Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Wpisy otagowane : PIS

Komorowski, dobra prezydentura

marchewa79

Bronis%C5%82aw_Komorowski_%282%29Jest coś niesamowitego w tym jak bardzo udało się zgnoić pięć lat prezydentury Komorowskiego. I to mimo faktu, że zarówno jego poprzednik jak i następca mieli prezydentury słabe, koszmarnie politycznie uwikłane i pozbawione tak własnej samodzielności jak i celów innych niż pełna podległość nawet nie partii, ale jej właścicielowi i Prezesowi.

Komorowski zostawał Prezydentem w sytuacji trudnej. Jego poprzednikowi w walce o reelekcję udało się spektakularnie przejść na łono Abrahama w katastrofie lotniczej. Stawał, więc do pojedynku w warunkach, które nie były normalne z pogrążonym w żałobie (i jak się potem okazało dobrze nafaszerowanym lekami) bratem bliźniakiem. Mimo wszystko wygrał, choć nie była to wygrana ani lawinowa ani bezproblemowa. Ale poza wyborami w 2000 roku żadna w Polsce taką nie była.

Komorowski miał trudne zadanie. Miał ambicję, aby swoją prezydenturą sięgnąć po ludzi spoza własnego obozu, dla których patriotyzm i miłość do kraju zaczynał mieć coraz większe znaczenie (lub przyjmując mniej miłą dla rodaków interpretację starał się okiełznać eksplozję szowinizmu i ksenofobi czającą się pod pseudopatriotycznym płaszczykiem). I z początku wydawało się, że mu się to uda. Marsz 11 listopada udało się odzyskać od narodowców, Prezydent dobrze współpracował z kolejnymi gabinetami. Poparcie było wysokie. Pojawiło się nawet stwierdzenie, że Komorowski ma wygraną w kieszeni.

Szczególnie zmartwiony był PiS. Otóż Komorowski kłusował na ich poletku. Spora część elektoratu PiS lekko safandułowatego Bronka po prostu lubiła. Zresztą miał on idealną PiSowską biografię z internowaniem oraz kontestacją okrągłego stołu. Wypadał w tej rywalizacji znacznie lepiej niż farbowane listy z PiSu, które stan wojenny a i owszem pamiętały, ale z zupełnie innej strony policyjnej pały. A o własnym aktywnym udziale w okrągłostołowych porozumieniach chciały jak najszybciej zapomnieć. Do rozprawy z Prezydentem przygotował się, więc PiS starannie. Nie liczono na jakiś spektakularny sukces, zresztą nie było jeszcze wtedy żadnego racjonalnego kandydata, ale liczono na zatrzymanie kłusowania na PiSowskim żelaznym elektoracie. Wykonawcą zlecenia został niejaki Sumliński. Książka, która wydał głównie na użytek wewnętrzny kręgu wyznawców PiS była ciekawym zestawieniem wątpliwej, jakości literatury ze słabo udokumentowanymi konfabulacjami autora. Zasięg też nie był duży, bo tego rodzaju „fan flicków” ukazywało się w środowisku czcicieli Prezesa multum. Ale książka osiągnęła swój cel. Wśród wyznawców Prezesa Komorowski został jednoznacznie oznaczony, jako wróg. I dostali do ręki argumenty do wklejania na fora internetowe i komentarze.

Cios prawdziwie dotkliwy przyszedł jednak z innej strony. Najmniej spodziewanej. Otóż zaangażował się Komorowski w promowanie pozytywistycznej wersji patriotyzmu. Kulminacją wysiłków stała się akcja „orzeł może” mająca w zabawnej formie promować zadowolenie z odzyskanej w 89 roku niepodległości oraz z tego jak Polska wygląda i jakie sukcesy odnosi. Niestety nie zauważyli sztabowcy Prezydenta kolejnej powstającej tendencji. Lewicowego zwrotu wielkomiejskiej młodzieży. Która bynajmniej celebryckiego entuzjazmu z odzyskanej niepodległości nie podzielała. Po części z przyczyn ekonomicznych, bo skazana na marne pensji i z dużym kapitałem niezaspokojonych finansowych oczekiwań boleśnie odczuwała względne bogactwo ludzi o pokolenie starszych. Po części, dlatego że, cóż młodzież w pewnym wieku buntować się musi. Akcja została wyśmiana w mediach społecznościowych a Komorowski przeszedł do kategorii „obciach”. Która to dla polityka kategoria jest zabójcza.

Wpadki, które w innych okolicznościach zostałyby odebrane sympatycznie stały się symbolem nieprzystawania Prezydenta do współczesnych czasów. Zaczął Komorowski szybko wchodzić w niebezpieczne buty Wałęsy, które w 1995 kosztowały go prezydenturę. Zaczął się powolny odpływ miękkiego elektoratu, bardzo wrażliwego na takie sprawy. Nie pomagał Komorowskiemu także konserwatyzm, który możemy określić mianem życiowego. Twarda obrona prywatności rodziny i dzieci, które w odróżnieniu od dzieci innych polityków nie miały celebryckich ciągot. Ta sama od początku małżonka, która karierę zawodową poświęciła dla wychowywania licznej rodziny. Mimo że Komorowski w działaniach był raczej postępowy to jednak środowisko ludzi postępowych nie mogło i nie chciało go zaakceptować. Dla nich Komorowski był wąsatym memem. Oni chcieli innego prezydenta, który Polskę wepchnie siłą na kosmopolityczny i liberalny kurs.

Przez cały okres afery podsłuchowej, europejskiego awansu Tuska i rządów Kopacz, Prezydent okazał się do bólu i samobójczo wręcz lojalny względem własnego obozu. Który to obóz nie potrafił go wesprzeć. Politycy PO przekonani, że Komorowski wygraną ma w kieszeni wręcz zbojkotowali jego kampanię. A tym czasem zaczął się rodzić fatalny splot wydarzeń. Lewica (a właściwie Leszek Miller) wysunęła kandydatkę będącą w istocie PiSowską V kolumną.  A na czele sfrustrowanych POwskich sierot stanął Ryszard Petru. PiS wystawił człowieka, który co prawda był bez właściwości, ale za to o generację młodszy od Prezydenta. Na koniec pojawił się Paweł Kukiz. Kandydat umożliwiający pokazanie FU rządzącym. Może i bez programu, ale z niewyparzoną gębą. A Komorowskiego rola przerosła. Nigdy nie był geniuszem politycznego instynktu, ale kiedy zabrakło Tuskowego prowadzenia pogubił się kompletnie. Zebrane z sierot po UW zaplecze prowadziło zagubionego prezydenta ku katastrofie. Rezultat znamy.

Ale to było ponad dwa lata temu. Dzisiaj możemy być mądrzejsi i docenić te pół dekady spokoju i (mimo dysortografii) politycznej kompetencji. Oraz marzenia o tym żeby Polskę patriotów i kosmopolitów jakoś razem połączyć. Następca wykopał przepaść. Dopiero skala dewastacji kraju pozwala docenić pewną ślamazarność Bronka, która miała w sobie ładunek szlachetności. Etos przegrał z odchudzonym na wybory podnóżkiem. Ale nie przegrał sam, bo wraz z nim przegrała Polska pozytywistyczna a zatriumfowała Polska narodowych i romantycznych histerii. Przez dwa lata prawdziwe „gęby” pokazali Petru, Ogórek, Kukiz, Duda. Komorowski pozostał zagubionym poczciwcem. Brakuje mi takich zagubionych poczciwców w polityce. Cynicznych skurwieli mam aż nadto.

Kłopotliwe gesty Prezesa

marchewa79

1288_lRozpocznijmy anegdotką, mój kolega zatrudniony w firmie zagranicznej kilka lat temu przeżył zmianę szefa. Starego wyjadacza awansowali i przyszedł nowy „pistolet” rozpoczął oczywiście od reorganizacji siatki płac. Kolega stracił premię do końca nie wiedząc, dlaczego. Premia była, co prawda uznaniowa i za wyniki, ale wyniki w firmie od lat były dobre, więc i do premii się nieco przyzwyczaił. Nie jest, więc zaskoczeniem ze nowy Prezes nie stał się jego ulubieńcem. A ponieważ sytuacja dotknęła sporą część załogi przez następne pół roku nowy prezes dostał coś w rodzaju włoskiego strajku w iście kapitalistycznym wykonaniu. Dość powiedzieć, że wszystkie jego projekty dziwnym trafem jakoś tak nie do końca się udawały. Dziś jest tam już inny Prezes. A kolega zawsze w rozmowach podkreśla, że najbardziej zabolało nie to, że kasę obcięli, tylko to, że nikt nie wiedział, za co.

Wczorajsza konferencja prasowa przypomniała mi tę historię. Otóż inny Prezes, aby ukarać pazernych ministrów i byłą premier nie tylko kazał oddać nagrody z dwóch lat na Caritas (a to jak każdy wie może już dość mocno zaboleć, bo w grę wchodzą setki tysięcy złotych, które większość rządu już zdążyła wydać), ale zarządził obcięcie wynagrodzeń posłów i samorządowców o jedną piątą. Jest tylko mały drobiazg: to nie posłowie i nie samorządowcy poprzyznawali sobie owe rekordowe premie. A cięcia akurat ministrów nie dotyczą. Jak w starym przysłowiu cygan zawinił, a kowala powiesili.

Miny posłowie rządzącej koalicji mieli, więc nietęgie. Bo jednak dostać po wypłacie za „szaleństwa Beaty” to trochę za dużo nawet jak na ogólne bezwarunkowe zaufanie dla geniuszu Prezesa. Tym bardziej, że spora ilość posłów i tak jest opodatkowana na rzecz partyjnej kasy a i rezerwę na poczet przyszłych wyborczych wydatków musi gromadzić przez cały czas (niby te wydatki powinna partia pokrywać z dotacji, ale te akurat w większej części idą na ochronę i pensję Prezesa, który, a jakże, sobie obcinać w geście solidarności nie zamierza). Osobiście uważam, że na pewno padła deklaracja, iż „jakoś wam to wyrównamy”, ale po pierwsze nie bardzo wiadomo jak a po drugie na takie gesty poseł Brejza tylko czeka a miejsce na objazdowych przyczepkach się na pewno znajdzie.

W dodatku jeszcze do wczoraj te premie to były uczciwie i legalnie zarobione pieniądze. Co więc się zmieniło? Vox populi? To nawet wybrzmiało w konferencji Prezesa, ale czy wypada by polityk, który ponoć jest silny tak łatwo ulegał kaprysom ludu? Ale uwaga będzie jeszcze śmieszniej. Otóż miłościwie nam panujący wypuszczają próbne balony w kwestii ograniczania słynnego programu 500+. Ma być wprowadzone kryterium dochodowe. Krok oceniam w kategoriach samobójczych z, kilku co najmniej powodów. Otóż po pierwsze oznacza przyznanie, że opozycja od początku miała rację (to właściwie realizacja jej postulatów). Po drugie to biurokratyczna gehenna. Już teraz aparat urzędniczy ledwie sobie radzi z weryfikacją świadczeń na pierwsze dziecko. Czaso i pracochłonność weryfikacji dla wszystkich beneficjentów rozłoży program na łopatki w okresie przedwyborczym. A jedną z nielicznych zalet tego świadczenia była prostota. Trzeci problem to skierowanie tego świadczenia właściwie tylko w kierunkach rodzin gorzej radzących sobie w życiu. A więc jego patologizacja i stygmatyzacja. Jeśli klasa średnia straci 500+ (abstrahując od tego czy je potrzebuje) to program straci obrońców. A to oznacza jego szybką likwidację a raczej przekształcenie w kierunku systemu podatkowych ulg dostępnych już tylko dla klasy średniej. Pytanie czy z domykaniem budżetu jest tak źle, że trzeba podejmować tak radykalne kroki? Ale rządowa TVP mówi, że jest wspaniale. Władza gubi się wiec nawet we własnej propagandzie.

To już nie jest chwilowy kryzys, ewidentnie idzie coś głębszego. A pamiętajmy, że jeszcze nikt niczego smakowitego w knajpach nie nagrał. Jeszcze…

Chciwa baba z Brzyszcz

marchewa79

oczekiwania-rzeczywistosc-chciwa-baba-wigilia-radomA miało być tak pięknie. Nasi. Nowi. Uczciwsi. A wyszło? Jak zwykle. Choć nie, okazuje się, że gorzej niż zwykle. Bo dojna zmiana okazała się dużo mniej skromna w finansowych zapędach od poprzedników. Którzy to mimo deklarowanej pogardy dla mniej zarabiających premie przyznawali sobie skromniutkie. Najczęściej wręcz żadne.

Teraz mamy konfuzję. Bo matka polka z broszką okazała się matką polką zaradną. A skromnie spuszczone ku dołowi oczęta zastąpił dumnie wystawiony podbródek. Należy się! Za ciężką pracę! I kudy wam kmioty do tego. Bierzcie po pięć stówek i stulcie pyski. Rząd, żeby zacytować klasyka „wyżywi się sam”.

Problem polega na tym, że lud owego braku skromności nie rozumie. Tyle latami w dziurawych butach plótł Prezes farmazonów o służbie i niedojadaniu, że dzisiaj owe marne paręnaście tysięcy tym bardziej jest bolesne. Zwłaszcza, kiedy odkrywamy, że ojczyzna dojna nie kończy się na ministrach a jakość świadczonych usług zwłaszcza w zakresie np. zatapiania przemysłu stoczniowego jest nieco zatrważająca. Można śmiało powiedzieć, że cały wielki Plan Morawieckiego realizowany jest jakoś tak na odwrót by nie rzec jak mawia moja babcia kolewrotnie. Co widać w sondażach. Tym groźniejszych, że przedwyborczych. Władza już nie straciła powabu, ona straciła cnotę. A cnota bywa dużo trudniejsza do odzyskania. Są, co prawda w ojczyźnie Panie o warzywnych nazwiskach potrafiące z dumą nosić wianek w służbie dobrej zmiany mimo oczywistych świadectw uprzedniej rozwiązłości. Ale to, co udaje się jednostkom rzadko wychodzi całym ugrupowaniom.

A nam reprezentantom frakcji „a nie mówiłem” jakoś tak zrobiło się pogodnie i wiosennie. Naród zaczyna się odkochiwać i może zaboleć, co niektórych.

Jeździ Premier po świecie…

marchewa79

death-by-powerpointJeżeli styczeń był miodowym miesiącem dla Mateusza Morawieckiego to luty pokazał dobitnie, że jest to jednak polityk ligi wybitnie prowincjonalnej. Zamiast alternatywy dla drewnianego stylu Beaty Szydło dostaliśmy zadufaną w sobie kopię. Cóż było to do przewidzenia.

Mateusz Morawiecki przypomina mi toutes proportions gardées Radosława Sikorskiego. Obaj są transferami z drugiej strony sceny, choć nie stanowili nigdy polityków PiS czy PO (Sikorski był „niezależnym” ministrem obrony, a Morawiecki „doradcą” Tuska). Obaj dla uwiarygodnienia się mocno gryźli ręce byłych kolegów. Obaj roztaczali nimb fachowości, światowości i profesjonalizmu. I w obu przypadkach cała fachowość okazała się połączeniem wybujałego ego z arogancją i butą.

Zacznijmy od Sikorskiego. Z szefa MONu i Macierewicza stał się szybko jednym z platformianych buldogów. Był nawet jednym z potencjalnych nominatów do prezydentury. Dostał MSZ, w którym zwykł brylować w angielskich płaszczach a sznytu zadawał z prominentną małżonką. Czar pryskał po usłyszeniu jakiejkolwiek wypowiedzi, było nie było oksfordczyka po angielsku. Gorzej, jeśli komuś dane było ministra spotkać osobiście. Wieść gminna niesie, że o ile nie okazywało się należytego uwielbienia nie były to miłe spotkania. No i skończyło się na pożałowania godnych paliwowych geszeftach. Trochę żal, trochę wstyd. Choć polska polityka znała nie takie powroty, więc może nie skreślajmy.

Nasz miłościwie nam panujący premier ulepiony jest z tej samej gliny. PRLowska opozycyjność załatwiła mu start w biznesie, o którym wielu rówieśników mogło tylko pomarzyć. Aż do prezesury banku. Tam radził sobie dobrze, choć okazał się graczem bezwzględnym i niezbyt czułym na ludzką krzywdę (grupowe zwolnienia pracowników, uderzenie w konkurentów w banku). Trudno jednak zaliczyć go do takich tuzów polskiej bankowości jak Bogusław Kott czy Mariusz Łukasiewicz. Ot utalentowany korporacyjny wyrobnik. Natomiast jednego nie można mu odmówić – rozwiniętego ego. W pewnym momencie odżyły w Morawieckim także polityczne ambicje. Ale w odróżnieniu od ojca, który oprócz biografii niewiele posiadał Morawiecki Jr. miał bank. I z pomocą bankowych pieniędzy rozpoczął drogę do serc prawicowych polityków. Po drodze wyplątał się ze współpracy z Tuskiem, którego widocznie uznał za mało perspektywicznego. I zaczął mieć wizje, w których był reinkarnacją Kwiatkowskiego (Sikorski widział w sobie pewnie reinkarnację Becka).

Takich ludzi potrzebował Prezes. Morawiecki był wszak nieskażony praktyką polityczną na jakimkolwiek stołku. Taki człowiek był potrzebny do podżyrowania 500+ czy obniżki wieku emerytalnego. Większość osób mająca, jako takie pojęcie o finansach publicznych niespecjalnie się do tego kwapiła. Morawiecki znowu okazał się bezwzględny i skuteczny. A że była koniunktura to i budżet wytrzymał. Nagroda była sowita. Wszak światowiec i bankowiec był jak znalazł do zastąpienia przaśnej Beatki. Beatkę elektorat kochał, to i nie dziwota, bo żelazny elektorat każdego Prezesowego faworyta pokocha. Chodziło o to by pokochali ci spoza sekty. I tu kolejny sukces, póki co nowego pokochali.

Teraz ze strategiczną misją ruszył nowy najlepszejszy z Premierów za granicę. Miał ratować przed unijnymi sankcjami. O jednym wszak zapomniał. W kraju zostawił PiS ekipę. A nad PiS ekipą nie panuje już nikt. To i nawywijali. Ustawę o IPNie. Teraz zamiast dyplomatycznej ofensywy mamy defensywę. Gafa goni gafę a Premier zamiast światowca sprawia wrażenie pogubionego prowincjusza. Może to zresztą nie tylko wrażenie…

W kraju odzyskiwanie przez PiS spółek z rąk… PiSu idzie za to całkiem sprawnie. Niektóre z tych spółek mają już od wyborów trzeci zarząd, ale któż by się przejmował wszak, kiedy tylu kolegów chce się „sprawdzić w biznesie” nieuniknionym jest to, że niektórzy się nie sprawdzają. I muszą być zastąpieni innymi. Jeszcze lepszymi.

Tylko z bycia nowym Kwiatkowskim niewiele zostało. No może kilka slajdów z Power Pointa i plany nowych portów lotniczych i kolei. Niestety tak jak w Polsce ciemny lud kupuje tak w Brukseli czy Berlinie jakoś nie chcą. I wciąż pytają się o te sądy i trybunały. Nie tylko zresztą oni się pytają i nie tylko o to. Media częściej pytają się o te słynne polskie obozy śmierci a Premier niestety swoją znakomita angielszczyzną tudzież z pomocą tłumacza gogle odpowiada. Lata polityki zagranicznej walą się w gruzy. Ale kto by się przejmował?

I tak w 100 lecie niepodległości doczekaliśmy się tuzów nie na poziomie Piłsudskiego czy Kwiatkowskiego a Składkowskiego czy Sławka. Polacy, naród wspaniały, tylko ludzie…

21 luty 2018 - smród

marchewa79

pexels-photo-709732Pierwszy dzień obowiązywania ustawy o IPN. Intryguje mnie, na kogo prokuratura rzuci się pierwsza? Donosów będzie, co niemiara. Opozycjo do dzieła. Bo 21 lutego rozpocznie się operetka i kabaret. Ustawa będzie obowiązywać. Tu nie ma aktów wykonawczych. Nic nie podlega złagodzeniu. Lecimy bez trzymanki.

To będą głośne procesy. Będziemy się zastanawiać czy Rembertów był „obozem koncentracyjnym” czy był wystarczająco „polski”. Czy obozy przesiedleńcze dla ludności niemieckiej miały charakter obozów „koncentracyjnych”. Wrócimy do Jedwabnego a wiedzę o heroizmie rodziny Ulmów uzupełnimy wiedzą o postępkach ich sąsiadów. Świat o Polsce dowie się niejednego. Także tego, że w Polsce musisz uważać, o czym mówisz na ulicy. Taka środkowoeuropejska Turcja.

PiS jeszcze żyje w nieświadomości skali g… w jakie wdepnął. Jeszcze smród nie doszedł do nozdrzy z butów. Ale dojdzie. Przed nami marzec 2018. Symbolika gotowa. Szambo wybiło.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci