Menu

Zoon Politikon

Czyli o polityce przede wszystkim choć nie tylko....

Wpisy otagowane : PO

Komorowski, dobra prezydentura

marchewa79

Bronis%C5%82aw_Komorowski_%282%29Jest coś niesamowitego w tym jak bardzo udało się zgnoić pięć lat prezydentury Komorowskiego. I to mimo faktu, że zarówno jego poprzednik jak i następca mieli prezydentury słabe, koszmarnie politycznie uwikłane i pozbawione tak własnej samodzielności jak i celów innych niż pełna podległość nawet nie partii, ale jej właścicielowi i Prezesowi.

Komorowski zostawał Prezydentem w sytuacji trudnej. Jego poprzednikowi w walce o reelekcję udało się spektakularnie przejść na łono Abrahama w katastrofie lotniczej. Stawał, więc do pojedynku w warunkach, które nie były normalne z pogrążonym w żałobie (i jak się potem okazało dobrze nafaszerowanym lekami) bratem bliźniakiem. Mimo wszystko wygrał, choć nie była to wygrana ani lawinowa ani bezproblemowa. Ale poza wyborami w 2000 roku żadna w Polsce taką nie była.

Komorowski miał trudne zadanie. Miał ambicję, aby swoją prezydenturą sięgnąć po ludzi spoza własnego obozu, dla których patriotyzm i miłość do kraju zaczynał mieć coraz większe znaczenie (lub przyjmując mniej miłą dla rodaków interpretację starał się okiełznać eksplozję szowinizmu i ksenofobi czającą się pod pseudopatriotycznym płaszczykiem). I z początku wydawało się, że mu się to uda. Marsz 11 listopada udało się odzyskać od narodowców, Prezydent dobrze współpracował z kolejnymi gabinetami. Poparcie było wysokie. Pojawiło się nawet stwierdzenie, że Komorowski ma wygraną w kieszeni.

Szczególnie zmartwiony był PiS. Otóż Komorowski kłusował na ich poletku. Spora część elektoratu PiS lekko safandułowatego Bronka po prostu lubiła. Zresztą miał on idealną PiSowską biografię z internowaniem oraz kontestacją okrągłego stołu. Wypadał w tej rywalizacji znacznie lepiej niż farbowane listy z PiSu, które stan wojenny a i owszem pamiętały, ale z zupełnie innej strony policyjnej pały. A o własnym aktywnym udziale w okrągłostołowych porozumieniach chciały jak najszybciej zapomnieć. Do rozprawy z Prezydentem przygotował się, więc PiS starannie. Nie liczono na jakiś spektakularny sukces, zresztą nie było jeszcze wtedy żadnego racjonalnego kandydata, ale liczono na zatrzymanie kłusowania na PiSowskim żelaznym elektoracie. Wykonawcą zlecenia został niejaki Sumliński. Książka, która wydał głównie na użytek wewnętrzny kręgu wyznawców PiS była ciekawym zestawieniem wątpliwej, jakości literatury ze słabo udokumentowanymi konfabulacjami autora. Zasięg też nie był duży, bo tego rodzaju „fan flicków” ukazywało się w środowisku czcicieli Prezesa multum. Ale książka osiągnęła swój cel. Wśród wyznawców Prezesa Komorowski został jednoznacznie oznaczony, jako wróg. I dostali do ręki argumenty do wklejania na fora internetowe i komentarze.

Cios prawdziwie dotkliwy przyszedł jednak z innej strony. Najmniej spodziewanej. Otóż zaangażował się Komorowski w promowanie pozytywistycznej wersji patriotyzmu. Kulminacją wysiłków stała się akcja „orzeł może” mająca w zabawnej formie promować zadowolenie z odzyskanej w 89 roku niepodległości oraz z tego jak Polska wygląda i jakie sukcesy odnosi. Niestety nie zauważyli sztabowcy Prezydenta kolejnej powstającej tendencji. Lewicowego zwrotu wielkomiejskiej młodzieży. Która bynajmniej celebryckiego entuzjazmu z odzyskanej niepodległości nie podzielała. Po części z przyczyn ekonomicznych, bo skazana na marne pensji i z dużym kapitałem niezaspokojonych finansowych oczekiwań boleśnie odczuwała względne bogactwo ludzi o pokolenie starszych. Po części, dlatego że, cóż młodzież w pewnym wieku buntować się musi. Akcja została wyśmiana w mediach społecznościowych a Komorowski przeszedł do kategorii „obciach”. Która to dla polityka kategoria jest zabójcza.

Wpadki, które w innych okolicznościach zostałyby odebrane sympatycznie stały się symbolem nieprzystawania Prezydenta do współczesnych czasów. Zaczął Komorowski szybko wchodzić w niebezpieczne buty Wałęsy, które w 1995 kosztowały go prezydenturę. Zaczął się powolny odpływ miękkiego elektoratu, bardzo wrażliwego na takie sprawy. Nie pomagał Komorowskiemu także konserwatyzm, który możemy określić mianem życiowego. Twarda obrona prywatności rodziny i dzieci, które w odróżnieniu od dzieci innych polityków nie miały celebryckich ciągot. Ta sama od początku małżonka, która karierę zawodową poświęciła dla wychowywania licznej rodziny. Mimo że Komorowski w działaniach był raczej postępowy to jednak środowisko ludzi postępowych nie mogło i nie chciało go zaakceptować. Dla nich Komorowski był wąsatym memem. Oni chcieli innego prezydenta, który Polskę wepchnie siłą na kosmopolityczny i liberalny kurs.

Przez cały okres afery podsłuchowej, europejskiego awansu Tuska i rządów Kopacz, Prezydent okazał się do bólu i samobójczo wręcz lojalny względem własnego obozu. Który to obóz nie potrafił go wesprzeć. Politycy PO przekonani, że Komorowski wygraną ma w kieszeni wręcz zbojkotowali jego kampanię. A tym czasem zaczął się rodzić fatalny splot wydarzeń. Lewica (a właściwie Leszek Miller) wysunęła kandydatkę będącą w istocie PiSowską V kolumną.  A na czele sfrustrowanych POwskich sierot stanął Ryszard Petru. PiS wystawił człowieka, który co prawda był bez właściwości, ale za to o generację młodszy od Prezydenta. Na koniec pojawił się Paweł Kukiz. Kandydat umożliwiający pokazanie FU rządzącym. Może i bez programu, ale z niewyparzoną gębą. A Komorowskiego rola przerosła. Nigdy nie był geniuszem politycznego instynktu, ale kiedy zabrakło Tuskowego prowadzenia pogubił się kompletnie. Zebrane z sierot po UW zaplecze prowadziło zagubionego prezydenta ku katastrofie. Rezultat znamy.

Ale to było ponad dwa lata temu. Dzisiaj możemy być mądrzejsi i docenić te pół dekady spokoju i (mimo dysortografii) politycznej kompetencji. Oraz marzenia o tym żeby Polskę patriotów i kosmopolitów jakoś razem połączyć. Następca wykopał przepaść. Dopiero skala dewastacji kraju pozwala docenić pewną ślamazarność Bronka, która miała w sobie ładunek szlachetności. Etos przegrał z odchudzonym na wybory podnóżkiem. Ale nie przegrał sam, bo wraz z nim przegrała Polska pozytywistyczna a zatriumfowała Polska narodowych i romantycznych histerii. Przez dwa lata prawdziwe „gęby” pokazali Petru, Ogórek, Kukiz, Duda. Komorowski pozostał zagubionym poczciwcem. Brakuje mi takich zagubionych poczciwców w polityce. Cynicznych skurwieli mam aż nadto.

Dlaczego PO jest potrzebna polskiej lewicy

marchewa79

pexels-photo-356079Ostatni lewicowy zwrot w mediach centrowych i uporczywe mizianie partyjki “osobno” posiada w mojej opinii jeden zasadniczy feler, o jakim postaram się za chwilę opowiedzieć.

 Na początku jednak na potrzeby dzisiejszego tekstu zapomnijmy na moment o obyczajowej warstwie lewicowości i skoncentrujmy się na aspekcie ekonomicznym, czyli tym, jaki został przez PiS, jako narodowych socjalistów niejako ukradziony. Otóż narodowi socjaliści  różnią się od socjaldemokratów między innymi aspektem wiary w instytucje. Narodowi socjaliści programowo w instytucje nie wierzą, bo instytucje bardzo silnie zmniejszają autonomię każdej władzy i jej zdolności decyzyjne, dodając do tego wszystkiego ogromną niekiedy bezwładność. Dla narodowego socjalisty nie oferują nic w zamian, dlatego dąży do ich zastąpienia przez siłę. Zamiast powolnych instytucji mamy błyskawiczny, centralnie sterowany mechanizm represji. Takie podejście ma jednak dwa problemy. Pierwszym jest sprzężenie zwrotne. Otóż aresztowany człowiek programowo nie może mieć racji czy praw a więc zdolność systemu do autokorekty jest żadna a odpowiedzią jest zawsze zwiększenie poziomu sankcji. Druga jest efektywność, bo restrykcyjne prawo bardzo szybko jest ignorowane i zostaje tylko pozór prawa a rzeczywiście rządzą mechanizmy alternatywne (pamiętacie scenę z “Ojca chrzestnego”, kiedy ojciec przychodzi do mafioza po sprawiedliwość dla córki).

 Skandynawski model socjalizmu, czyli wysokie podatki i wysokie wydatki działa, dlatego że te podatki mimo ich względnej dolegliwości są płacone. Instytucje państwa potrafią namierzyć bumelantów i przy społecznej akceptacji ich ukarać. Także w społeczeństwie obecne są mechanizmy sankcji dla ludzi, którzy unikają prawa. Dla porównania w krajach południa, które też przecież latami rządzone były przez socjalistów, prawo jest w dużej mierze fikcją, która obchodzona jest przy powszechnej akceptacji społecznej. Ludzie nie widzą zależności podatki-dobrobyt a machinę państwową traktują jak mafię pobierająca haracz. Nawet, jeśli do władzy dochodzą socjaliści to próba pozyskania środków z podatków skazana jest na niepowodzenie, co nieuchronnie wpędza ich w konieczność zapożyczania się za granicą.

 A teraz do meritum. PiS rozbija instytucje państwa, których jakość działania nie jest poprawiana a dewastowana poprzez zniszczenie ich samodzielności i obsadzenie nominatami partyjnymi o bardzo dyskusyjnych formalnych kompetencjach. PO z kolei do instytucji zawsze miała duży szacunek nawet, jeśli działało to na jej niekorzyść (np. w przypadku niezależnego prokuratora generalnego). Jest to partia, która w konserwatywno-liberalnym duchu ma potencjał, aby te instytucje odbudować, co w przyszłości (przyznajmy po dewastacji PiS raczej odległej) może sprawić, że zwiększenie presji podatkowej stanie się realne i możliwe bez powtórzenia wariantu Grecji czy Argentyny. Tak, więc rządy PO (tudzież alternatywy, której nie ma, ale powiedzmy to gwoli uczciwości) są lewicy niezbędne dla budowy określonego rusztowania, na którym możliwy jest ekonomiczny i realny ruch w lewą stronę, który nie będzie ograniczał się do zadłużenia kraju na poczet powszechnej szczęśliwości. Gdyby dziś jakimś cudem lewica doszła do władzy to mamy jak w banku powtórzenie losów Argentyny czy Grecji. Czy tamci politycy chcieli źle? Oczywiście, że nie. Ale w nieefektywnym instytucjonalnie państwie prokurowanie zmiany społecznej zawsze skazane jest na niepowodzenie.

Rubla nie zarobić

marchewa79

pexels-photo-208087Kończąca poprzedni wpis przysłowie okazało się teraz adekwatne dla Nowoczesnej jak i PO. Wziął prezes opozycję z zaskoczenia. Sprytne zagranie gabinetowe. Ale czy mamy do czynienia z „zaoraniem”? Zobaczymy.

Mamy tedy sytuację, że do głosowania idą dwa projekty „społeczne”. Całkowicie penalizujący aborcje i skrajnie ją liberalizujący. Ten pierwszy ma radykalnie większe społeczne poparcie wyrażone ilością uzyskanych głosów. I mamy Sejm złożony z partii albo popierających wariant całkowitego zakazu (z otwartymi granicami i opcją wyjazdu skrobankowego np. na Słowację, ale o polskiej hipokryzji piszę w innym miejscu) albo popierających obecny kompromis aborcyjny. Nawet Nowoczesna lawirowała.

Wynik? Do prac w komisji skierowano jedynie pierwszy projekt. Zarówno Nowoczesna jak i PO zaliczyły spory procent „dezerterów” w PO dodatkowo konserwatywne skrzydełko partii głosowało za odrzuceniem. Co spowodowało histerię w „opozycyjnych” mediach w rozmiarze nieproporcjonalnym do skali zagadnienia. Czy opozycja rzeczywiście dała się „zaorać”?

Niekoniecznie. Mamy obecnie trzy partie opozycyjne. Realizują różne wizje światopoglądowe. PSL to konserwatyści równie jak PiS uczepieni stuły. PO jest zlepkiem konserwatystów, których w PiS zniechęca autorytaryzm i liberałów, ale z wyraźnym przesunięciem w tę konserwatywną stronę. No i Nowoczesna. Nowoczesna sprawy po prostu wewnętrznie nie przepracowała. To jest pospolite ruszenie i zbieranina ludzi od Sasa do Lasa. Teraz w momencie zmiany przywództwa szczególnie wyraźnie to widać. Chciał Petru łowić po lewej stronie, chciała i Lubenauerowa. Ten statek jednak odpłynął. Co będzie zobaczymy. Raczej nic dobrego. Ewidentnie jednak N. okazała się dużo bardziej „mini PO” niż sami jej działacze chcieli przyznać (a jeśli nie widać różnicy…).

Co dalej? Trochę nieuzasadnionej paniki. Zawiódł mnie Schetyna wyrzucając konserwatystów z partii. Nic mu to nie da, a realne oczekiwanie, że Biernacki podniesie rękę za projektem zakładającym aborcje na życzenie byłoby skrajną naiwnością. Histeria w mediach zwłaszcza w Wyborczej była porażająca. To ona, bardziej niż cokolwiek innego, otworzy drogę do przegłosowania projektu zakazującego aborcji całkowicie. Bo do tej pory udało się domniemanym politycznym oporem ograniczać Kaczyńskiego. Teraz, kiedy zobaczy, że tego oporu nie ma (a wojenka w wygwizdywanie PO czy N. na czarnych protestach dokładnie do tego doprowadzi) gotów pozwolić na ostateczną „rechrystianizację”.

Spójrzmy sobie prawdzie w oczy Polacy są społeczeństwem konserwatywnym. Stać nas na 15% dla lewicy, ale nie na więcej. Jeśli ta lewica roztrwoniła swoje poparcie między Zandberga, SLD, Nowacką to może winić tylko samą siebie. Plucie na PO czy N. za to, że nie realizują celów politycznych partii Osobno czy towarzyszy z SLD jest mocno nietrafione. I musicie sobie moi drodzy odpowiedzieć czy chcecie zakazu aborcji w konstytucji. Bo jednym z rezultatów obecnej histerii będzie druzgocąca wygrana PiS a nie Osobno czy SLD. Nie ma w Polsce alternatywy dla PO czy Nowoczesnej. Nie ma też, co liczyć, że taka cudownie się pojawi. Ale ja mam takie wrażenie, że rządy PiS polskiej lewicy, jakość szczególnie nie przeszkadzają. Zaostrzenie prawa aborcyjnego również. Bo w końcu im gorzej dla innych tym lepiej dla nas. Oby się na tej filozofii Zandbergi i inni towarzysze nie przejechali.

PO, jak zmienić partię ludzi sytych

marchewa79

Posypaly-sie-memy-po-trzesieniu-w-rzadzieNie da się ukryć, że w ostatnich latach PO obrosła tłuszczem. Lata u władzy przyciągnęły do partii zdecydowanie więcej oportunistów niż ideowców a same kanały mobilności w partii zaczęły się zatykać aż do poziomu zawału. Zawał nazywał się Nowoczesna i jest tematem na inną dyskusję. Teraz jednak wróćmy do PO. Parafrazując hasło partii, którą zajmowałem się na blogu wczoraj: czy inna PO jest możliwa? I czy jest potrzebna?

PO i PSL to jedyne w miarę „normalne” partie w Polsce. Normalne w takim sensie, że reprezentują coś więcej niż tylko zespół „wódz i jego drużyna”. Swoją drogą wykpiwany PSL okazuje się być jedna z najbardziej pluralistycznych wewnętrznie partii, która potrafiła wymienić kilkukrotnie lidera nawet w trakcie rządzenia i za każdym razem nie powodowało to ani rozłamu ani załamania. Ale to temat na inną notkę. Wróćmy do PO. Otóż PO w 2015 składało się niemal z samych „tłustych kotów”, którzy przez dwie rządowe i niekiedy cztery samorządowe kadencje zapomnieli jak to jest być głodnym. Dla partii to był i jest ogromny problem. Zamiast walki o władze zaczęła tonąć w małych geszeftach (patrz Sikorski i machloje na paliwie) oraz wzajemnej niechęci a wręcz nienawiści wielu działaczy.

Ewa Kopacz nie dała rady. Z wielu przyczyn, z których najważniejszą jest to, że jest ona politykiem rządowym a nie partyjnym. Dziś pewnie nie bez satysfakcji patrzy jak w tę samą pułapkę wpada Beata Szydło. Tusk natomiast PO osierocił w sposób bezprecedensowy tak przerywając wzajemne sieci powiązań ze partia jak się wydaje do dziś nie może się z sytuacji otrząsnąć. Rezultatem słabości Kopacz i absencji Tuska był rok 2015. A także to, co mamy dziś.

Trzeba sobie jasno powiedzieć: kalendarz wyborczy PO nie sprzyjał. Nastąpiła powtórka z roku, 2005 kiedy korelacja wyborów prezydenckich i parlamentarnych pozwoliła PiS zgarnąć całą pulę jednocześnie nie dając przeciwnikom szansy na wyhamowanie politycznej dynamiki wydarzeń. Ale też PO A.D. 2015 była partią słabą. Koszmarne przywiązanie do retoryki „anty-PiS” i brak jakiegokolwiek pozytywnego przekazu oraz kiepscy liderzy sprawiły, że polityczna próżnia wokół PO zaczęła się wypełniać nowymi groźnymi bytami. Co gorsza zarówno Kukiz jak i Nowoczesna oparte były o mało zużytych i politycznie i medialnie przywódców stanowiących osobowościową dominantę tak nad Komorowskim jak i Kopacz. Przywiązanie PO do oszczędnościowych strategii z lat kryzysu gospodarczego również okazało się tyleż szlachetne, co samobójcze.

Powyborcze PO trafiło w całości w ręce Grzegorza Schetyny. Jest takie angielskie słowo „henchman”, które oddaje rolę, jaką miał Schetyna za czasów rządów Tuska. Był on odpowiedzialny za partyjną dyscyplinę i większość „trudnych” porządkowych decyzji. Problemem Schetyny od zawsze była nijakość. Nie jest osobą o wybitnej publicznej charyzmie a w dodatku jego w istocie koncyliacyjny sposób zarządzania i rozwiązywania problemów jest efektywny, ale słabo wygląda w TV. Publiczne spektakle upokarzania realizowane przez Tuska, (których sam Schetyna przy okazji afery hazardowej został ofiarą) były w sensie komunikatu PR dużo bardziej produktywne. Jednocześnie to wszystko utrudnia „ściągnięcie cugli” w PO. Terenowe struktury dalej pozostają mało mobilne i koncentrują się na walce o (tym razem samorządowe) stołki. Stanowiska okupują partyjni emeryci, których już dawno powinno się odesłać na zieloną trawkę a dopływ świeżej krwi ogranicza się do nominowanych poselskich asystentów tudzież rodziny działaczy. W tej sytuacji „kryterium uliczne” wygrywają zbierani ad hoc w Internecie młodzi ludzie a obecność wśród nich polityków PO w krawatach i garniturach oraz niemal bez wyjątku dojrzałym wieku wywołuje uśmiech politowania. Na linię frontu medialnego idą z małymi wyjątkami, sami partyjni weterani ludzie obecni w polityce nierzadko od lat 90 ubiegłego wieku. Konkurencja oferuje więcej nowych twarzy. Może nie bardziej kompetentnych, ale na pewno mniej zgranych.

Jak w tej sytuacji reagować? Można oczywiście wybrać strategie cierpliwości i czekać aż ciało przeciwnika spłynie rzeką. I taka strategia ma swoje silne strony i rezultaty (patrz upadek Petru czy konflikt Duda-rząd). Nie daje ona jednak gwarancji, że to PO a nie np. Kukiz stanie się beneficjentem kolejnej politycznej zmiany. Zwłaszcza, że lokalne struktury w przeddzień wyborów samorządowych w wielu miejscach pozostają koszmarne. Wydaje się, że partia potrzebuje dopływu świeżej krwi w trybie nagłym. Ale na to gdzie szukać chętnych do transfuzji jeszcze trzeba będzie sobie odpowiedzieć.

Z drugiej strony PO zawodzi także w roli anty-PiSu. Po odsunięciu Stefana Niesiołowskiego nie ma w partii prawdziwych anty-PiSowskich radykałów. Nie takich mówiących o rozliczeniu PiS a o eradykacji tej partii z polityki. W kilka takich „pistoletów” warto byłoby zainwestować. Bo to one powinny gwarantować, że nie powtórzy się scenariusz „hodowania PiS” realizowany przez Tuska.

Czy PO może mieć ofertę polityczną np. dla KODu? Czy potrafi wciągnąć do poważnej polityki przynajmniej część owej rozpolitykowanej młodzieży chodzącej na protesty? Od odpowiedzi na to pytanie będzie zależeć być albo nie być Platformy.

Sukces PiSu niewątpliwy, choć niespodziewany

marchewa79

lew_rywin_450afpRobiłem sobie ostatnio analizę porównawczą, którą roboczo można by nazwać „aferową”. Otóż zaintrygowało mnie jak długo gabinety o silnym zapleczu i przywództwie czekały na swoją, nazwijmy ja roboczo „wielką aferę”. Po zastanowieniu do porównań użyłem dwóch kadencji parlamentu tej 2001-2005 z rządami SLD-PSL i tej z lat 2007-2011 czyli pierwszej kadencji PO-PSL. Dlaczego tych dwóch? Otóż, jako założenie przyjąłem, że porównuje „pełne” kadencje, co z punktu eliminowało rządy lat 89-91 i 2005-2007. Kadencja 1993-1997 wypadła z racji zbytniego oddalenia czasowego i skrajnie różnych uwarunkowań, afera Olina czy inne wydarzenia miały jednak mniej ekonomiczny a bardziej polityczny charakter. Kadencja 1997-2001 pomimo posiadania jednego gabinetu tez mi nie pasowała ze względu na brak stabilnego zaplecza i silnego przywództwa. Oraz uwarunkowania specyficzne z okresu transformacji podobne jak w latach 93-97. No i wreszcie druga kadencja PO-PSL w latach 2011-15 jest specyficzna, bo to jedyna druga kadencja w polskiej historii a więc uwarunkowania są skrajnie inne. Tyle moich reguł wewnętrznego cherrypickingu i możemy wracać do meritum.

Na start „kanclerz” Miller i jego rządy w latach 2001-2003. Zaplecze polityczne stabilne, pozycja przywódcy również, prezydent (przynajmniej w teorii) sprzyjający. Millera w powietrze wysadziły dwie afery. Głowna, czyli afera Rywina i Coup de grace w postaci afery starachowickiej. Rządy Leszek Miller rozpoczął w październiku 2001 roku. Na wybuch afery Rywina poczekaliśmy niecały rok do września 2002. Starachowice eksplodowały w marcu 2003 a więc po kolejnych 6 miesiącach. W maju 2004 nie było już rządu. Warto także odnotować ruchy kadrowe. Do afery Rywina odbyła się tylko jedna rekonstrukcja 3 ministrów.  Po jej wybuchu do końca trwania gabinetu wymieniono aż 12 osób.

Teraz kolej na Donalda Tuska. Gabinet powołano w listopadzie 2007 i od początku funkcjonował w warunkach kohabitacji, czyli przy opozycyjnym prezydencie. Wielką aferą jego pierwszej kadencji była afera hazardowa. Afera rozpoczęła się w październiku 2009 roku a więc po prawie dwóch latach rządów. Wyraźnie widać nauki wyniesione z upadku Millera. Widać je także w tym ze afera rządu nie wywróciła. Poziom dymisji w pierwszym gabinecie Tuska był więcej niż umiarkowany. W dwóch latach przed aferą odeszło jedynie 2 ministrów. Po aferze hazardowej Tusk pozbył się 8 osób a pamiętajmy, że rządził do końca kadencji, więc o 1,5 roku dłużej od Leszka Millera.

Rząd Beaty Szydło zbliża się do swojej drugiej rocznicy. I póki, co nie mamy do czynienia z żadnym wydarzeniem porównywalnych rozmiarów, co wskazane powyżej. Można oczywiście wskazywać na kwestie Misiewicza czy Szyszki gdzie decyzje mogły być motywowane i podejmowane w sposób bardzo dyskusyjny. Jednak nie wywołały one w żadnym razie skandali o porównywalnych rozmiarach. A to już samo w sobie jest sukcesem rządu PiS, który nie ukrywam dość mnie zaskakuje.  Zaskakuje, ponieważ pazerność wielu działaczy PiS na pieniądze jest wręcz legendarna a ich poziom obsadzenia państwowego mienia dyletantami bez wykształcenia znaczny.  Czy więc wielki geszeft Beaty szydło jeszcze przed nami? Czy może geszefty były, ale udało się je skutecznie rozbroić? Póki, co do rekordu Tuska jeszcze kilka miesięcy. Czekamy.

© Zoon Politikon
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci