Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Wpisy otagowane : PO

500 plus, jako problem klasowy

marchewa79

rodzinaPlatforma i jej lider podchodzą do 500 plus jak pies do jeża i trudno im się dziwić. Bo jak już dawno temu pisałem ta polityczna łapówka ustawiła polską politykę na lata. I bardzo podzieliła społeczeństwo. Otóż program w swojej obecnej sytuacji mocno dotuje wszystkich ludzi niezaradnych im bardziej niezaradnych i płodnych tym lepiej. Skutek jest taki, że gros tej łapówki dystrybuowane jest w obszarach kultywujących tradycyjne wzorce wielodzietności i niepracujących kobiet „zajmujących się domem”. A więc elektoratu PiS (sprawdzić czy nie Kaszubi).

To, co chodzi po głowie opozycji to zabranie owej łapówki wyborcom Kaczyńskiego (stąd pomysł powiązania świadczenia z pracą) i przekazanie własnym (świadczenie już na pierwsze dziecko, z którego skorzysta głównie klasa średnia preferująca, określmy to eufemistycznie, bardziej świadome macierzyństwo). Trudno kierunkowi odmówić logiki, bo utrzymanie świadczenia w obecnej postaci oznaczałoby, że za pieniądze elektoratu partii typu PO czy N. karmią socjalny elektorat PiS.

Oczywiście ta rozgrywka ubrana będzie w masę populistycznych frazesów jednak nie zmieni to jej esencji. Jak konserwatywni-liberałowie walczą z narodowymi socjalistami to trudno od tych pierwszych oczekiwać troski o ubogich i niezaradnych.

Neoliberałowie kontra lewaki, zaklęty krąg ekonomicznej debaty

marchewa79

david-argumentDyskusja o modelu ekonomicznym polski od lat zeszła na poziom prymitywnych epitetów. Z jednej strony mamy mitycznego neoliberała, który chciałby wszystko sprywatyzować i zderegulować. Z drugiej równie legendarnego lewaka dążącego do tego, aby wszystko upaństwowić i obłożyć gęstą siecią przepisów równie skomplikowanych, co absurdalnych.

Partie miotają się miedzy tymi dwoma epitetami. I każda raz to zostaje neoliberalna raz lewacka (wyjątki w rodzaju konsekwentnie lewackiej partii Razem na razie pomińmy). Brakuje racjonalnej dyskusji na temat tego, który model działa lepiej i w jakiej sytuacji. Bo gospodarka zawsze stanowić będzie system mieszany.

Problem w tym, że obydwie strony sporu, dla odczarowania pejoratywnych skojarzeń nazwijmy je pozytywnie wolnościową i opiekuńczą mają swoje racje. Ale obie utkwiły w podstawowym błędzie, jaki znowu na własne potrzeby nazywam argumentem holistycznym. Otóż skoro pomysł wolnościowy czy opiekuńczy nie działa, (czyli sprecyzujmy nie przynosi zaplanowanych przez autorów rezultatów) oznacza to nie to ze wadliwy jest pomysł, ale to, że cała gospodarka w niewystarczającym stopniu jest opiekuńcza czy wolnościowa. Bo dążymy do idealnego typu czy to doskonałej konkurencji czy pełnego wellfare state.

Od zawsze brakuje racjonalności. Poszukiwania balansu między efektywnością, (w której kierunek wolnościowy jest lepszy) a społeczną stabilnością (gdzie bryluje kierunek opiekuńczy). To nie jest w żadnym wypadku specyfika polska, raczej trend światowy. Ale to zaspawanie się na ekonomicznych i politycznych fundamentach zabija racjonalna dyskusję. W dodatku popularność rozwiązań wolnościowych i opiekuńczych jest ściśle skorelowana z etapem cyklu koniunkturalnego. Tak zresztą działa psychologia, że w trudnych czasach pas się zaciska a w dobrych popuszcza. Choć już, co najmniej od czasów Keynes’a istnieją wskazania, że takie działania nie muszą przynosić najlepszych rezultatów.

Dlaczego o tym piszę? Bo spór wolnościowo/opiekuńczy to spór, który będzie stanowił mocny podział dla opozycji wobec obecnie rządzących. Szczególnie dobrze widać to, kiedy Platforma próbuje pożenić własne wolnościowe tradycje (główny ekonomista z kręgu FOR) z utrzymaniem wielu opiekuńczych programów obecnej władzy. Zgrzyty są nieuniknione i prowadzą do absurdalnych deklaracji np. pana Żakowskiego, że od takiej PO to on woli PiS (ale to nie pierwsza absurdalna deklaracja tego autora).

Logika podpowiada, że Polska powinna osiągnąć jak największe tempo rozwoju gospodarczego, aby szybko nadrobić dystans do bogatej części Unii i wreszcie do interesu dopłacać zamiast być jego beneficjentem, (co stanowi ekonomiczny odpowiednik zajęcia miejsca w wygodnym fotelu i zapalenia cygara). Ale wysokie tempo ma swoją cenę, którą wolnościowcy pomijają w swoich analizach, bo ona nie jest ceną ekonomiczną. To cena społeczna. Posługując się przykładem z życia w rodzinie moich przyjaciół dwoje dzieci zdecydowało się na emigrację jedno do UK drugie do Niemiec. Zarabiają tam bardzo dobrze są w stanie znacząco pomagać wcale przecież nie najbiedniejszym rodzicom. Z rozmów wynika, że są szczęśliwi a w Polsce mieli problem ze znalezieniem początkowo jakiejkolwiek później finansowo satysfakcjonującej pracy. Ekonomicznie to sytuacja typu win/win dla obu krajów.

Tyle teorii. W praktyce moi znajomi żyją wciąż w poczuciu winy, że są gorsi, bo nie poradzili obie w kraju, rodzice są zawiedzeni, bo ich wnuki nie dość, że są daleko i rzadko je widują to jeszcze polski powoli przestaje być ich pierwszym językiem. Rosną obawy o pomoc na starość, wali się cała siatka społecznych zależności i wsparcia. Poziom frustracji jest wielokrotnie większy niż wynikałoby to z trzymanej na użytek zewnętrzny „gęby” ludzi szczęśliwych i zadowolonych.

Można oczywiście powiedzieć, że państwu nic do tego, bo żadna ze stron sytuacji nie wyciąga rączki po państwową pomoc. Ale też zostaje grupa ludzi, którzy każdą informację o polskim sukcesie przyjmują jak policzek, bo co to za sukces skoro wnuki widzą raz w roku w wakacje. Bardzo łatwo zagospodarować te frustrację. Dużo trudniej ją rozładować. Ona nie ma ekonomicznego wymiaru, tabelki jej nie widzą. Ale jest rzeczywista.

Problemem sporu jest od zawsze to, że wolnościowcy widzą cyfry a nie ludzi, natomiast tym opiekuńczym wydaje się, że cyfry nie istnieją. Ale te istnieją, co zabójczo skutecznie pokazują takie państwa jak Wenezuela, Argentyna czy Grecja. Ideałem jest państwo, które opiekując się obywatelem pozostawia mu jednak dużą swobodę działania. Łupi bardzo, ale nie za bardzo. No i zostawia w nas wszystkich przekonanie, że każda zabrana złotówka służy w jakiejś mierze dobru wspólnemu.  

Tylko czy znacie taki kraj?

Wiosna ach to ty…

marchewa79

Wiosna%2B2015%2B143Słoneczko przygrzało a w mediach pojawił się drugi sondaż. I te same wyniki. Czy Jarosław Kaczyński tego chce czy nie blamaż z wyborem Tuska stanowił przełom. I to czuć. Zmieniła się narracja. Dotychczasowe wpadki PiS stanowiły osobne wydarzenia. Od kilku tygodni media zaczynają coraz żwawiej przebąkiwać o systemowym problemie. To etap, do którego PO doszła po aferze podsłuchowej i 6 latach rządzenia. PiS władzę sprawuje zaledwie 1,5 roku.

Taka narracja to równia pochyła. Tusk pokazał, że nawet zmiana premiera niewiele daje. Po prostu w pewnym momencie każde działanie rządu stanowi tylko kolejny dowód jego niekompetencji. A tymczasem za miedzą (znowu dzięki Tuskowi) pozbierała się PO. A PiS zapomniał już jak skuteczni w tłuczeniu w Prezesa mogą być ludzie PO, gdy mają władzę na horyzoncie. Teraz powoli i boleśnie się przekonuje.

Sukces PO to sukces Schetyny. Podobno ma charyzmę gumy od majtek (choć nie pomnę kto to powiedział). Trudno o polityka mniej podobnego w PO do Tuska a bardziej do Kaczyńskiego. Ale właśnie to było jak widać partii potrzebne, specyficzna „mądrość etapu” wymuszająca integrację szeregów w sytuacji politycznie krytycznej. Przetrwali. Ba można nawet postawić tezę, że PO jako partia jest silniejsza bo udało się wpuścić sporo świeżej krwi. Brakuje jeszcze, co prawda prawdziwych harcowników wołających o „dorżnięcie watah”, ale nie tracę nadziei, że i tacy się pojawią. Bo teraz rozliczenie PiS nie może być kosmetyczne. I będzie potrzeba do tego prawdziwie bezwzględnych i twardych ludzi.

W oddali gaśnie Nowoczesna. Cóż system zakończył restart i partia liberalna wędruje na tradycyjne pozycje. A one 10% poparcia nie przekraczają. Oczywiście niewątpliwa głupota i bufonada lidera swoje dołożyły, ale bądźmy realistami N. nigdy nie była ofertą dla politycznych sierot po PiS czy Kukizie. Stała się, dużo poniżej własnych ambicji ostrogą, która pogoniła PO do galopu. Rola istotna i potrzebna jednak rozumiem zawód, jaki przezywać będzie w najbliższym czasie wielu działaczy. W teorii trend oczywiście może się odwrócić. Ale wiatr historii dmie w inny żagiel. I na zmianę kierunku się nie zanosi.

Urokliwa niespodzianka to powrót Prezesa na salony. Ewidentnie ruszył ratować sytuację, choć żaden politolog w Polsce nie zna sytuacji, którą udział Jarosława Kaczyńskiego poprawił. Zwłaszcza sondażowej. Ale pomysł zacny i jako klakierowi opozycji wypada mi tylko krzyknąć: tak trzymać Prezesie! Na samo dno! Po drodze mamy kuriozalną wizytę w UK (chyba tylko po to, aby klęskę negocjacji w sprawie emigrantów Tusk mógł zwalić na Prezesa) i żałosne próby odwołania Misiewicza ze stołka za pośrednictwem medialnego grożenia palcem. Na które Antoś tradycyjnie odpowiada innym palcem. Środkowym.

Mam wrażenie, że niedługo zmienimy premiera. Te ostatnie dwa lata (może mniej zależy od szybkości dezintegracji) to może być ostatnia szansa Prezesa na zapisanie się w historii przed emeryturą w jakimś miłym i ciepłym zakładzie karnym. A Beatka seksapil straciła radykalnie. Wiele z niezbędnych wydaje się, zmian w rządzie odwlekanych dalej być nie może, a łatwiej je wykonać wespół ze zmianą premiera. Zresztą trzeba uczciwie przyznać, że ów Titanik na dno winien iść pod wodzą prawdziwego a nie farbowanego kapitana.

Wiosna przyszła, od razu człowiekowi weselej…

Niepełnosprytni

marchewa79

18095737Pamiętam z „Listów do Hrabiego” Krzysztofa Daukszewicza historię o człowieku, co „oszukał nawet tramwaj” gdyż „kupił bilet a poszedł piechotą”. Cała historyjka przypomina mi się przy okazji gry? PiSu zmierzającej do zablokowania reelekcji Tuska na przewodniczącego Rady Europejskiej.

Właściwie gra nie jest PiSowska a jest jedynie Jarosława Kaczyńskiego. Stwierdzenie, że ten ma na punkcie Tuska obsesję jest niedopowiedzeniem. Środki, po jakie sięgnął tak dalece wykraczają poza polityczną logikę, że pozostają raczej w sferze zagadnień psychiatrii. Wytłumaczenie tego wymagało by odpowiedzenia sobie na pytanie podstawowe: po co?

Tusk jak się do niedawna wydawało mimo braku poparcia własnego kraju reelekcję miał w kieszeni. Podchody Prezesa w rodzaju zagrożenia wydaniem listu gończego, (co właściwie kojarzy się z Turcją a nie ze standardami UE) raczej mu pomagały niż szkodziły. Brakowało tez kontrkandydatów. Więc w teorii PiS powinien pigułkę przełknąć, a nawet wydawało się, że Tusk poza krajem jest dla partii wygodniejszy, jako dyżurny „chłopiec do bicia”.

Takie złudzenia okazały się naiwne. Choć pomysł na wyeliminowanie Tuska, jaki wybrano jest cokolwiek karkołomny. Otóż PiS wystawił innego kandydata, którym jest (były już, o czym za chwilę) europarlamentarzysta PO Jacek Saryusz-Wolski. Ciekawe, że spośród tuzów własnej europarlamentarnej reprezentacji (nazwiska takie jak: Fotyga, Czarnecki, Karski, Krasnodębski, Kuźmiuk, Gosiewska, Legutko) zdecydowano się sięgnąć po osobę z partii opozycyjnej. Złośliwy mógłby stwierdzić, że to, dlatego że żaden z wzmiankowanych europosłów nie potrafi złożyć zdania w łobcym jenzyku, ale to przecie nieprawda, bo Richard Henry Czarnecki angielszczyznę ma znośną, co w licznych partiach, jakie reprezentował nie raz udowadniał. Widać więc że PiS wyboru nie miał bo jego drużyna to w UE margines marginesów.

Sam Saryusz-Wolski pozostaje enigmą. Zeszmacił się nagle w grę mogły, więc wchodzić albo judaszowe srebrniki, (kto wie czy Waszczykowski jadąc walczyć o jego wybór nie szykuje swojego następcy) lub inne okoliczności (jakaś zagubiona teczuszka w IPN?). Oczywiście nie można też wykluczyć osobistych ambicji, świat pełen jest zużytych polityków, co to buławę marszałkowską noszą w plecaku, więc może o to chodziło. Jednak ewidentne dowody ręcznego sterowania wskazują, że jednak bardziej o dwa pierwsze przypadki. Sam pomysł jest na tyle głupi a realizacja na tyle karkołomna, że uczestnictwo w podobnej komedii to raczej nie jest początek a raczej koniec międzynarodowej kariery.

Zastanawiałem się ostatnio czy znam precedens na arenie międzynarodowej demokratycznego kraju, który tak aktywnie zwalcza własnego reprezentanta. Nie znam. Sekretarzem NATO jest polityk opozycyjnej partii niż rządząca w Norwegii, szef Komisji Europejskiej reprezentuje opozycyjna partię w stosunku do rządzącej w Luksemburgu.  Jest to, więc raczej norma niż wyjątek. Polska kraj prowadzący aktywną politykę zwalczającą własnego rodaka to nie tylko europejskie, ale i światowe kuriozum.  Ale to, co w demokracjach jest kuriozum w demokraturach (Rosja czy Turcja) jest normą.

Donaldowi Tuskowi pozostaje życzyć powodzenia. Będzie go potrzebował. PiSowi tradycyjnie życzę porażki, bo w tym wypadku porażka PiS będzie polskim sukcesem. Saryuszowi-Wolskiemu natomiast warto przypomnieć, że Judasze nie kończą dobrze. Nawet w polityce.

Partie prywatne

marchewa79

link_AuvAeub2cXnR9Dfu001F2yoQDuPpbSt2,w300h223Dwadzieścia osiem lat od końca PRLu nie doczekaliśmy się stabilnego systemu partyjnego. Nie do końca jest to problem, bo stabilność systemów bywa złudna, czego przykładem są Włochy czy ostatnio Francja. Gorzej jednak, kiedy z 5 partii obecnych w parlamencie trzy są organizacjami w dużej mierze prywatnymi. Nie są lepszą czy gorszą wspólnotą ludzi połączonych podobnymi poglądami i (to w końcu partie) chęcią zdobycia władzy. To wódz i jego kamaryla oraz zestaw tych, którzy załapali się po drodze.

Taki układ jest znakomitym rozwiązaniem w kwestii sprawności organizacyjnej, ponieważ zakłada jeden ośrodek decyzyjny. Partię można na wzór dawnych ustrojów państwowych nazwać patrymonialną, bo w istocie stanowi całkowitą i wyłączną własność lidera. On decyduje o wewnętrznej strukturze i wszystkich nominacjach. Demokracja jest tylko fasadą a wewnątrzpartyjna opozycja ma jedyne wyjście w wypadku konfliktu – opuszczenie organizacji.

Ale są też wady, które zawsze w końcu przewyższają zalety. Partia jest ściśle zależna od postaci lidera, program i działania jest niewolnikiem jego obsesji, poglądów a czasami i chuci. Dodatkowo lider ma zawsze niebezpieczny zwyczaj opierania się w swoich decyzjach na wąskiej grupie przybocznych, którzy szybko budują własne zaplecza i stają się obciążeniem. A wtedy pozostają dwa wyjścia: obrona do upadłego albo usunięcie z organizacji. Szybko zresztą okazuje się, że zmiana w partii jest niemożliwa, bo oznaczałaby zmianę lidera a bez lidera nie ma partii.

Jest to w dużej części opłakany skutek tego jak większość z nas postrzega politykę. Jako grę solistów a nie zespołów. Wygrywał Tusk nie PO, Kaczyński nie PiS. Ta wizja jest w oczywisty sposób błędna i niebezpieczna, ale tak zbudowany jest ludzki umysł. W rzeczywistości liderzy kontrolują tylko ułamek tego, co dzieje się w ich własnym ugrupowaniu, czego boleśnie doświadczała każde z ugrupowań znajdujących się u władzy.  Leszek Miller nie wiedział o Aferze Starachowickiej, Tuska zaskoczyły wydarzenia związane z hazardem a Kaczyńskiego lex Szyszko. Na dłuższą metę wygrywają gracze koncyliacyjni, bo liderowanie wodzowskie ma opłakane skutki. Tusk wyszedł z afery hazardowej obronną ręką, bo zdecydował się na głęboką korektę kadrową jednak na dobra sprawę nikogo z partii nie wyrzucił. Miller kamarylę i kolegów trzymał na stołkach jak długo się dało aż Starachowice i Rywin zepchnęły jego partę w polityczny niebyt.

Mam wrażenie, że owa dominacja partii prywatnych stanowi niechciany skutek naszego ułomnego systemu władzy. Korzenie PiS, PO, Nowoczesnej, Kukiza tkwią w wyborach prezydenckich. Mit przywódczy prezydenckiego stołka jest równie fałszywy, co przemawiający do większości Polaków. A potem zawsze pojawia się pokusa, aby owego „reformatora”, który jest „inny niż wszyscy”. Po czym zawsze jest tak samo.

Czy da się z tego wyjść? Jest tylko jedna metoda sprawdzenia, kiedy lider odchodzi. Taki test kilkakrotnie przeszedł PSL (jakkolwiek ironicznie to brzmi dla wielu najbardziej demokratyczna wewnętrznie partia polityczna w Polsce). Udało się to Platformie, ale z nożem na gardle i nie wiem czy przeżyje kolejną próbę. SLD lidera zmieniało wielokrotnie, ale koszt polityczny jest na tyle duży, że nie do końca jestem pewien czy są to eksperymenty udane (Może poza zamianą Kwaśniewski-Miller).Test oblały Unia Wolności i Samoobrona. Problem dla wielu partii jest taki, że aby wyjść z sondażowej „spirali śmierci” bywa konieczne ojcobójstwo. A i ono nie gwarantuje sukcesu. Aby zacytować klasyka:

„Mówimy - Lenin, a w domyśle -partia,

mówimy - partia, a w domyśle - Lenin.”

Najlepsze dla długoterminowej polityki i górnolotnie mówiąc interesów kraju są partie istniejące długo. Trwale związane łańcuchem interesów społecznych i ekonomicznych z własnym wyborczym zapleczem. Już kilkakrotnie wydawało się, że Polska jest o krok od takiego systemu. Po czym domek z kart znów rozsypywał się. Niestety obecne działania partii rządzącej nie wskazują na to by liczyła się ona z możliwością utraty władzy. Demolowanie porządku konstytucyjnego nie sprzyja trwałości także konstrukcji partyjnych. Warto na końcu przypomnieć, że większość polityków poniosło surową wyborczą odpowiedzialność za własne działania. I że biologia nie ma litości a żaden z wodzów nie jest wieczny.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci