Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Wpisy otagowane : wojsko

(Ludowe) Wojsko Macierewiczowskie (Polskie) A.D. 2017

marchewa79

rohatywka-konbietaAntoni Macierewicz zasłynie zapewne, jako ten minister, który zastał Wojsko Polskie zawodowym a opuści urząd z półamatorskim. Trzeba ministrowi przyznać, że udało mu się zatrzymać i rozmontować niemal 100% programów modernizacyjnych realizowanych przez poprzedni rząd. Zaoszczędzone pieniądze są teraz szuflami wrzucane w oddziały obrony terytorialnej, których wartość bojowa pozostaje nikła a jedyna przydatność to pomoc w „utrzymywaniu porządku”. Kadra zawodowa ma oczywiście radość, bo wracają „stare dobre czasy” armii masowej o znikomej wartości bojowej, ale za to mającą „kształtować nowego socjalistycznego obywatela”. Co prawda oficerów politycznych nie ma za to kapelanów jest aż nadto. To mięso armatnie potrzebować będzie oficerów, co oznaczać będzie niechybne awanse dla tych, którzy ani do Iraku ani do Afganu specjalnie się nie śpieszyli, ze względu na niechęć do osobistego ryzyka, natomiast jakąś regionalną synekurę przy szkoleniu kiboli „patryjotów” z OT podłapaliby jak najbardziej.

Nowych śmigłowców nie będzie, bo i po co. Ratownictwo morskie dobija skrajnie zajeżdżone Mi 14 i usiłuje odebrać morskie odmiany Sokoła po remontach ze Świdnika. Niestety, jakość pracy zakładów jest tak „wysoka”, że próby te najczęściej kończą się kolejną prolongatą terminu. Gdyby w naszej strefie odpowiedzialności tonął kolejny Heweliusz… lepiej nie myśleć, bo śmigłowców wystarcza nam na obsadzanie ledwie jednej z dwóch baz ratownictwa morskiego. Brygadę kawalerii powietrznej trzeba będzie niedługo przenieść na hulajnogi tudzież rowery ewentualnie w całości przeformować na brygadę Obrony Terytorialnej, bo śmigłowce, na których ma latać już nie tylko osiągnęły pełnoletniość, ale też skończyły studia i powoli wkraczają w wiek średni.  Podobnie zresztą z większością latającego sprzętu w wojsku. Ot w Bydgoszczy mogą Su-22 czy Miga-29 przemalować czy dołożyć GPSa ale nie zmienią faktu że obydwa te typy gdyby były samochodami bez trudu można by rejestrować na żółtych tablicach jako auta zabytkowe.

Jakimś cudem uda się wyremontować i zmodernizować czołgi Leopard 2 (umowa przygotowana jeszcze przez poprzedni rząd) oraz kupić artylerię Kryl i Krab, będącą krajowym składakiem z obcych komponentów (jedyny w 100% krajowej produkcji komponent, czyli podwozie Kraba musiał być w tempie wymieniany na licencyjny produkt koreański tak żenująco niską, jakość przedstawiało). Leżą programy pozyskania artylerii średniego i dalekiego zasięgu. Przemysł obronny poza przeniesieniem stoczni do Radomia popisuje się, co rusz kolejnymi makietami i konceptami nie będąc w stanie od ponad dekady wykonać specjalistycznych wersji licencyjnych rosomaków, których podwozia stoją i rdzewieją. Prace nad transporterem gąsienicowym utkwiły w martwym punkcie a przemysł zamiast kupić kolejną licencję będzie przez dziesięciolecia usiłował na nowo odkryć koło. Dzięki czemu zapewne finalna cena transportera będzie jedynie nieznacznie niższa od czołgu leopard za to w odróżnieniu od leoparda nic w nim nie będzie działało. Postęp.

Może w 2018 zwodujemy patrolowiec „Ślązak”, który kosztował nas miliard złotych, czyli cenę nowiutkiej rakietowej fregaty. Powinien 10% tego. Ale jak się zaczyna od korwety i kończy na patrolowcu… Teraz pono mamy budować trzy łodzie podwodne. Przy tym tempie budowy w 2050 dostaniemy jeden kajak z możliwością zanurzania acz bez możliwości wynurzania. Po drodze dobito polskie stocznie prywatne kasując in zamówienia wojskowe. Ale co tam, kto bogatemu zabroni. W końcu pan Morawiecki ogłaszał na power poincie program „Batory”.

Tymczasem regularne wojsko polskie maszeruje na poligon z wyposażeniem osobistym pamiętającym lata 50 i 60. Nie ma kewlarowych hełmów, nowoczesnego oporządzenia, widziałem pluton wyposażony w 5 rodzajów butów. Standardem broni osobistej jest AKM Kałasznikowa a dowóz na poligon ma miejsce ciężarówkami Stara, tak zgadliście w wieku przedemerytalnym. Normą są rozlatujące się Honkery a i GAZ się trafia. Niedawno mijała mnie kolumna ciężarówek z jakimś sprzętem radarowym i naprawdę musiałem sporo buszować po Wikipedii, aby namierzyć te ZSRRowskie cuda, które żołnierze prowadzili. Skąd oni biorą części do naprawy bóg jeden raczy wiedzieć.

Ale za to już w sierpniu kolejna defilada. Pojawią się junacy z Obrony Terytorialnej w przywróconych polowych rogatywkach. Miejmy tylko nadzieję, że żaden ze śmigłowców nie spadnie i że wszystkie tanki odpalą. A na trybunie honorowej prezydent płaczący ostatnio ze ma zbyt słabe prerogatywy do kontroli nad armią. Cóż być może ma po prostu za silnego ministra obrony.

W Moskwie się cieszą. Polscy „patrioci” okazują się patriotami rosyjskimi. Bez cudzysłowów.

SamOobrona terytorialna

marchewa79

11ff6666666666666666666666666666666666666Zamiast tworzyć profesjonalne wojsko będące w stanie realizować zróżnicowane role i zadania we współczesnym świecie miłościwie nam panujący minister obrony narodowej zamierza przeznaczyć środki (pozostałe po realizacji programu 500 zł na dziecko?) na tworzenie obrony terytorialnej. Czyli niedzielnego wojska, które w teorii mogłoby wspomóc armię regularną i być podstawa dla późniejszej partyzantki.

Brzmi niegłupio? Niedobrze, bo to głupi pomysł. Przede wszystkim archaiczny. Wynalezienie broni nuklearnej i upadek ZSRR zminimalizowały groźbę zmasowanego konfliktu zbrojnego z liniami frontu i partyzantką na tyłach. Dziś czołg z piechota zmechanizowaną lub zmotoryzowaną jest w stanie przesuwać linię frontu o kilkadziesiąt km dziennie. W tej sytuacji długotrwała okupacja (a tylko taka czyni działania partyzanckie sensownymi) straciła rację bytu. Zresztą okupacja (w wydaniu zachodnim nazywana stabilizacją) okazała się wyzwaniem piekielnie kosztownym. Stąd pełzająca wojna na Ukrainie, idealny konflikt asymetryczny gdzie być może rosyjskie czołgi dojechałyby w tydzień do Kijowa, ale cena polityczna jest na tyle wysoka ze nikt w Kijowie zapasów nie robi, ani nie ucieka.

Obrona terytorialna jest przede wszystkim kosztowna materialnie. Grupę ludzi trzeba przeszkolić, wyposażyć, przynajmniej przejściowo utrzymywać i regularnie doszkalać. Sprzęt dla nich musi być na tyle prosty żeby nie wymagał stałego treningu w obsłudze a jednocześnie na tyle zaawansowany żeby uczestnictwo w OT nie było uwspółcześnioną formą ataku banzai z II WŚ. Nie da się formacji OT utrzymać w jakimkolwiek innym formacie niż tzw. lekkiej piechoty słabo wyposażonej w broń wsparcia, bo wyrzutnia skutecznych PPK czy nowoczesny moździerz wymaga jednak niemało czasu i wysiłku do obsługi i regularnych treningów. Jeżeli PL nie ma od lat pieniędzy na porządne szkolenia ogniowe w Policji to złudzenie ze będą środki na strzelania pociskami Spike po kilkadziesiąt tysięcy $ sztuka dla amatorów z OT to szczyt naiwności. Zostajemy, więc przy starych AKM, granatach i stalowych hełmach .

Obrona terytorialna jest także nieskuteczna. Zwolennicy przekonują nas, że lokalna ludność rozprawi się z „Zielonymi ludzikami” ze specnazu, bo zna teren a poza tym będzie mieć niezrównaną motywacje walcząc w obronie domów i pól. Problem w tym, że brak przykładów, kiedy taka armia amatorów potrafiłaby rozprawić się z regularnymi dobrze wyszkolonymi siłami zawodowego wojska. Zarówno sprzętowo jak i organizacyjnie lekka piechota nie może przeciwstawić się np. ciężkim siłom pancernym. A wojna hybrydowa prowadzona przy intensywnym wsparciu na terenach przygranicznych dodatkowo rozmyje granice miedzy cywilem a członkami OT, co może stwarzać zagrożenie dla bezpieczeństwa osób niezaangażowanych w konflikt, (choć immanentną cechą wojny hybrydowej jest rozmycie tej granicy).

Wreszcie trzeba zadać pytanie, kogo uzbroimy i nauczymy strzelać oraz co ci ludzie zrobią ze sprzętem, kiedy już nie będą na szkoleniu. Kałasznikow w domu każdego amatora z OT to recepta na nieszczęście tak dla niego jak i dla jego rodziny (broń zagraża przede wszystkim jej posiadaczowi i jego najbliższym). Niespecjalnie widzę także możliwość zapobieżenia przenikaniu do struktur OT zaangażowanych grup np. kiboli piłkarskich czy agresywnych środowisk narodowych. A stąd tylko o krok do sięgnięcia po więcej, bo skoro dali karabin? OT może stać się także atrakcyjnym źródłem sprzętu dla np. organizacji przestępczych bądź tez stać się w ogóle bazą do stworzenia takowych.

W tych nieudolnych próbach motywowanych (bardzo względną) słabością polskiej armii widać tęsknotę za jednym: powszechnym poborem do wojska. Znamienne ze tęsknotę te wykazują zazwyczaj ludzie, którzy ze względu na wykształcenie, stan zdrowia czy po prostu komfort późnego urodzenia nigdy nie byli poddani koszmarnej maszynerii w ramach, której banda troglodytów w mundurach przekształcała „chłopców w żołnierzy”. Widać niektórzy decydenci mogą uciec z psychuszki, ale coś z psychuszki zawsze w mentalności pozostaje.

Armia

marchewa79
     Zmartwił mnie przyznam wpis starszego wyrażający, na fali ukraińskiej awantury, miłość do naszych dzielnych wojaków. Ale potem poprawił starszy nieco krytyczniej. I dobrze.

     Kto wie czy nie największym zapomnianym osiągnięciem PO jest likwidacja powszechnej służby wojskowej.  Ów największy z reliktów PRL był nieusuwalny, bowiem godził z jednej strony w patriotyczny mit "wychowania obywatelskiego przez wojsko" reprezentowany przez prawicę a z drugiej w żelazny elektorat lewicy, jaki stanowili zawodowi wojskowi. Ludzie zwyczajowo głosowali nogami, bo wojsko w swej PRLowskiej, istniejącej tak naprawdę w sporej mierze do dziś, postaci było koszmarem, do którego nikt nie chciał trafić.

     Pamiętacie pewnie pełne rozrzewnienia wspomnienia ojców i wujków z ich służby wojskowej. Czasami jak ktoś ma ambicje może tez po kilku kielichach wyciągnąć z rodziny jej prawdziwy obraz. Trochę z tego na fali odwilży pokazało kino w "Samowolce" czy "Krollu". W czasach PRL wojsko stanowiło po prostu kapitalny instrument kontroli nad społeczeństwem. I to nie za pomocą czołgów. Trafiający do odbycia służby woskowej 18-latek często z małych wsi i miasteczek otrzymywał pierwszą poważną lekcję reguł rządzących PRLem: społecznego konformizmu, karania niezależnego myślenia i nagradzania maksymalnie tępego i bezwarunkowego posłuszeństwa. Przy okazji była też i lekcja zasad nieoficjalnych: kombinatorstwa, cwaniactwa i alkoholu, jako podstawowego środka uśmierzającego ból istnienia. Oraz dryl realizowany metodami, które więcej miały wspólnego z zakładem karnym a mniej ze szlachetnymi ideałami. Owszem nie sposób się nie zgodzić, że część z tych metod była konieczna dla stworzenia żołnierza, który rzuci się na gniazdo CKM czy granat, ale ten żołnierz na żadne granaty się nie rzucał a wracał do swojej rodziny, jako człowiek w sporej mierze złamany i ukształtowany przez system.

     Wszystko to wpajał odpowiednio przeszkolony aparat. Oficer PRLowskiego wojska w swojej masie charakteryzował się specyficznym rodzajem tępoty charakterystycznym dla armii rządzonych przez określoną ideologię. Co zresztą było nagradzane i zdecydowanie bardziej od umiejętności żołnierskich liczyła się ta specyficzna mieszanina serwilizmu i zupackiej tępoty. Świetnie to widać na fotografiach z manewrów gdzie nad mapami pochylają się oficerowie bez wyjątku z jakąś 20 kilogramową nadwagą.

     Transformacje ustrojową armia w swej zasadniczej funkcji przeszła bez zmian, ale naród zaczął dostrzegać bezsens służby i rozpoczął masową i ułatwianą przez polityków ucieczkę na studia i w choroby. Armia zaczęła się kurczyć, ale infrastruktura i korpus oficerski niespecjalnie. Z systemem szkolenia setek oficerów w dziesiątkach szkół wojskowych poradzono sobie dopiero w początkach XXI wieku. Po drodze było też NATO, które przy powszechnej zgrozie zaczęło od korpusu oficerskiego wymagać znajomości języków i utrzymywania kondycji fizycznej. Coup de grace Ludowemu Wojsku Polskiemu zadała dopiero PO. Ale przedtem owo wojsko pojechało do Iraku i Afganistanu. Politycznie owe misje były katastrofą, ale psychologicznie i mentalnie było to zbawienie dla polskiej armii. Ochotniczy zaciąg skutecznie wydzielił dekowników, ciężkie warunki pozwoliły zmodyfikować i przetestować wyposażenie i sprzęt. Rezultat nie jest może powalający, ale przesunął nasze wojsko nieco bliżej XXI wieku. A modernizacja armii dokonywana w cieniu misji ekspedycyjnych nabrała wreszcie, jakiego takiego sensu pozwalając wreszcie na podźwignięcie przemysłu obronnego i oderwanie go od marzeń o potędze i tworzenia kolejnych fantasmagorycznych makiet. Wreszcie odszedł też pobór.

     Nie martwmy się jednak, kadra oficerska z PRLu siedzi jeszcze w armii głęboko. Zwłaszcza w jej planistycznych strukturach. Niedawno miałem wątpliwą przyjemność wysłuchania wykładu jednego z oficerów Akademii Obrony Narodowej, który przyszłą wojnę widział przez pryzmat powszechnej mobilizacji. Czyli już nie podług zasad nawet XX, ale wręcz XIX wieku. Taka mentalność niestety bywa czasami aż zanadto widoczna. Tym musi zająć się biologia, która owe pokolenie po prostu z armii usunie. Ale nie sposób nie zauważyć pozytywnych przemian. Które wyrażają choćby się coraz rzadszym zdziwieniem, że baz wojskowych pilnują zwykli ochroniarze a nie żołnierze zawodowi, gdy ci ostatni szkolą się nareszcie w strzelani i jeżdżeniu czołgami.

     Posiadanie wojska to, jak pokazują ostatnie wydarzenia, smutna konieczność. Ale lepiej by ta konieczność miała formułę skalpela a nie przyciężkiej i nieskutecznej maczugi.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci