wielorasowy. Nie istnieje. To jednak dalej społeczeństwo złożone w większości z białych, anglo-saksońskich protestantów. I to oni stanowią większość z chodzących na wybory. Hilary Clinton zignorowała i wyśmiewała problemy biednego białego południa oraz „pasa rdzy” stawiając na elektorat wielkomiejski i kolorowy. Ci wyborcy w stanach które zadecydowały o wyniku wyborów, zawiedli. Sfrustrowana i biedniejąca klasa średnia stawiła się za to w komplecie. Ale oni nie głosowali na Hillary bo ta miała im niewiele do zaproponowania. A to właśnie elektorat socjalny przez lata stanowił bazę Partii Demokratycznej.

Problem trzeci to komunikacja. Oczywiście skomplikowane problemy nie mają prostych rozwiązań. Ale taka odpowiedź to nie jest odpowiedź polityka. Donald Trump potrafił za pomocą demagogii zaoferować te proste rozwiązania. Emigranci? Zbudujemy mur i deportujemy milionami. Brak pracy? Wypowiemy układy o wolnym handlu. Jak słusznie wskazywał Michael Moore te proste recepty znakomicie korespondowały z oczekiwaniami podupadłej finansowo klasy średniej. I nie miały po stronie demokratycznej żadnej alternatywy. Problemy od zawsze są skomplikowane ale wyborcy od zawsze oczekują prostych recept. I te właśnie recepty powinna oferować także Pani Clinton.

Problem czwarty to proces doboru kandydatów. Republikańskie prawybory były demokratyczne i niesterowalne do bólu. Wygrał kandydat rzeczywiście najlepszy i najbardziej predystynowany do objęcia władzy. Ogień prawyborów wykuł i stworzył Donalada Trumpa. Demokratyczne prawybory były farsą. Popularny kandydat Bernie Sanders został wykończony przez kontrkandydatkę przy użyciu metod jakich nie powstydził by się Richard Nixon i jego ekipa. A wisienkę na torcie gwarantowali tzw. Superdelegaci, którzy zapewniali że nawet jeśli jakimś cudem Sanders wygra w powszechnym głosowaniu i tak nie dostanie partyjnej nominacji.

Problem piąty to prezydentura Obamy. Otóż Obama zwłaszcza w końcówce prezydentury przestał być prezydentem popularnym. Parlamentarny klincz sprawił że mimo dwóch kadencji z obiecanej zmiany niewiele pozostało, a wiele kontrowersyjnych decyzji zwłaszcza w sprawie polityki zagranicznej (Iran, Kuba, globalne ocieplenie) kosztowało partię wielu wyborców i było dość niezrozumiałe dla ogółu społeczeństwa. A pamiętajmy że wybory to też w jakimś stopniu referendum nad prezydenturą Obamy. Referendum niestety zakończone wynikiem negatywnym gdyż Trump planuje wycofanie się właściwie z wszystkich wątpliwych i niewątpliwych osiągnięć ustępującego Prezydenta.

Problem szósty i ostatni to kandydatka demokratów. Hillary Clinton okazała się lwiątkiem wyłącznie salonowym. W odróżnieniu od Trumpa to nie jest polityk wiecowy. Nie potrafiła i nie potrafi pozyskiwać sympatii ludzi, kłamie, kluczy i oszukuje jednak bez wdzięku i pewności siebie miliardera. Pewnie jakąś rolę odegrały w tym wszystkim uprzedzenia związane z płcią kandydatki. Ale nie sądzę by była to rola znacząca. Hillary Clinton okazała się po prostu wyborem słabym o czym wiedziano już od co najmniej 2008 roku. A mimo wszystko jej pozycja w partii gwarantowała nominację. Dziś jest politykiem skończonym a Clintonowie podobnie jak Bushowie kontynuują drogę na śmietnik historii. Dynastie w USA wychodzą rzadko. Głównie jako farsa.

Powodów sukcesu Trumpa było wiele jednak ostrzegam przed zaszufladkowaniem go jako seksistowskiego prymitywa o wąskich horyzontach. Donald Trump wygrał samotnie i z pozycji outsidera najtrudniejszy wyścig po władze na świecie. Najbliższe lata pokażą ile w jego działaniach było politycznego wyrachowania i przybierania koniecznych masek a ile realnej politycznej zmiany. Na pewno jednak zwiastuje on nową erę w światowej polityce.

Inne moje notki o kampanii w USA:

Pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku

Hilary Clinton kandydatka poprawna, aż za bardzo

Jeszcze o USA, czyli sprawa Donalda Trumpa

Bernie, kandydat niemożliwy, prezydent nieprawdopodobny, ale… Ameryka

Pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku

marchewa79

0f2988ec308987e59142f2e6c1cfbcc7Za kilka dni amerykanie wybiorą następcę (bądź następczynię) Baracka Obamy na stanowisku Prezydenta kraju. Wyboru dokonają pomiędzy przedziwnymi kandydatami. Ale każdemu już kiedyś poświęciłem notkę więc dziś skupmy się na tym kto lepiej poprowadził kampanie i kto ma szansę na zwycięstwo.

Jeszcze tydzień temu wydawało się że zwycięstwo Clinton jest niemal pewne. Oskarżenia o zbytnią swobodę w komplementowaniu kobiecych wdzięków (a w istocie o napastowanie seksualne), powinny pogrzebać Trumpa z kretesem, tym bardziej że były spektaklem znakomicie wyreżyserowanym. Ale nie pierwszy raz okazuje się że walka faktami z populistą, jest nawet nie tyle trudna, co niemożliwa. Po prostu zachowania Donalda Trumpa wobec kobiet oburzały właściwie tylko liberałów którzy i tak by na niego nie zagłosowali. Dla reszty podobnie jak niegdyś we Włoszech z Berlusconim, zachowania były nie tyle obciążające co dowodzące specyficznie postrzeganego „machismo”. A i Trump nie okazując skruchy poprawia tylko swój wizerunek szeryfa spoza systemu.

Natomiast Hillary jest systemem. To kandydatka która reprezentuje amerykański establishment w esencji. Nie ma w niej krztyny autentyzmu, każdy pogląd i opinia wyglądają na rezultat jakiegoś sondażu. Wszystkie poglądy są bezpieczne i letnie. Do tego dochodzi arogancja. I to nie ta w istocie sympatyczna, pyszałkowata Trumpowa ale zimna i wyniosła. Kandydatka (co niestety boleśnie dowodzi sprawa nieszczęsnych emaili) uważa że ani zasady ani prawo jej nie obowiązują. Tyle odczuć. Profesjonalizm, inteligencja i niewątpliwy polityczny talent zostają daleko w tyle.

Republikanie postawili na „wild card” demokraci postanowili „play it safe”. I dziś nikt nie jest w stanie w 100% powiedzieć która ze strategii była lepsza. Zwłaszcza że nikt nie sili się nawet na pozytywny przekaz. Nie wiadomo czego chce Hillary poza odcięciem Trumpa od prezydentury. Nie wiadomo czego naprawdę chce Trump wiadomo tylko tyle, że jego wiecowa wizja USA jako gospodarczej autarkii jest niemożliwa do zrealizowania. Cała kampania sprowadza się do straszenia i skandali. Na tym tle Obama wygląda na polityka o skalę przekraczającego obydwu swoich potencjalnych następców. Trump to ostatni skowyt „białej, męskiej” ameryki, Clinton desperackie rzężenie systemu który sprowadził na amerykanów bezrobocie, kryzys i biedę (cóż z tego że oba twierdzenia są na bakier z faktami skoro są tacy co święcie w nie wierzą).

To złe wybory. Złe dlatego że skazują amerykanów nie na decyzje dotyczącą wizji i osobowości a na eksplozję uprzedzeń i lęków. Oraz dlatego że mocno USA dzielą. A podzielone USA to mniej stabilności na świecie i większa pokusa zamknięcia się we własnej skorupie. Możemy niedługo odkryć przykrą prawdę polityki zagranicznej. Jedną z rzeczy gorszą od silnego i autorytarnego szeryfa jest jego brak.

Inne moje notki o kampanii w USA:

Hilary Clinton kandydatka poprawna, aż za bardzo

Jeszcze o USA, czyli sprawa Donalda Trumpa

Bernie, kandydat niemożliwy, prezydent nieprawdopodobny, ale… Ameryka

Hilary Clinton kandydatka poprawna, aż za bardzo

marchewa79

c43152290Ciekawa sprawa w USA. W sondażach Donald Trump zaczyna wyprzedzać Hilary Clinton. Niespodzianka? Niekoniecznie.

Trump jest kandydatem kiepskim, ale uwielbianym przez media. Zawsze można liczyć na to, że walnie jakąś ciekawą gafę czy też brutalnie zaatakuje bogu ducha winnego dziennikarza. Clinton jest poprawna, establishmentowa i nudna. W dodatku Trump swoje wybory wygrał miażdżącą przewagą. Clinton, jeśli odjąć głosy partyjnej elity, swoje wygrywa o włos w dodatku bardzo często faulując. A Bernie Sanders zamierza walczyć do końca.

Niedawno Noam Chomsky powiedział ze amerykańska scena polityczna tak bardzo przesunęła się na prawo, że dzisiejsi centrowi demokraci w rodzaju Clinton jeszcze trzy-cztery dekady wcześniej bez trudu odnaleźliby się w centrum… partii republikańskiej. A Bernie Sanders odsadzany od czci i wiary za lewackie poglądy z dążeniem do powszechnej opieki zdrowotnej i wysokimi podatkami byłby bardzo umiarkowanym demokratą. Temu twierdzeniu nie można odmówić racji.

W tej sytuacji Clinton, której poparcie nie bazuje na jej cechach indywidualnych (była raczej mizerną sekretarz stanu a jako polityk i senator nie ma znaczących dokonań) a na instytucjonalnym wsparciu bazy partyjnej jest w wyścigu z charyzmatycznym Trumpem na straconej pozycji. Oczywiście sprzyja jej demografia. Mniejszości etniczne i spora część bogatszych białych wyborców ją popiera. Ale zubożała biała klasa średnia i biała biedota za Hilary nie przepada (delikatnie rzecz ujmując). A ci ludzie w odróżnieniu od elektoratu kolorowego (wiem, w USA uznano by zwrot „kolorowy” za rasistowski, ale nie ma dobrych synonimów) głosują bardzo regularnie i są zdyscyplinowani.

Jeżeli Clinton wygra prawybory (i mówimy tu o głosowaniu powszechnym a nie tym z superdelegatami) to nominacja wiceprezydenta będzie kluczowa. I tu pojawia się problem. Bo mając tak silnego i popularnego kontrkandydata jak Sanders, jeżeli nominuje kogokolwiek innego to właściwie ryzykuje rozłam w partii jeszcze przed kampanią. Nawet jeżeli zwolennicy Sandersa zastosują cichą obstrukcję, a ten nie wystąpi z entuzjastycznym endorsmentem na konwencji, będzie to oznaczać ni mniej ni więcej tylko utratę najbardziej entuzjastycznych młodych demokratycznych wyborców, na własne życzenie.

Duo Clinton-Sanders jest jednak marketingowym koszmarem z bardzo prostej przyczyny. Średnia wieku w tym teamie to ponad siedem krzyżyków. Aż prosi się, aby ten zestaw wykpić z pozycji geriatrycznych.  Ale u Trumpa (69 lat) nie jest lepiej natomiast on może dobrać jakiegoś żwawego młodego wiceprezydenta, który obniży średnią wieku. Z drugiej strony Bernie Sanders zjada żywotnością całą partię republikańską na śniadanie, więc na dwoje babka wróżyła. Natomiast wiek może być ciekawym argumentem z innej przyczyny. Do tej pory najstarszym prezydentem USA w momencie obejmowania urzędu był Ronald Reagan (69 lat). Zarówno Clinton (68) jak i Trump (69) w momencie inauguracji będą w podobnym wieku. Ryzyko chorób neurodegeneracyjnych zwłaszcza w drugiej kadencji jest jednak znaczne (Regan na Alzheimera zachorował już po zakończeniu prezydentury, jednak wiele osób uważa, że musiał mieć objawy już w latach 80). A jak wytłumaczyć, że w wypadku, kiedy z różnych przyczyn Hilary nie da rady zastąpi ją Bernie, który jest… 5 lat starszy. Sprawa nie jest łatwa i Trump na pewno ją wykorzysta, choć pewnie z racji własnego zaawansowanego wieku będzie robić to ostrożnie.

I wreszcie specyfika amerykańskich wyborów prezydenckich. Wyjaśnianie jak tam się głosuje wykracza dalece poza ramy dzisiejszej notki, więc poprzestańmy tylko na tym że jest to system pośredni, w którym (uwaga radykalne uproszczenie) głosy w poszczególnych stanach przypadają w całości zwycięskiemu kandydatowi. To wszystko sprawia, że kampania rozgrywa się tylko w kilku kluczowych stanach (tzw. „swing states”), w których żadna z partii nie ma przewagi. A tam może się zdarzyć wszystko i jednak warto mieć za sobą nie tylko Latynosów, ale i choć śladowe ilości charyzmy. Czego Ms. Clinton od zawsze brakowało. A to może ją drogo kosztować.

Inne moje notki o kampanii w USA:

Jeszcze o USA, czyli sprawa Donalda Trumpa

Bernie, kandydat niemożliwy, prezydent nieprawdopodobny, ale… Ameryka

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci